Timothee Chalamet to jeden z najlepszych aktorów XXI wieku - można go nie lubić, ale nie da się temu zaprzeczyć. Ostatnie lata to z jednej strony pasmo fantastycznych kreacji Timmy'ego, ale zarazem również długa passa pominięcia go przy rozdawaniu najważniejszej nagrody branży. Do HBO Max trafił właśnie film, który jest kolejnym dowodem na niezwykły talent Chalameta.

Bob Dylan to ikona. Artysta, który niezmiennie zgrywa niedostępnego przed światem, a jednocześnie jest jednym z największych wizjonerów, którzy chodzili po amerykańskiej ziemi. Dylan nigdy nie dał się zaszufladkować, sprowadzić do jednej, konkretnej ramy. Jego głos się jednak liczył, a teksty nosiły za sobą pragnienie zmiany. "Kompletnie nieznany" nie powinien być traktowany jako hołd wobec Dylana; bardziej jako próba rozwikłania zagadki jego wizerunku i geniuszu. Zresztą, od dziś posiadacze dostępu do HBO Max mogą sami wyrobić sobie zdanie na ten temat.
Kompletnie nieznany w HBO Max. Timothee Chalamet jest genialny
Bob Dylan (Timothée Chalamet) to młody, początkujący muzyk, który właśnie przyjechał do Nowego Jorku. Nie znalazł się tam bez przyczyny - w jednym z miejskich szpitali powoli umiera idol Boba, Woody Guthrie (Scoot McNairy). Równocześnie, przy tej smutnej okazji, poznaje inną ikonę folku, Pete'a Seegera (Edward Norton). Seeger z czasem otacza młodego Dylana opieką i wsparciem, które otwiera mu wiele drzwi do wielu lokali, gdzie próbuje grać swoją muzykę. Ta trafia na podatny grunt, a Dylan stopniowo zyskuje popularność w całym kraju.
James Mangold raczej ma opinię reżyserskiego, solidnego, ponadprzeciętnego wyrobnika, ale niekoniecznie wizjonera z autorskim pazurem. "Kompletnie nieznany" może w jego przypadku nie zmienia za bardzo stanu rzeczy, natomiast jest to jeden z najlepszych filmów w jego dorobku. Nie demaskuje Dylana w 100 procentach, ani nawet w 80 - wiele na temat jego charakteru i geniuszu pozostawia widzowi do interpretacji własnej. Roztacza nad filmowym Bobem aurę tajemnicy, świetnie wnika w jego pragnienie artystycznej wolności i uciekanie od tego, co mogłoby ją zaburzyć. Film dużo czasu poświęca samej muzyce, realiom jej tworzenia, a także odbiorowi ze strony publiczności.
"Kompletnie nieznany" jest koncertem w wykonaniu Timothee Chalameta. Piszę to w sensie dosłownym, jak i w przenośni. Aktor nie lipsyncuje - śpiewa wszystkie piosenki w filmie. Byłem w niemałym szoku, jak precyzyjnie Timmy upodobnił się nie tylko swoją prezencją, ale przede wszystkim fantastycznym wokalem, nigdy niezbliżającym się do parodii Dylana. Od dawna wiadomo, że aktor umie śpiewać, ale to, co zrobił pod skrzydłami Mangolda, jest oszałamiające. Na poziomie warsztatu to rola jak najbardziej godna Oscara - Chalamet pogodził aurę artystycznego wizjonera patrzącego w przód z wizją postaci, która w życiu codziennym jest zblazowanym, nieprzystępnym dupkiem.
Choć film Jamesa Mangolda nie należy wyłącznie do Chalameta, to on jest jego największą siłą. "Kompletnie nieznany" to rewelacyjne kino biograficzne, które nie bije łopatą widza i zachęca go do samodzielnego zgłębiania losów głównego bohatera. Nie powiem, że po obejrzeniu filmu stałem się psychofanem Boba Dylana, ale przez długie miesiące wykonania piosenek Dylana przez Chalameta stanowiły silną frakcję na mojej playliście w Spotify. To chyba coś znaczy...
Film dostępny w ofercie HBO Max od 5 czerwca.
Czytaj więcej o HBO Max w Spider's Web:



















