Długo, bo aż osiem lat musiałem czekać na nowy film Davida Roberta Mitchella, twórcy moich ukochanych perełek: „Coś za mną chodzi” i „Tajemnic Silver Lake”. Muszę jednak przyznać, ze zapowiedzi „Końca ulicy Dębowej” obudziły we mnie pewne obawy - mimo tego, że dotychczas darzyłem zdolności filmowca niemałym zaufaniem. Teraz, po seansie, ja - człowiek małej wiary - pełen pokory mówię: wybacz, David, że zwątpiłem.

Punkt wyjścia jest tyleż niemądry, co fascynujący. Akcja startuje w 1982 r., w spokojnej podmiejskiej dzielnicy. Rodzina Plattów - Denise (Anne Hathaway), Greg (Ewan McGregor), nastoletnia Audrey (Maisy Stella) i młodszy Brian (Christian Convery) - prowadzi zwyczajne, choć niekoniecznie spokojne życie. Małżeństwo Denise i Grega jest już właściwie na krawędzi rozpadu. Denise zaczyna fantazjować o zmianach, o obraniu nowej ścieżki, a Greg unika wszelkich konfrontacji czy poważniejszych dyskusji, tłamsząc w sobie problemy i emocje. Oboje nie są szczerzy ze sobą nawzajem. Cała rodzina funkcjonuje bardziej bazując na sile przyzwyczajeń niż dzięki rzeczywistej bliskości.
Pewnego dnia dochodzi do niewytłumaczalnego zjawiska. Ich Oak Street - tytułowa ul. Dębowa - zostaje dosłownie wyrwana ze swojej rzeczywistości i przeniesiona w nieznane miejsce. Rodzina szybko orientuje się, że osiedlowa droga dociera do ogromnej przepaści, za którą znajduje się prehistoryczny krajobraz. Dosłownie prehistoryczny - bo oto Dębowa cofnęła się w czasie do mezozoiku, niepokojąc okoliczną faunę.
Koniec ulicy Dębowej - recenzja filmu
Pomysł na film zrodził się z bardzo konkretnego obrazu, który niespodziewanie pojawił się w cudownej głowie Davida Roberta Mitchella. Reżyser opowiedział w jednym z wywiadów, że kilka lat temu spacerował po swojej dzielnicy w Michigan, badając wzrokiem zwyczajne garaże, ogrodzenia z siatki, śmietniki. Nieoczekiwanie zaczął się zastanawiać: jak wyglądałby dinozaur grzebiący w takim śmietniku? To połączenie czegoś absolutnie fantastycznego z banalną, mieszczańską codziennością (swoją drogą - jest to trop obecny chyba we wszystkich jego obrazach) stało się punktem wyjścia całego scenariusza. Mitchell od dawna chciał nakręcić film o dinozaurach, ale dopiero ta wizja skłoniła go do działania.
Pytany o inspiracje, Mitchell nigdy nie wymienił „Jurassic Parku” - i nic dziwnego, bo, co ciekawe, w filmie „czuć” więcej innych dzieł Spielberga. Obraz zaczyna się zresztą bardzo Spielbergowsko (nawet muzyka do złudzenia przypomina jakiś zaginiony projekt Johna Williamsa), ostatecznie jednak okazuje się bliższy tytułom pokroju... „Poltergeista”. Dostajemy bowiem elementy grozy, ale rodzinne relacje czy humor odgrywają odgrywają tu ważną rolę.
No właśnie: relacje i bohaterowie. Mitchell od samego początku dba o to, by jego bohaterowie byli czymś więcej niż jednowymiarowe wydmuszki typowe dla blockbusterów tego typu. Skrupulatnie kreśli pełnokrwiste charaktery za pośrednictwem niuansów, strzępów informacji dotyczących ich przeszłości, bolączek, marzeń czy aspiracji. Nie robi tego po to, by uczynić z nich kluczowe elementy fabuły, a po to, by widz jak najszybciej zobaczył w bohaterach ludzi i faktycznie przejął się ich losami. Ostatecznie „Koniec ulicy Dębowej” to przede wszystkim survivalowy dreszczowiec, w którym dramat rodzinny jest pogłębiającym emocjonalne zaangażowanie dodatkiem, wiarygodnym, a wręcz namacalnym dzięki dbałości o scenariuszowe szczegóły.
Dzieło Mitchella to popcorniak i blockbuster o bardzo unikalnym charakterze. Choć można by tego oczekiwać, nie mamy do czynienia z kolejnym bezmyślnym wysokobudżetowcem, który co minutę szczuje nas krwiożerczym dinozaurem. Mitchell celowo zaczyna powściągliwie, pochylając się nad rodzinnym dramatem, a dopiero później przyśpiesza. Pierwsza część opowieści jest wręcz zaskakująco spokojna jak na film reklamowany dinozaurami, ale właśnie dzięki temu późniejsze sceny zagrożenia uderzają z taką mocą.
Od pewnego momentu zagrożenie czuć zresztą na każdym kroku. Jak na pozornie rodzinne kino (poważnie, jest tu całe mnóstwo sekwencji stylizowanych na klasyczne kino familijne), film okazuje się zaskakująco brutalny i obfitujący w naprawdę nieprzyjemne ujęcia. Nie epatuje przemocą, nie pokazuje zbyt wiele krwi, nie doświadczycie tu żadnego gore - ale i nie udaje, że spotkanie człowieka z drapieżnym dinozaurem to rurki z kremem. Niczego nie wygładza, nie odwraca kamery od ofiar. W jednej z najmocniejszych sekwencji filmu widzimy, jak dinozaury rozprawiają się z częścią przerażonych, spanikowanych mieszkańców ul. Dębowej na ich dotychczas bezpiecznych, zielonych podjazdach - i jest to potężna scena, która zapada w pamięć.
Zdjęcia i praca kamery są kolejnym bezbłędnym komponentem całości. Autorem zdjęć jest Michael Gioulakis, współpracownik Mitchella przy „Coś za mną chodzi” - wykorzystując split diopter, mógł utrzymać w kadrze pierwszy i dalszy plan w ostrości, co w tego typu opowieści jest wręcz pożądane. Dalszy plan robi bowiem momentami świetną robotę - jest tu sporo dłuższych ujęć i starannie skomponowanych kadrów, w których widz sam wypatruje zagrożenia w obrębie obrazu.
I wreszcie: dinozaury.
Mitchell starał się przedstawić je bardziej jako zwierzęta niż potwory (dlatego też część z nich jest - wreszcie! - pierzasta), stawiając na dzikość, nieprzewidywalność i bardziej naturalną brutalność niż większość twórców. Sekwencje ataków, a nawet jump scare’y z udziałem gadów są zresztą zrealizowane bezbłędnie. Działają tym lepiej, że Mitchell potrafi przez długi czas budować napięcie, zanim pokaże prawdziwe zagrożenie.
Jeśli ktoś liczy na pełne wyjaśnienie tego, co tak naprawdę wydarzyło się w filmie, może się rozczarować - jednak uważni widzowie mogą wyciągnąć wnioski na podstawie licznych podpowiedzi. Myślę, że największą wadą filmu jest raczej jego względna przewidywalność - jasne, jest tu kilka zaskoczeń, jednak od pewnego momentu jesteśmy w stanie przewidzieć, jak to się dalej potoczy. Przypuszczam, że pojawią się też narzekania na kilka nielogicznych (moim zdaniem: pozornie) zachowań bohaterów czy momentami zbyt intensywne bazowanie na nostalgii za Spielbergiem i kinem Amblin, ale osobiście pod tymi ostatnimi się nie podpisuję. Owszem, inspiracji jest tu sporo, ale nie dominują obrazu; przeciwnie, co i rusz widzimy rękę Mitchella, jego obsesję na punkcie przedmieść, dziwności codzienności, długich ujęć, niepokoju czającego się poza kadrem i pozostawiania pewnych kwestii niedopowiedzianych.
„Koniec ulicy Dębowej” to - jak na razie - największa pozytywna niespodzianka tego lata. Mitchell dał nam absorbujący od pierwszych minut, zarazem niepokojący i zabawny, fenomenalnie zmontowany i dopieszczony realizacyjnie blockbuster - jeden z najlepszych filmów z dinozaurami od dekad, którego pięć minut gwarantuje więcej rozrywki niż wszystkie nowe „Jurassic Worldy” razem wzięte. Do kin!
Koniec ulicy Dębowej - obsada
- Anne Hathaway - Denise Platt
- Ewan McGregor - Greg Platt
- Maisy Stella - Audrey Platt
- Christian Convery - Brian Platt
- P.J. Byrne
- Chris Coy
- Bethany Anne Lind
- Denitra Isler
- Jordan Alexa Davis
- Emily Kuroda
- Andrea Frankle
- Hudson Meek
- Pilot Bunch
- Grayson Thorne Kilpatrick
KONIEC ULICY DĘBOWEJ - w kinach od 14 sierpnia.
Czytaj więcej w Spider's Web:
Dla Rozrywka Spider’s Web najchętniej bloguje o branży filmowej, krytycznym (lub pełnym uwielbienia) okiem przyglądając się nowościom na ekranach kin i w serwisach streamingowych. Kinoman, filmoznawca, szczerze miłujący zarówno arthouse, jak i naszpikowane akcją popcorniaki. Niemal cały swój czas wolny poświęca kulturze w najróżniejszych jej formach. Wciąż dokształca się filmoznawczo; o sztukach wizualnych pisze od lat, początkowo raczej hobbystycznie, a od dłuższego czasu – zawodowo. Gościł w Radiowej Czwórce czy telewizji publicznej; można go było przeczytać m.in. w miesięczniku „Kino”, „Nowej Fantastyce” czy na łamach innych serwisów (recenzje, felietony, newsy, wywiady).