REKLAMA

To najlepsza nowość w HBO Max. Piękne kino, którego nie znasz

„Kokuho” z 2025 roku w reżyserii Sang-ila Lee to jeden z najgłośniejszych japońskich filmów ostatnich lat. Trwający niemal trzy godziny dramat opowiada o ambicji, rywalizacji i cenie artystycznej doskonałości, a przy okazji zabiera widza do świata kabuki, tradycyjnego japońskiego teatru. I jest to niewątpliwie najlepszy film, jaki ostatnio wpadł do HBO Max.

To najlepsza nowość w HBO Max. Piękne kino, którego nie znasz
REKLAMA

Akcja rozpoczyna się w 1964 roku. Kikuo, syn przywódcy yakuzy, po śmierci ojca trafia pod opiekę Hanjiro, uznanego aktora kabuki. Mężczyzna dostrzega w chłopcu wyjątkowy talent i postanawia go szkolić. Problem w tym, że ma również własnego syna, Shunsuke, który sam marzy o wielkiej karierze. Między młodymi mężczyznami rodzi się więź łącząca przyjaźń, braterską bliskość i coraz bardziej bezwzględną rywalizację. Obaj chcą osiągnąć szczyt w świecie, w którym o sukcesie decydują nie tylko umiejętności, lecz także nazwisko, pochodzenie, tradycja i przychylność wpływowych osób. Film śledzi ich losy przez kolejne dekady, pokazując, jak zmieniają się ich relacje, ambicje i podejście do sztuki.

REKLAMA

W kabuki ogromne znaczenie mają precyzyjne gesty, stylizowany ruch, mimika, kostium i makijaż. Kobiece role od wieków odgrywają w tej tradycji mężczyźni, określani jako onnagata. Kikuo rozwija się właśnie w tym kierunku. 

Kokuho - co obejrzeć w HBO Max?

Film pokazuje kabuki nie tylko jako piękną sztukę, lecz również jako bezwzględny system - tu talent nie gwarantuje szczęścia, a wielka kariera nie musi oznaczać spełnionego życia. Podkreśla, że za sceniczną perfekcją stoi ogromny wysiłek, a oddanie sztuce może z czasem zmienić się w obsesję. Bohater nie chce po prostu dobrze grać - chce zostać najlepszy, zdobyć uznanie i osiągnąć status, który pozwoli mu zapisać się w historii kabuki. Im bardziej podporządkowuje temu celowi swoje życie, tym trudniej jest mu pielęgnować bliskość z innymi ludźmi.

REKLAMA

Właśnie w tym tkwi najciekawszy temat „Kokuho”. To opowieść o talencie, którego nie da się łatwo oddzielić od ambicji i autodestrukcji. Kikuo i Shunsuke rywalizują nie tylko o role, lecz także o uznanie mistrza, miejsce w tradycji i prawo do dziedziczenia artystycznego dziedzictwa. Sukces jednego może oznaczać upokorzenie drugiego, a ich konflikt jest tym boleśniejszy, że nie chodzi o dwóch obcych sobie przeciwników. To ludzie, którzy dzielą życie, trening i miłość do tej samej sztuki. Film nie daje prostej odpowiedzi na pytanie, czy wielki artysta musi podporządkować swojej pasji wszystko. Pokazuje raczej, jak łatwo dążenie do doskonałości może pochłonąć, a nawet zniszczyć pozostałe sfery życia i osobowości.

Wielką siłą filmu są, rzecz jasna, sceny kabuki, które reżyser traktuje jak pełnoprawne komponenty dramatu - coś więcej niż tylko efektowne przerywniki. Przedstawienia mają podwójne znaczenie: pozwalają podziwiać tradycyjną sztukę, a jednocześnie komentują losy głównego bohatera. Zdjęcia, kostiumy, charakteryzacja i scenografia zachwycają.

REKLAMA

Nie trzeba siedzieć w temacie. Film potrafi zainteresować widza swoim światem, nie wymagając wcześniejszej znajomości japońskiej kultury. Nie trzeba rozumieć wszystkich reguł kabuki, żeby dostrzec cenę ambicji, poczuć ciężar rywalizacji czy przejąć się losem człowieka, któremu talent nie gwarantuje ani szczęścia, ani uznania. Scenariusz świetnie sobie z tym radzi. Całość najlepiej wypada wtedy, gdy łączy piękno scenicznych występów z dramatem rozgrywającym się za kulisami.

Jasne - tytuł chwilami staje się zbyt melodramatyczny, a niektóre relacje potraktowano skrótowo. I to pomimo trzygodzinnego, nie do końca uzasadnionego metrażu. Poza tym to jeden z najpiękniejszych obrazów ostatnich lat. Warto.

Czytaj więcej w Spider's Web:

Michał Jarecki
Redaktor

Dla Rozrywka Spider’s Web najchętniej bloguje o branży filmowej, krytycznym (lub pełnym uwielbienia) okiem przyglądając się nowościom na ekranach kin i w serwisach streamingowych. Kinoman, filmoznawca, szczerze miłujący zarówno arthouse, jak i naszpikowane akcją popcorniaki. Niemal cały swój czas wolny poświęca kulturze w najróżniejszych jej formach. Wciąż dokształca się filmoznawczo; o sztukach wizualnych pisze od lat, początkowo raczej hobbystycznie, a od dłuższego czasu – zawodowo. Gościł w Radiowej Czwórce czy telewizji publicznej; można go było przeczytać m.in. w miesięczniku „Kino”, „Nowej Fantastyce” czy na łamach innych serwisów (recenzje, felietony, newsy, wywiady).

REKLAMA
REKLAMA