Obejrzałem jeden z najlepszych filmów w oscarowej stawce. A ty pewnie o nim nie słyszałeś
Amerykańska Akademio Sztuki i Wiedzy Filmowej, raczysz sobie żartować? Czemu "Kokuho" dostało nominację do Oscara jedynie za charakteryzację i fryzury? Przecież na śniadanie zjada większość produkcji z szansą na statuetkę dla najlepszego filmu. I nawet nie zostawia po nich resztek.

"Kokuho" zaczyna się od morderstwa. Ojciec głównego bohatera zostaje zabity przez członka yakuzy. Kikuo szuka więc sprawiedliwości, ale sam pociągnąć za spust nie potrafi. Sang-il Lee szybko wątek zemsty porzuca, bo nie robi filmu w stylu Takeshiego Kitano. On tylko sugeruje, że świat teatru kabuki, do którego nas zabiera, jest równie brutalny, co japońskich mafiozów. W nim też obowiązuje ścisła hierarchia i rządzą dynastie. Prestiż dziedziczy się wraz ze scenicznym nazwiskiem, a bez odpowiedniego rodu lub potężnego mentora trudno się przebić.
Nie dajcie się zwieść planszy informacyjnej na początku filmu, według której Lee interesuje przede wszystkim motyw onnagata - mężczyzn grających w kabuki kobiece role. To tyleż efekciarska, co efektywna, wymówka, żeby poruszyć tematy znacznie bardziej uniwersalne. Bo Kikuo trafia pod opiekę uznanego aktora Hanai Hanjiro i pod okiem mistrza trenuje warsztat wraz z jego synem Shunsuke. W ten sposób reżyser przymierza się do zadania pytania, "ile jesteś gotów poświęcić dla sławy?". Odpowiedź brzmi: dużo. Ale to nie ma znaczenia.
Kokuho - recenzja nominowanego do Oscara filmu
Mordercze treningi pod okiem mistrza, w którego metodach pobrzmiewają echa podejścia Terence'a Fletchera z "Whiplash", dają oczywiście efekt. Kikuo dostaje się do świata kabuki, ale w jednej ze scen, tuż przed występem, Hanjiro mówi mu, że chroni go talent, podczas gdy jego syna chroni krew. Krew. Nazwisko. Powinowactwa. To jest to, o czym reżyser chce nam opowiedzieć. Przekazuje nam po prostu mądrość ze słynnego mema: bez pleców możemy dodać pomysł do doświadczenia i ciężkiej pracy, a i tak wyjdzie nam wielkie G.
Bo sława Kikuo trwa tylko tyle, ile ma protekcję mistrza. Za jego życia dostaje angaż, jest rozchwytywany. Ale po śmierci Hanjiro wszystko się kończy. A powrót na szczyt jest w jego przypadku znacznie trudniejszy niż Shunsuke, który sam skazał się na wygnanie z artystycznego światka. Główny bohater może marzyć, może walczyć, ciężko pracować, ale jego starania spełzają na niczym. Przynajmniej dopóki Lee nie serwuje nam twistu do niespiesznie stawianej przez siebie tezy.
Lee zapożycza strukturę narracyjną wprost z konwencji kina gangsterskiego. Tylko po upadku głównego bohatera nie mamy zakończenia, a czeka nas rozwinięcie jego dalszych losów. Dlatego tle to trwa. Reżyser przeprowadza nas przez wyrywki z 50 lat życia Kikuo, dokumentując każdą z kolejnych epok. Rozciąga przez to opowieść do ram epickiego, niemal trzygodzinnego filmu, pozwalając coraz bardziej zatracać się w jego świecie. Bo nawet kiedy twórca stopuje akcję główną, aby pokazać nam fragment kabuki o duchu czapli, który przyjmuje postać młodej kobiety, robi to wykwintnie, ze smakiem i miłością do prezentowanej przez siebie sztuki.
Do wstawek kabuki kamera Sofiana El Faniego przyjmuje stały punkt widzenia z perspektywy widza teatru. Bez niepotrzebnych ruchów pokazuje je z oddali, w szerokich planach obejmujących całą scenę i na długich ujęciach, żebyśmy mogli skupić się na gestach aktorów i ich stylizacji. Te powalające wizualnie - pełne nasyconych barw - rejestracje performansów kontrastują z chłodniejszymi i bardziej realistycznymi scenami z życia bohaterów. Aktorzy wciąż grają bardziej czytelnie niż w naturalistycznym kinie, ale ich ekspresyjność skrywa psychologiczne niuanse.
W całej produkcji Lee do pewnego stopnia zachowuje umowność i przesadę kabuki, ale jednocześnie nie uteatralnia kina. Kamera nieraz przygląda się bohaterom, mapując całe ich twarze. Pozwala przyjrzeć się demonicznemu uśmieszkowi Kikuo, kiedy opowiada o konszachtach z diabłem i dostrzec historię, która kryje się w zmarszczkach Onogawy Mangiku - żywego narodowego skarbu (artysty na najwyższym poziomie w teatrze kabuki). Dzięki temu reżyser wydobywa cały kontrast między sztuką a prawdziwym życiem, pozwalając im wzajemnie na siebie oddziaływać.
"Kokuho" staje się filmem niesamowicie pojemnym. Reżyser na każdym kroku implementuje kolejne znaczenia, ale nie próbuje widza przebodźcować. Dlatego spokojny montaż pozwala kolejnym scenom oddychać - daje przestrzeń na refleksję i wchłonięcie całego przekazu. Przydaje się to przy - mimo wszystko - tak oszczędnej i lakonicznej narracji, w której historia jednego z bohaterów nagle zmienia się w losy drugiego. Bo Lee się nie powtarza, nie umniejsza inteligencji widza. Dzięki temu wykorzystuje każdą minutę metrażu swojej opowieści. Przez cały czas utrzymuje ją w idealnej równowadze między wizualną i emocjonalną głębią. Epicka skala spotyka się więc z intymną psychologią postaci, tworząc wielkie kino.
Premiera "Kokuho": 27 marca w kinach.
Więcej o filmach oscarowych poczytasz na Spider's Web:
- Kiedy Oscary 2026? Święto kina nadciąga
- Gdzie obejrzeć najlepsze filmy nominowane do Oscarów 2026?
- Najbardziej klimatyczny film roku ominął kina i trafił na VOD. Ależ mnie porwał
- Nominowany do Oscara film Netfliksa jest mocny. Trudno uwierzyć w tę historię
- Horror pobił rekord Oscarów. I dobrze, bo ten film wyrywa z butów
- Tytuł filmu: Kokuho
- Rok produkcji: 2025
- Czas trwania: 175 minut
- Reżyser: Sang-il Lee
- Aktorzy: Ryo Yoshizawa, Ryusei Yokohama, Mitsuki Takahata
- Nasza ocena: 8/10
- Ocena IMDB: 7,6/10



















