Powiedzieć, że Eli Roth ma zmienną passę jako reżyser, to jak nic nie powiedzieć. Kiedy próbuje swoich sił na polu grozy, zwykle wychodzi z boju zwycięsko, zaś poza nim do ideału ostatnio jest mu naprawdę daleko. Nowy film o demonicznym lodziarzu zdawał się zatem zabiegiem, który pozwoli Rothowi wrócić w bezpieczne rejony i zrobić coś solidnego. Czy tak się stało? Mam wątpliwości.

Wykorzystanie przez kino grozy motywu dzieci sprzeciwiających się dorosłym zdecydowanie nie jest zabiegiem nowym. Jeszcze chętniej używanym jest ten, zgodnie z którym najmłodsi są w jakiś sposób kontrolowani i skłaniani do konkretnych czynów. Nie trzeba daleko szukać - niedawne "Zniknięcia" Zacha Creggera perfekcyjnie to ograły, a przerażająca, nagrodzona Oscarem Amy Madigan była chyba najmocniej wzbudzającą dyskomfort, kinową wersją słynnego szczurołapa. Ona użyła łodyg, szczurołap - fletu, a tytułowy bohater filmu Eliego Rotha czegoś znacznie bardziej przyziemnego i bliskiego dziecięcemu sercu - lodów.
Ice Cream Man - recenzja filmu. Przez żołądek do umysłu
Akcja rozgrywa się w fikcyjnym, amerykańskim, idyllicznym wręcz miasteczku Bayleen Bay, gdzie wszystko jest ładne, kolorowe, dzieciaki bawią się na zewnątrz, a dorośli pracują. Głównym bohaterem filmu jest Jared (Charlie Zeltzer), wątły chłopak, niekoniecznie mający talent do sportu. Gdy w okolicy zjawia się tajemniczy lodziarz, Jared jako jeden z nielicznych, ze względu na nietolerancję laktozy, nie kosztuje jego specjałów. Wkrótce okazuje się, że dzięki temu jako jeden z nielicznych zachowuje normalność - znaczna większość dzieciaków, która skonsumowała lody, wpada w wir mordowania dorosłych. Chłopak, wraz z innymi ocalałymi dzieciakami, Tommym (Shiloh O'Reilly) i Mią (Kiori Mirza Waldman) usiłuje przetrwać i powstrzymać tę masakrę.
Rzadko się zdarza, by dwa ostatnie filmy tego samego reżysera, mające premierę po sobie, były określane kolejno jako znakomity i katastrofalny. Tak właśnie było u Rotha, który w 2023 roku wydał na świat jeden ze swoich najlepszych filmów - pomysłową, pełną energii, mięsną i zawierającą ciekawy komentarz "Noc Dziękczynienia". A wszystko to, by rok później do kin trafił szmelc absolutny, produkt filmopodobny, czyli "Borderlands". "Ice Cream Man" wobec tego jawił się jako swego rodzaju szansa na odkupienie Rotha, pokazanie, że nieszczęsna adaptacja gry była pomyłką, niefortunnym potknięciem.
Oczywiście, jest lepiej niż poprzednio, ale reżyser nie wyskoczył zbyt mocno ponad i tak leżącą na ziemi poprzeczkę. Jako widz żywo sympatyzujący z kinem rzeźniczym, nie ukrywam, że na "Ice Cream Mana" szedłem, mimo wszystkich obniżających mój optymizm okoliczności (w tym wieść o użyciu sztucznej inteligencji w niektórych scenach), z nadzieją, że Eli Roth zachował horrorową, dobrą formę ze wspomnianej już "Nocy Dziękczynienia". Niestety, jego najnowszy film, choć ma swoje pozytywne strony, jest objawem artystycznego regresu reżysera. Choć nie wszystko w jego opowieści o demonicznym lodziarzu jest godne spisania na straty (o czym zaraz), to wyraźnie widać, że Roth ma kłopoty z utrzymaniem twórczej formy.

Żeby było sprawiedliwie - zupełnie szczerze uważam, że koncept, na którym opiera się "Ice Cream Man", jest solidny i momentami naprawdę nieźle wcielany w życie. Gdy Roth przechodzi od jedzenia lodów do pokazywania morderczych efektów ich spożywania, bawi się najlepiej. Zwłaszcza kilka sekwencji, w których dzieciaki wymyślnie pozbawiają życia dorosłych (m.in. ta przed szkołą), to slasherowa uczta w czystej postaci. Maniakalny dziecięcy szał, zabawa wnętrznościami, używanie różnych narzędzi czy przedmiotów do uśmiercania dorosłych - to szalona, nieźle zainscenizowana przejażdżka, sporadycznie potrafiąca wywołać ból od samego patrzenia.
Problem pojawia się w momencie, gdy wokół tej rzezi trzeba zbudować jakąś fabułę.
Oczywiście, przemawia do mnie teza, że w kinie pokroju "Ice Cream Mana" nie to jest najważniejsze, ale warto byłoby zadbać przynajmniej o niezbędne minimum, choć delikatnie interesujące zarysowanie nam postaci, by uznać je za godne uwagi. Tymczasem Roth wychodzi z założenia, że nie jest to konieczne, w związku z czym dostajemy chaotyczną sklejkę scen, w której główni bohaterowie uciekają przed opętanymi przez lody dzieciakami, te ich dopadają, ci znów uciekają, i tak bezsensownie w kółko. Na tym polega spora część fabuły filmu, dodatkowo uzupełniana średnio logicznymi posunięciami uciekających, wyjątkowo dziwnie podawanymi dialogami (tak jak te o sznurówkach czy telefonie), czy mało istotnymi wątkami (np. tym o Lizzie i jej chłopaku).
Dopiero gdzieś pod koniec Roth zawiązuje bardziej akcję, dopisuje rozwiązania zagadek, ale ciężko tu o jakieś robiące wrażenie zwroty akcji, czy napięcie. Tego ostatniego jest w "Ice Cream Manie" zaskakująco mało - niestety często się łapałem na tym, że nie tylko wiem, co się dalej wydarzy, ale jakoś specjalnie mnie to wszystko nie rusza. Mocne sceny mordów (i to nie wszystkie) potrafią wywołać jakąś emocję, ale clue jednak tkwi w stworzeniu dobrej historii - a tego tutaj nie sposób uświadczyć. Ciężko patrzeć na ten film, jak na pełnoprawną historię, fabuła nie jest tutaj kręgosłupem, na którym wyrasta mięsna rozróba - jest przerywnikiem, o którym Roth czasami sobie przypomina, żeby gdzieś go wcisnąć pomiędzy radosną celebrację scen gore. Paradoksalnie, gdyby to na intrydze związanej z rozwiązaniem zagadki pochodzenia lodziarza, reżyser oparł swój film, mogłaby wyjść z tego naprawdę dobra i przewrotna historia. Wyszło to, co dostaliśmy.

Z obsadą "Ice Cream Mana" również bywa problematycznie. O ile główny bohater, Jared, na papierze jest nienajgorzej skrojony (jako raczej pogardzany przez rówieśników, ale dobry chłopak), o tyle na przestrzeni filmu robi niewiele, by uznać go za interesującą postać - a i aktorstwo Charliego Zeltzera w tym nie pomaga. W zasadzie najlepszym reprezentantem dziecięcej obsady jest tu młody Shiloh O'Reilly, który od samego początku emanuje nonszalancją i charyzmą, którą po prostu czuć. Zdecydowanie należy pochwalić odtwórcę głównej roli, Ariego Millena, który nie miał łatwego zadania - nie wypowiada bowiem ani jednego zdania w trakcie całego filmu, jego cała kreacja jest oparta tylko na mimice i gestach. Pod tym kątem, moim zdaniem, spełnia się naprawdę dobrze - jest w lodziarzu coś dziwnego, przerażającego, a Millen skutecznie to przekazuje. Krótki epizod zanotował również sam Roth, udowadniając, że nawet gdy pojawia się na kilka minut, to potrafi wnieść życie na ekran.
"Ice Cream Man" to film, w którego przypadku użycie AI do kilku scen jest paradoksalnie jednym z mniejszych problemów. Eli Roth zdecydowanie obniżył loty, tworząc kino, które nie daje zbyt dużej satysfakcji, wpada w pułapkę przewidywalności i braku poczucia napięcia, co w horrorze jest grzechem wręcz śmiertelnym. Czy jest to film tak dramatycznie katastrofalny, jak sporo osób pisze? Moim zdaniem nie, są tu pozytywne punkty zaczepienia. Jest ich jednak stanowczo za mało, by czuć satysfakcję po wyjściu z kina.
"Ice Cream Man" w kinach.
Czytaj więcej:
- Nowy film zjada Jurassic World na śniadanie. Pierwsze opinie
- Przerażająca creepypasta trafi do kin. Czekam na ten horror
- Ogłaszam 2026 rokiem Roberta Pattinsona. 4 role, które zmienią wszystko
- Czy powstanie Ostatni dom 2? Odpowiedź jest w zakończeniu
- Hot Spot to koszmar. Tak się nie robi kina science fiction
W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.