Wiem, że dla wielu to bluźnierstwo, ale pomimo wspaniałości Colina Firtha i Tarona Egertona w serii "Kingsman", uważam, że to nie filmy z ich udziałem są najlepszym, co się jej przydarzyło. To miano należy do produkcji, która właśnie znalazła się w ofercie HBO Max.

Ciężko w to uwierzyć, ale od pierwszego pojawienia się w kinie filmu spod szyldu "Kingsman" minęło 12 lat. W 2014 roku, w "Tajnych służbach" poznaliśmy Eggsy'ego (Egerton) - młodego bohatera, który porzucił szkolenie w Royal Marines, a jego życie wypełniło się kłopotami. Wówczas poznał Harry'ego Harta (Firth), któremu przed laty uratował życie ojciec Eggsy'ego. Chłopak zgadza się zostać kandydatem na agenta. W sequelu, "Złotym kręgu" z 2017 roku, obaj bohaterowie, agenci organizacji Kingsman, muszą połączyć siły z amerykańskimi odpowiednikami ze Statesman, by pokonać Poppy Adams (Julianne Moore) - przywódczynię największego na świecie kartelu narkotykowego, w której ręce dostała się zbyt duża władza i kontrola nad - de facto - światem.
Pierwsza misja to najlepsza misja. Prequel rządzi wśród "Kingsmanów"
Akcja prequela rozgrywa się w znacznie mniej współczesnych warunkach - wczesnym XX wieku. Orlando (Ralph Fiennes), książę Oksfordu, odwiedza obóz dla internowanych w Afryce Płd. w trakcie drugiej wojny burskiej. Wówczas dochodzi do tragedii - ginie jego żona, a zarazem matka syna pary, Conrada (Harris Dickinson). Wiele lat później Orlando staje na czele siatki szpiegowskiej, której celem jest ochrona brytyjskiego imperium - zwłaszcza, że Wielka Wojna zbliża się wielkimi krokami. Z czasem okazuje się, że nie tylko to jest zagrożeniem - w tle rozwija się bowiem międzynarodowy spisek, mający skłócić ze sobą imperia.
Bardzo lubię, gdy filmy korzystają ze sporego zaplecza wydarzeń historycznych. Nie brakuje w kinie wielkich wojennych dramatów, pełnych batalistycznych scen, rozliczania się z okrucieństwami konfliktów zbrojnych. "Pierwsza misja" w moim przypadku skutecznie wypełniła pustkę w postaci chęci obejrzenia czegoś energicznego, łączącego komediowe zacięcie ze szpiegowską akcją i zbiorem postaci, o których dużo uczyłem się na w szkole. Coś, co w Polsce zrobiono dopiero przy okazji "Niebezpiecznych dżentelmenów". "King's Man" odkurzył moje wspomnienia lektury podręcznika z historii, kiedy wczytywałem się w początki I wojny światowej, realia zamachu Gavrilo Principa na arcyksięcia Ferdynanda, losy słynnego Rasputina. Mamy tu również Matę Hari i Lenina, także sami widzicie, jak jest bogato.
Matthew Vaughn, choć nieraz trzyma się faktów, to koniec końców oferuje dość luźną i piekielnie wciągającą filmową wizję, korzystającą z faktów i nazwisk, by utkać z tego sprawnie prowadzoną intrygę. "Pierwszą misję" ogląda się świetnie - czuć tu sporą twórczą frajdę, przyłożenie się do efektownych inscenizacji, czy robiących wrażenie choreografii walk. Nie jest to jednak typowe, ani wyłącznie komediowo-akcyjne kino - Vaughnowi udaje się pod tym efektownym płaszczykiem przemycić ostrą krytykę wymierzoną m.in. w imperializm i monarchię.
A wszystko to ma ręce i nogi dzięki znakomitej obsadzie. Ralph Fiennes nigdy nie jest w złej formie - za każdym razem swoją wyjątkową charyzmą i prezencją przyćmiewa konkurencję. Nie inaczej jest tutaj - Fiennes sprawdza się doskonale zarówno w momentach dramatycznych, komediowych, jak i akcyjnych. Świetną chemię ma z Harrisem Dickinsonem, swoim filmowym synem, dla którego to kolejna rola potwierdzająca status młodego talentu. Mistrzem drugiego planu zostaje jednak Rhys Ifans, którego kreacja Grigorija Rasputina to jedna z najbardziej zapadających w pamięć aktorskich szarż ostatnich lat.
"King's Man: Pierwsza misja" to zaskakujące połączenie różnych stron filmowego języka. To pomysłowe, blockbusterowe kino, które opowiada alternatywną wersję historycznych wydarzeń i robi to z gracją, humorem oraz sporym ładunkiem dramatycznym. Bardzo lubię wersje z Firthem i Egertonem, ale to na "Pierwszej misji", mówiąc językiem potocznym, "kopara mi opadła".
"King's Man: Pierwsza misja" od 12 czerwca w HBO Max.
Czytaj więcej w Spider's Web:
- Wybitny gwiazdor w The Last of Us 3. Co za obsada
- 3. sezon Rodu Smoka zacznie się mocarnie. Tego jeszcze nie było
- HBO nagle przerywa 3. sezon The Last of Us. Serial szybko nie wróci
- Bezbłędny horror wleciał na HBO Max. Obiecuję: ubawicie się po pachy
- Filmowy list miłosny do Polski w HBO Max. Prawdziwa perełka
W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.