Dopóki będą istnieć bogacze, dopóty będą powstawały satyry, spoglądające na nich krytycznym okiem i grubą kreską. Słynny brazylijski reżyser, Karim Ainouz, w tym celu zgadał się z Efthimisem Filippou, etatowym scenarzystą słynącego z błyskotliwych spojrzeń na kapitalizm Yorgosa Lanthimosa, a także z bardzo ciekawą i pełną głośnych nazwisk obsadą. Efekt? Kino, którego nie wyrzucicie z pamięci.

Choć Karim Ainouz swoją twórczość osadza raczej głównie w brazylijskich realiach, raz na jakiś czas zdarzy mu się wypłynąć na nieco bardziej "popularne" wody. Zrobił to chociażby trzy lata temu z "Regentką", a pod jego skrzydłami występowali m.in. Jude Law, Alicia Vikander, czy Eddie Marsan. Reprezentowane przez będącego artystą wizualnym Ainouza kino lubi oddziaływać na zmysły (zwłaszcza wzroku, gdy przychodzi do operowania przez niego obrazem) i emocje, ale także wpisywać się w społeczne realia. Powstanie projektu pokroju "Jak przycinać róże" jest zatem dość naturalną koleją rzeczy, czymś, czego po reżyserze raczej można było się spodziewać. Tego, co i jak pokaże - chyba też, choć to już bardziej dyskusyjna kwestia.
Jak przycinać róże - recenzja. Wszystko zostaje w rodzinie
Ed Taylor (Callum Turner) jest członkiem ekstremalnie bogatej i dysfunkcyjnej rodziny. Składają się na nią doprawdy wyjątkowe jednostki: rozerotyzowana Anna (Riley Keough), bez powodzenia wzdychający do własnego brata Robert (Lukas Gage), stopniowo zyskujący status czarnej owcy, będący obiektem obsesji rodzeństwa, Jack (Jamie Bell) i spajający wszystkich patriarcha (Tracy Letts). Jack jest jedynym, który zdaje się dostrzegać, jak zaburzone było/jest ich życie. Niedługo po tym, gdy oficjalnie przedstawia bliskim swoją ukochaną, Marthę (Elle Fanning), życie Taylorów pogrąża się w coraz większym chaosie.
Karim Ainouz jest dla mnie, cytując nowego, polskiego, popkulturowego klasyka, "postacią znaną". Czy uwielbianą? Raczej nie - szanuję jego dotychczasowy dorobek, natomiast wewnętrzne gusta nigdy nie skierowały mnie w stronę widzowskiej miłości wobec kina, które tworzy. Moją uwagę, jako kogoś, kto nawet na bardziej "artystycznym" festiwalu nie przejdzie obojętny wobec kina mainstreamu, przykuły też inne nazwiska: Keough, Fanning, Turner, Bell, Anderson. Dlatego też seans "Jak przycinać róże" bardziej zapowiadał się w moich oczach jako bliska tematycznie memu sercu, wypełniona gwiazdami filmowa ciekawostka, która albo mnie zaangażuje, albo odrzuci topornością - nic pomiędzy.
W praniu wyszło, że bliższa prawdzie była teza numer jeden: nowe dzieło Ainouza to film z gatunku zwanego "doświadczenie". Mamy do czynienia z historią, której od samego początku nie da się traktować w stu procentach poważnie. Choć dziś bardzo łatwo jest sobie wyobrazić rodzinę bogaczy żyjących w wielkiej willi i śpiących na pieniądzach tak głęboko, że nie muszą robić już absolutnie niczego do końca życia, brazylijski reżyser nie poprzestaje na mówieniu "patrzcie, jacy zepsuci". On to pokazuje, i to jak!
Jasne, pewnie niektórym w trakcie oglądania przypomni się "Saltburn", gdzie również mieliśmy do czynienia z nieco przykrywającym treść obrazem perwersji i cielesności w bardzo podkręconej formie. Te porównania są w pewnym sensie na miejscu, choć Fennell wówczas próbowała stwarzać pozory, że oprócz satyrycznego spojrzenia, opowiada coś głębszego. Spragnieni głębokiego komentarza społecznego do przyszłych akademickich analiz, wchodząc na seans "Jak przycinać róże" prędko poczują, że nie dostaną tego, na co liczą.
Ainouz rozumie, że satyra nie zawsze musi mieć nadęty ton. Może patrzeć krytycznie, ale równocześnie może przesuwać granice dobrego smaku, prowokować, żenować, wzbudzać dyskomfort, a przy tym naprawdę mocno bawić. Czy to, jak zabawny jest film Brazylijczyka, wynika z tego, że jako widzowie mamy dość nadmiernie intelektualnych rozważań prowadzących do tej samej konkluzji? Czy może nasza perspektywa na bogatych jest tak apokaliptyczna, że absolutnie dopuszczamy potencjalną prawdziwość tego, co oglądamy? To pytanie niech pozostanie otwarte.

Główni bohaterowie są niewątpliwie pozbawieni tożsamości. To nawet nie jest moja figura retoryczna - nie dość, że widzimy jak wygląda ich codzienne życie, to nieraz przyznaje to sam narrator w osobie Eda. Jego głównym zajęciem jest wymyślanie absurdalnych przysłów i protest wobec słowa pisanego, Robert z Anną są wygłodniałymi seksualnie zwierzętami, które jeszcze nie zaspokoiły swoich pragnień, zaś Jack, obiekt ich pożądania, uznawany za najnormalniejszego z całej bandy, jest rozdarty między koniecznością stania na straży rodziny, a pokusą wyrwania się z tego piekła w objęcia szczerze kochającej go dziewczyny. Reżyser sprawnie roztacza widmo rodem z greckiej tragedii, sygnalizując tym samym, że o oczyszczenie czy zaznanie szczęścia przez kogokolwiek będzie tu naprawdę ciężko.
Każdy z członków rodzeństwa jest w pewnym sensie dzieckiem uwięzionym w dorosłym ciele, postacią w ogromnym stopniu otępioną, mającym ludzki kształt efektem odklejenia nawet nie tyle od "realiów zwykłych obywateli", co po prostu od życia. Ainouz konsekwentnie realizuje plan w postaci zalewania tej historii absurdem, nawet gdy (nieraz) na wierzch wypływa okrucieństwo, będące fundamentem istnienia tej rodziny. Do końca nie ulega pokusie, by uczynić ze swojego filmu do bólu realistyczny czy zniuansowany obraz życia młodych bogaczy - zamiast tego widzimy skrzywionych, pogrążonych w destrukcji, żyjących w złotej klatce ludzi.
Nie ma wątpliwości, że przyjmując powszechnie uznaną definicję normalności, każdemu z bohaterów do niej daleko. Ainouz w procesie udowadniania nam tego za pomocą szokowania, wygrywa również czym innym - nieprzewidywalnością. Jasne, rozwijająca się z biegiem fabuły (zwłaszcza bliżej jej końca) rodzinna intryga nie jest zbyt interesująco skonstruowana, sam film ma problemy z tempem, ale reżyser konsekwentnie kieruje się zasadą w postaci brania widza z zaskoczenia - czy to poziomem absurdu dialogu, czy to konkretną sceną. Za przykład niech posłuży chociażby moment rodzinnego obiadu. Każdy pewnie zna z autopsji konieczność mierzenia się z nie zawsze komfortowymi tematami i pytaniami zadawanymi przez członków rodziny, do której się "wchodzi". Co robi Ainouz? Bez pieszczenia się w tańcu odpala wrotki dziwności i niezręczności.

A pomaga mu w tym naprawdę solidnie dobrana obsada. Zagranie człowieka pozbawionego osobowości, który z czasem odkrywa przestrzeń do manipulacji swoją rodziną i skwapliwie z niej korzysta, to mimo wszystko nie jest prosta sztuka. Callum Turner wykonał to zadanie pierwszorzędnie, a Edward Taylor z pewnością zapisze się jako jedna z jego najdziwniejszych ról w karierze. Riley Keough radzi sobie w roli turbo turboseksualnej rodzinnej atencjuszki, Tracy Letts jest przekonujący jako głęboko zboczona głowa rodziny. Najmniej do pogrania mają Jamie Bell i Lukas Gage, choć obaj wykorzystują materiał jak mogą. Świetne epizody zaliczają Pamela Anderson (w roli toksycznej matki) i Elle Fanning (jako odmienna - ale czy aby na pewno? - od reszty rodzinki) Martha.
Reżyser przyzwyczaił odbiorców do dbałości o warstwę wizualną, a "Jak przycinać róże" nie jest pod tym względem wyjątkiem. Ten film to istny festiwal soczystych kolorów, kształtów, skomponowanych kadrów, scenografii i kostiumów jakby zasponsorowanych przez minimum połowę dużych domów mody na świecie. Ten film nieraz przypomina obraz - piękni ludzie ubrani w piękne ciuchy przebywają w pięknych sceneriach. Operatorska czujność Helene Louvart nie zawodzi, dzięki czemu całość naprawdę udanie działa na zmysły, nawet w momentach, kiedy nie do końca tego chcemy.
"Jak przycinać róże" jest filmem, który niewątpliwie spolaryzuje widzów. Myślę, że głosów środka może być bardzo niewiele - albo ktoś podda się tej pokręconej podróży po oceanie cringe'u, dyskomfortu i obrzydzenia, albo zupełnie się od niej odbije i uzna, że to przekracza jego granice.
Recenzja opublikowana w związku z pokazem filmu na 26. MFF Tauron Nowe Horyzonty we Wrocławiu.
Czytaj więcej w Spider's Web:
- Diuna 3 najdłuższym filmem z serii? Potężne zakończenie
- Kapitalny horror wpadnie do HBO Max. Przed chwilą był w kinach
- Co łączy Odyseję i Toy Story 5? Gigantyczne pieniądze
- Idźcie do kina na Papierowego tygrysa. Coś więcej niż gwiazdorska obsada
- Zupełnie nowe sceny w Backrooms. Nowa wersja filmu leci do kin
W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.