W momencie, gdy na końcu "Avengers: Endgame" umierał Tony Stark, u niejednego fana Marvela było to równoznaczne ze śmiercią dotychczasowego porządku w MCU. Po zamknięciu tego rozdziału nic już nie mogło być takie samo i stało się jasne, że trzeba odnaleźć nowy kierunek, w którym filmowy Dom Pomysłów się skieruje. Choć nie ma co owijać w bawełnę i oszukiwać się na pewne tematy, nie potrafię zgodzić się z tezą, że po "Endgame", cytując klasyka, "Marvel się skończył".

"Avengers: Doomsday", które trafi na wielkie ekrany w grudniu, to dla wielu sympatyków superbohaterskiego kina film ostatniej szansy. Największe, najpotężniejsze, najbardziej kosztowne dzieło, jakie prawdopodobnie wypuścił Marvel w całej swojej filmowej historii. Od czasu "Endgame" dostaliśmy kilka kinowych historii, ale tutaj mamy do czynienia z zapowiadanym wielkim końcem, dwuczęściowym podsumowaniem multiwersalnego zamieszania, które znajdzie swój finał w "Doomsday", a także w następnej części, "Secret Wars". Choć Kevin Feige nie obstaje przy tezie o potężnym reboocie MCU, zbliża się koniec pewnego etapu. Etapu, który nie był tak zły, jak wielu twierdzi.
Marvel po Endgame był w dołku. Zaczął z niego wychodzić
Zanim przejdę do rzeczy, pozwolę sobie przyznać rację krytykom, twierdzącym, że po "Endgame" poziom produkcji Marvela obniżył się. Nie zamierzam dopisywać się do tworzonych przez nich apokaliptycznych wizji MCU, ale trzeba uczciwie postawić sobie sprawę jasno - widać było, że Feige i spółka mieli wyraźny problem kreatywny. Jak zapełnić pustkę? Jak wytyczyć nowe kierunki, ale równocześnie połączyć je z dziedzictwem tego, co było? Był rozkrok, była ilość ponad jakością (zwłaszcza w przypadku seriali), brakowało epickości i dreszczyka, które powodowało zwykle marvelowskie kino.
Po "Endgame" MCU nie umarło - powstawały kolejne filmy. Dwie (nie licząc nadchodzącego "Całkiem nowego dnia") solowe produkcje z Tomem Hollandem w roli Spider-Mana powstały po wielkim końcu Sagi Nieskończoności i uniosły zarówno fabularną, spektakularną jak i emocjonalną część historii Pajączka. Wraz z nowym zwiastunem "Doomsday", w której pojawił się Shang-Chi, widzowie śmiali się, że Marvel przypomniał sobie o tej postaci i że w ogóle nakręcił kiedyś o niej film. Kpiny trafne - tym bardziej, że "Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni" była dziełem, które dość jawnie odcinało się od "amerykańskiej superbohaterszczyzny", oferując świeższe spojrzenie i poszerzające marvelowskie horyzonty. Destin Daniel Cretton udowodnił, że nadaje się na współtwórcę nowego porządku - co zostało zauważone, o czym świadczy posada reżysera w nowym filmie o Spider-Manie. Przynajmniej o nim pamiętano...
Oczywiście, nie wszystko, co dotychczas widzieliśmy, było super. Średnio udane i chyba również zapomniane przez decydentów "Eternals", miałki "Thor: Miłość i grom" Waititiego, "Czarna Pantera: Wakanda w moim sercu", w którym to Letitia Wright niestety nie udowodniła, że nadaje się na następczynię Chadwicka Bosemana w tytułowej roli. Na poziomie seriali również passa była zmienna - "Falcon i Zimowy Żołnierz", "Loki", czy "Wandavision" raczej ginęły w oczach przez mniej udanego "Moon Knighta" czy zjechaną z góry na dół "Mecenas She-Hulk".
Kolejny etap MCU, Faza V, miała swoje dołki, ale i naprawdę mocne wzloty. Oczywiście, nie ma co zapominać o mizernej pod wieloma względami "Kwantomanii" i prawdopodobnie najgorszym filmie MCU ostatnich lat, czyli "Marvels". V Faza to jednak również "Strażnicy Galaktyki 3", czyli spektakularne pożegnanie Jamesa Gunna z Marvelem i najlepszy film trylogii. To "Deadpool & Wolverine", który mimo dalekiej drogi do ideału pozwolił duetowi Reynolds&Jackman na uwolnienie pokładów swojej legendarnej i niemożliwej do podrobienia chemii. To "Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat", który wrócił do korzeni w postaci klimatu politycznego thrillera połączonego z klasyczną, superbohaterską rozrywką.
Wreszcie, kilka miesięcy po "Nowym wspaniałym świecie", zobaczyliśmy "Thunderbolts*" - najlepszy film V Fazy MCU. Jake Schreier, reżyser filmu, w najpełniejszy od czasów "Endgame" sposób pokazał, że w Marvelu wciąż jest potencjał na opowiadanie emocjonujących historii, które łapią nas za serce i jednocześnie pozwalają się porwać swoją superbohaterską energią. Okazało się, że nie trzeba wiecznie wyruszać w kosmos i ratować świat - można zamiast tego skupić się na relacjach między postaciami, których życie rozgrywa się tu i teraz, na Ziemi. Kto by pomyślał, że od Marvela dostaniemy podaną w złożony sposób metaforę depresji i zmagań ze zdrowiem psychicznym?
Szóstą Fazę rozpoczęła czwórka. Fantastyczna Czwórka. Podtytuł filmu, "Pierwsze kroki", okazał się nie tylko nawiązaniem do fabuły, ale również szeroko zakrojoną obietnicą, zwiastunem czegoś nowego, wielkiego. Przeniesienie akcji do futurystycznego świata głównych bohaterów było perfekcyjną decyzją, a Mattowi Shakmanowi udało się połączyć kosmiczną skalę zagrożenia, z którym zmagają się superbohaterowie, z narracją skupioną na znacznie bardziej przyziemnych aspektach, takich jak rodzina, odpowiedzialność za "większą sprawę", autorytet jednostki. To film, który potrafił zapierać dech w piersiach oraz łapać za serce. Doskonale pamiętam, gdy po zakończeniu seansu poczułem w sobie to, co czułem w erze "dawnego Marvela" - epicką ekscytację, poczucie uczestniczenia w czymś wielkim.
Oczywiście, przed dwoma następnymi filmami stoi wyzwanie, by podobne odczucia wyzwolić na masową skalę. Ciężar ten spoczywa zwłaszcza na "Avengers: Doomsday" - bracia Russo muszą bowiem dobrze połączyć kropki, spiąć historię, którą przedstawią, z tym, co było oraz co będzie. Jeśli "Doomsday" okaże się kolosem na papierowych nogach, "Secret Wars" może nie wystarczyć, a starania Marvela, by na nowo stać się źródłem inspirujących, superbohaterskich treści, legną w gruzach. Jak jednak można zauważyć, nie jestem pesymistą i jeśli zrobić coś tak ambitnego i potężnego rozmachem jak "Doomsday" to teraz albo nigdy. W środku wierzę, że się nie zawiodę i nieraz zrobię wielkie oczy z wrażenia na widok tego, co bracia Russo "ugotowali".
"Avengers: Doomsday" w kinach od 18 grudnia.
Więcej o Marvelu przeczytacie na Spider's Web:
- Doktor Doom przewyższy Thanosa. Avengers mają się czego bać
- Marvel pokazał zwiastun Avengers: Doomsday. Opadła mi szczęka
- Nowe sceny Avengers: Endgame połączą film z Doomsday. Warto czekać?
- Gdzie obejrzeć wszystkie filmy o Spider-Manie? Pełna rozpiska
- Znamy czas trwania Avengers: Doomsday. Dłuższy niż broda Kapitana Ameryki
W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.