Richard Linklater wznosi swoją autorską wrażliwość na nowy poziom. Już wcześniej lubił wizualne eksperymenty - w "Życiu świadomym" bawił się estetyką, a w "Każdy by chciał!!" tęsknił za latami 80. Składając hołd Jean-Lucowi Godardowi w "Nowej fali" postanowił pójść krok dalej - zrekonstruować i zinterpretować historyczny styl. W nominowanym do tegorocznych Oscarów "Blue Moon", które ominęło polskie kina i trafiło od razu na VOD, podąża dalej tą ścieżką. Tym razem wchodzi jednak w dialog z nowojorską kulturą teatralną lat 40.

Akcja "Blue Moon" rozgrywa się w wieczór premiery "Oklahomy!", który uważa się za punkt zwrotny w historii amerykańskiego musicalu. Fabuła skupia się na Lorenzie Hartzie - znanym tekściarzu i współautorze m.in. My Funny Valentine czy Blue Moon właśnie. Wchodzi on do baru i po krótkiej wymianie zdań od razu zaczyna pojazd po sztuce swojego współpracownika, autora muzyki Richarda Rodgersa. W ogóle jej nie oszczędza. Krytykuje (nie bez powodu zresztą!) wszystko - od wykrzyknika w tytule po przesłanie. Trwa to, trwa i trwa. Bo jak tylko główny bohater zaczyna gadać, to już nie przestaje do końca filmu.
Blue Moon - co obejrzeć w weekend?
Nie dziwię się, że polski dystrybutor zamiast wprowadzić "Blue Moon" do kin, postanowił wypuścić go po cichu na VOD. Linklater opiera siłę swojej opowieści na słowie. Dialogi z nominowanego do Oscara scenariusza Roberta Kaplowa są szybkie, celne i ciągłe. Pełno w nich zabaw językiem, które trudno oddać w tłumaczeniu. Mienią się od ironii, łamią od przeinaczeń i uginają pod ciężarem aluzji. Okazują się tak gęste, że łatwo się w nich pogubić. Na swoim najbardziej podstawowym poziomie pozostają oczywiście jasne, bo twórcy dbają o klarowność przekazu, ale dopiero po uważnym wsłuchaniu się w nie, gdy już płynie się z wybijanym przez nie rytmem, można odkryć całe bogactwo ukrytych znaczeń.
Również nominowany do Oscara Ethan Hawke strzela kolejnymi kwestiami jak z karabinu. Z uśmiechem na ustach, ale z oczami, za którymi kryje się ból, z tęsknotą spogląda na pełne alkoholu kieliszki, uprawiając krytykę amerykańskiej sztuki lat 40. Z barmanem wymienia się cytatami z "Casablanki", kąśliwie komentuje popularność swojego Blue Moon i sarkastycznie podsuwa E.B. White'owi pomysł na "Stuarta Malutkiego". Dzięki temu film rozsmakowuje się w odniesieniach do kultury, spoglądając na nią krytycznym okiem.
Linklater nie pozwala nam nawet uciec od błyskotliwych myśli i trafnych puent swojego bohatera. "Blue Moon" od początku do końca pozostaje teatralny - ma jedność miejsca, czasu, akcji. Wszystko rozgrywa się w barze, który staje polem walki o miłość. W swej istocie jest to prosta historyjka o zakochanym do szaleństwa w młodej dziewczynie podstarzałym artyście idealiście. Niby nic nowego, ale reżyserowi udaje się stworzyć unikalny klimat. Wciągający i porywający. To właśnie dzięki niemu ten film się ogląda i się w niego wsłuchuje.
Neurotyczny, błyskotliwy bohater, intelektualny humor i kameralna forma sprawiają, że "Blue Moon" to najbardziej Allenowski film w dorobku Linklatera. Ma tę samą energię, tę samą werwę, tę samą lekkość, co dzieła twórcy "Manhattanu" z lat 70. i 80. Reżyser okazuje się jedynie znacznie bardziej pesymistyczny. W miarę rozwoju akcji Hart uświadamia sobie własne przemijanie, nie może pogodzić się z niespełnieniem. Zamiast pomóc widzom w zachowaniu ironicznego dystansu do świata, pozostawia nas z poczuciem smutku i goryczą. A te szybko nie odpuszczają.
Więcej o oscarowych filmach poczytasz na Spider's Web:
- Oscary 2026: nominacje. Padł historyczny rekord
- Horror pobił rekord Oscarów. I dobrze, bo ten film wyrywa z butów
- Gdzie obejrzeć najlepsze filmy nominowane do Oscarów 2026?
- Hamnet potrafi zachwycić i zaboleć. Rozerwie was na strzępy
- F1: Film to blockbuster od Apple'a, który obejrzysz w kinach. Recenzja



















