Premiera „Latarni” od HBO Max już za nami i wygląda na to, że mamy do czynienia z naprawdę udaną produkcją. Nowy serial z uniwersum DC wprowadza do ekranowej odnogi franczyzy wiele postaci (zarówno znanych komiksowych bohaterów, jak i zupełnie nowych), a także nieznaną dotychczas moc Zielonych Latarni, która może namieszać.

„Latarnie” to piąta produkcja należąca do nowego DCU. Choć „Supergirl” zostawiła po sobie niesmak i poczucie, że nowe uniwersum również nie wypali, w gruncie rzeczy - poza tą jedną wpadką - póki co dostarcza widzom naprawdę udane produkcje. „Superman”, „Koszmarne Komando”, 2. sezon „Peacemakera” czy serial o Zielonych to naprawdę fajne rzeczy. Biją na głowę wszystko, co dała nam poprzednia odsłona uniwersum.
„Latarnie” koncentrują się na granym przez Kyle’a Chandlera Halu Jordanie, doświadczonym Zielonej Latarni (aktywny w DCU od 1986 r.), oraz na Johnie Stewarcie granym przez Aarona Pierre’a - wschodzącej gwieździe szkolonej przez Jordana.
Przez większość czasu premierowy odcinek 1. sezonu pokazuje typowe moce Latarni. I tak na przykład Hal Jordan potrafi latać z prędkością przewyższającą dźwięk, poza tym on i John Stewart wykorzystują popularne konstrukty - jak zielone „bańki” - by ratować się z niebezpiecznych sytuacji, Hal potrafi za pomocą swojego pierścienia wygenerować pieniądze i tak dalej. Choć serial pod wieloma względami przypomina produkcje pokroju „Detektywa”, zdecydowanie nie rezygnuje z typowo superbohaterskich akcji.
Wszystkie te moce mają swoje źródło na kartach komiksów DC. Ale, choć naprawdę fajnie się je ogląda - szczególnie ze względu na niewielką liczbę występów Zielonych Latarni w aktorskich produkcjach - sprawiają wrażenie mocno ogranych. Tym bardziej doceniam fakt, że już w 1. epizodzie swój debiut zalicza zupełnie nowa moc Latarni - i wygląda na to, że może ona odegrać istotną rolę w tej odsłonie.
Latarnie: nowa moc pierścienia może nieźle namieszać
John odkrywa ważną funkcję pierścienia po tym, gdy Hal w ramach wyjątkowo bezwzględnego treningu zrzuca samochód z klifu. Okazuje się, że w DCU członkowie Korpusu Zielonych Latarni co tydzień przesyłają kopię swojej świadomości do swoich pierścieni. Dzięki temu, jeśli któryś z nich zginie, jego wspomnienia oraz wiedza pozostaną „zapisane”.
Ta wersja Hala, która objawia się Johnowi, jest kopią postaci sprzed 10 lat (wg chronologii serialu) - czyli z 2006 roku (tajemnica Rushville, wokół której koncentruje się serial HBO, ma miejsce w 2016).
Cotygodniowe tworzenie kopii świadomości Zielonej Latarni w pierścieniu nie jest standardową zdolnością tego artefaktu w komiksach DC. Choć owszem, istnieje tam pewien podobny koncept - tak zwane energetyczne bliźnięta z ery Silver Age.
W tamtym okresie Zielone Latarnie tworzyły jednak przede wszystkim przypominające duchy kopie samych siebie, które można było wykorzystywać przez krótki czas, głównie do pokonywania ogromnych odległości i przekazywania wiadomości. Nie jest to dokładnie to samo rozwiązanie, które zastosowano w serialu HBO. Tutaj mamy bowiem do czynienia z pełnoprawną, młodszą wersją Hala Jordana przechowywaną wewnątrz jego pierścienia.
Zakończenie 1. odcinka ujawniło, że Hal Jordan nie żyje, ale John i szeryf Kerry nie mają pojęcia, kto go zabił. Natomiast jeden szczegół szczególnie zwraca uwagę Johna: pierścień Hala w tajemniczy sposób zniknął z jego palca. Jeśli więc Johnowi udałoby się odnaleźć pierścień Hala, mógłby uruchomić przechowywaną w nim kopię jego świadomości, a ta być może ujawniłaby, co wydarzyło się w ostatnich chwilach życia bohatera. Możliwości wykorzystania tej mocy jest zresztą znacznie, znacznie więcej.
Czekamy na kolejne odcinki.
Czytaj więcej w Spider's Web:
- Fani czekają na ten spin-off Yellowstone. Twórca mówi: "nie"
- Już jutro finał fenomenalnego serialu akcji. Fani drżą z entuzjazmu
- Na Netfliksa wleciał najlepszy serial wojskowy, jaki widzieliście
- Mocne zakończenie premierowego odcinka Latarni. O co chodzi?
- Disney+ w nowym pakiecie Plusa i Polsat Box. Trzy streamingi za grosze
Dla Rozrywka Spider’s Web najchętniej bloguje o branży filmowej, krytycznym (lub pełnym uwielbienia) okiem przyglądając się nowościom na ekranach kin i w serwisach streamingowych. Kinoman, filmoznawca, szczerze miłujący zarówno arthouse, jak i naszpikowane akcją popcorniaki. Niemal cały swój czas wolny poświęca kulturze w najróżniejszych jej formach. Wciąż dokształca się filmoznawczo; o sztukach wizualnych pisze od lat, początkowo raczej hobbystycznie, a od dłuższego czasu – zawodowo. Gościł w Radiowej Czwórce czy telewizji publicznej; można go było przeczytać m.in. w miesięczniku „Kino”, „Nowej Fantastyce” czy na łamach innych serwisów (recenzje, felietony, newsy, wywiady).