REKLAMA

Nowy thriller Netfliksa to katastrofa. Dom z papieru? Chyba z Temu

Widzowie ruszyli przed ekrany, aby obejrzeć nowy thriller Netfliksa, dzięki czemu trafił on na 1. miejsce najpopularniejszych tytułów. Część z nich - w tym ja - zapewne oczekiwało, że będzie to coś na kształt hitowego "Domu z papieru". Rzeczywistość okazała się być jednak inna.

OCENA :
4/10
kurs kolizyjny film netflix recenzja thriller
REKLAMA

"Dom z papieru" pokazał, że widzowie są głodni trzymających w napięciu produkcji z gatunku heist film. Netflix wyszedł na przeciw oczekiwaniom swoich subskrybentów i pokazał sporo tytułów o podobnej tematyce, m.in. "Berlin", "Oblężenie banku", "Kalejdoskop" czy "Helikopter". Streamingowy gigant stara się co jakiś czas uzupełniać swoją bibliotekę o tego rodzaju filmy i seriale, dzięki czemu niedawno do kolekcji heist filmów dołączył "Kurs kolizyjny".

REKLAMA

Prędko podbił on zestawienie najpopularniejszych tytułów w TOP-ce Netfliksa, w związku z czym postanowiłam sprawdzić, czy warto spędzić z nim wieczór. Sądziłam, że będzie to gra warta świeczki - za kamerą produkcji stanął Daniel Sanchez Arevalo, z kolei za scenariusz odpowiedzialny był Ramon Campos. Był on autorem skryptów do kilku seriali Netfliksa, takich jak "Oaza", "Czarna wdowa" czy "Sprawa Asunty". Niektóre były lepsze, inne gorsze. "Kurs kolizyjny" zalicza się do tych gorszych.

Kurs kolizyjny - recenzja filmu w serwisie Netflix

Akcja produkcji rozgrywa się w 2013 r., kiedy w Hiszpanii miała miejsce szczytowa faza kryzysu gospodarczego. Kraj zmagał się z rekordowym bezrobociem, a także kryzysem bankowym i fiskalnym. Doprowadziło to do tego, że wiele osób straciło swoje oszczędności. Takim wstępem opatrzony jest film i ten punkt wyjścia jest oparty na prawdziwych wydarzeniach. Dalsza część to czysta fikcja, która faktycznie zaskakuje, ale chwilami potrafi zabrnąć za daleko, tworząc absurdalne rozwiązania. W centrum fabuły znajduje się 4 rabusiów - Pedro (Karra Elejalde), Raul (Alvaro Cervantes), Tomas (Tamar Novas) i Carla (Laia Costa) - którzy postanawiają napaść na bank.

REKLAMA
Kurs kolizyjny. Fot. materiały prasowe Netflix

Wszystko zaczyna się wczesnym rankiem, kiedy pracownik banku Ernesto (Luis Zahera) przychodzi do pracy. Nieoczekiwanie, jeszcze przed otwarciem, do placówki próbuje dostać się mężczyzna, który nalega, by Ernesto go wpuścił, ponieważ chce wpłacić sporą sumę pieniędzy. Pracownik ulega i to okazuje się być fatalną w skutkach decyzją - tuż za nieznajomym do banku wchodzą rabusie w białych maskach, atakują Ernesto i z jego pomocą włamują się do sejfu. Zamierzają okraść konkretną skrytkę z diamentami, a następnie podzielić się łupem. Podczas ucieczki samochodem dochodzi między nimi do kłótni, przez co ulegają wypadkowi.

Film zbudowany jest z 4 rozdziałów. Każdy z nich zatytułowany jest imieniem danego rabusia i pokazuje, co stałoby się w sytuacji, gdyby to właśnie on zginął w wypadku. Wypadek samochodowy jest zatem rekonstruowany 4 razy i za każdym razem życie traci ktoś inny. Twórcy zaczynają wówczas odsłaniać karty, dzięki czemu historia jest wzbogacana o kolejne szczegóły z życia bohaterów, które prowadzą do rozwiązania sprawy. Problem w tym, że scenariusz jest dziurawy i brakuje w nim konsekwencji. W niektórych przypadkach zostaje pokazane, co dzieje się po wypadku, a w innych natychmiast dochodzi do przesłuchania. Ponadto decyzje bohaterów są nielogiczne i niezrozumiałe.

REKLAMA
Kurs kolizyjny. Fot. materiały prasowe Netflix

Chciałabym uniknąć spoilerów, bo hiszpańskiemu thrillerowi nie można odmówić sporej ilości zaskoczeń - to akurat jeden z niewielu elementów, które się rzeczywiście udały. Sam pomysł i punkt wyjścia był całkiem niezły i początkowo byłam ciekawa, co wydarzy się dalej w tak patowej sytuacji. Kiedy rozpoczęły się eksperymenty z uśmiercaniem każdego po kolei, to zaczęłam spekulować, co może wydarzyć się na samym końcu. Finał okazał się być dla mnie zupełnie niezrozumiały i wcale nie usprawiedliwiał tego, co wydarzyło się wcześniej. Byłabym w stanie wybaczyć niektóre rozwiązania fabularne (choć większość z nich było jak żywcem wyjętych z telenoweli, gdzie nie wiadomo, kto jest synem kogo), gdyby tylko końcówka umotywowała te zabiegi. Tak się jednak nie stało.

Powiem wprost: na "Kursie kolizyjnym" zmarnowałam czas. Mimo że produkcja zapowiadała się obiecująco, to ostatecznie okazało się, że jest to porcja paszy dla subskrybentów serwisu. Nie jest to najgorsze, co można obejrzeć na platformie i niektórzy zapewne docenią pomysł i wykonanie Arevalo i Camposa. Thrillerów Netflix ma jednak pod dostatkiem i warto wybrać któryś ze sprawdzonych tytułów zamiast eksperymentować z filmem, który wygląda, jakby scenariusz był pisany na kolanie. Jestem na nie.

REKLAMA
Obserwuj nas w Google Discover

Czytaj więcej w Spider's Web:

Anna Bortniak
Redaktor

Absolwentka studiów dziennikarskich. Robi to, co lubi, czyli pisze – o serialach i filmach. Miłośniczka kryminałów tych na ekranie i na papierze. W słuchawkach raczej rap, ale często też metal. Na co dzień poukładana, chociaż często zdarza jej się nabałaganić w słowach. Zakochana w Norwegii, dobrej, czarnej kawie i świeczkach z Pepco. Uwielbia rozmawiać i słuchać ludzi, dlatego marzy jej się napisanie reportażu, tylko jeszcze nie wie, o czym.

REKLAMA
REKLAMA