REKLAMA

Rock jest martwy. Mniej obcy - recenzja filmu o Lady Pank

Problemem lwiej części filmowych biopiców znanych osób - a zwłaszcza artystów - jest fakt, że ich bohaterowie rzadko kiedy na taki biopic zasłużyli.

mniej obcy netflix
REKLAMA

Nie dlatego, że nie przysłużyli się gałęzi uprawianej przez siebie sztuki w wystarczającym stopniu, ani tym bardziej nie dlatego, że nie są ludźmi wartościowymi. Rzecz w tym, że ich historie, ich życia, choć są życiami poświęconymi twórczości - to piękne - rozgrywają się też według podobnych schematów, są napędzane podobnymi postawami, bolączkami, pragnieniami i potknięciami. I o ile bywa, że któryś z uwielbianych artystów, ograniczmy się do muzyków, w istocie ukształtuje swój żywot w sposób tyleż wywrotowy, przełomowy, społecznie i twórczo cenny i istotny, o tyle zazwyczaj mamy jednak do czynienia z jeszcze jedną, przewidywalną, męczącą wręcz opowieścią, którą gdzieś już słyszeliśmy, którą już oglądaliśmy.

REKLAMA

Zmierzam do tego, że dostaliśmy już całą masę bliźniaczych opowiastek o nieznośnych facetach z przerostem ego, którzy drogę do artystycznej wielkości torowali sobie samouwielbieniem i bezwzględnością względem innych oraz własnego zdrowia. Autodestrukcyjnych, skupionych na sobie arogantów, których wszyscy wokół usprawiedliwiali, odpuszczali im ze względu na ich profesję, bo przecież artysta może więcej, ma prawo krzywdzić siebie i innych, jeśli taki jest koszt wielkiej sztuki. Ta bowiem musi rodzić się w bólu i cierpieniach. Podlana wódą i podsypana koksem. Innej drogi nie ma i nigdy nie było (tyle, że jest i była).

Nie twierdzę, że powyższa charakterystyka idealnie pasuje do Jana Borysewicza, jednego z najpopularniejszych polskich rockowych gitarzystów, lidera i współzałożyciela Lady Pank - ale z formułą jego netfliksowej biografii, filmu „Mniej obcy”, ma niemało wspólnego.

REKLAMA

Mniej obcy - recenzja filmu

Słowem: to już było, nieraz, choć ujęte zgrabniej. Kristoffer Rus, reżyser mający na koncie m.in. trylogię „Za duży na bajki” (której pierwszą odsłonę obejrzeć warto, kolejnych - niekoniecznie), bazując na posklejanym ze schematów skrypcie Wiktora Piątkowskiego i Joanna Kozłowskiego, kreśli przed nami portret Borysewicza jako, jakżeby inaczej, antypatycznego, choć wrażliwego muzyka, który swoje przeżył, więc teraz więcej czuje, ale co tak naprawdę czuje, to już dowiadujemy się z offu - bo debiutujący w głównej roli Mikołaj Bukrewicz, uwaga, tłumaczy nam emocje swojego bohatera.

mniej obcy netflix recenzja

Nie tylko zresztą nam, ale i samemu Bogu, bo to do niego przez cały czas się zwraca. Do kogóż zresztą innego, skoro inni śmiertelnicy - nie licząc może matki - nie obchodzą pop-rockowego herosa zanadto? To trochę zabawne, bo w „Mniej obcym”, obok buntu przeciw ówczesnej władzy, czyli konfliktu wolności z zamordyzmem, równolegle maluje się konflikt dwóch form tej samej religii. Sam fakt tworzenia w trakcie komuny, okazjonalnego nonkonformizmu czy przepychanek z milicją, wydaje się tu zarówno dla twórców, jak i dla samego Borysewicza wystarczający, by - po pierwsze - usprawiedliwić kręcenie o nim dwugodzinnego filmu fabularnego, po drugie - z pełnym przekonaniem opowiadać o nim jak o Wielkim i Ważnym, choć do samego końca obraz nie potrafi w żaden sposób tej Wielkości i Ważności namalować, wykazać, udowodnić.

REKLAMA

Twórcy nie podjęli też najmniejszych starań, by choć na moment odejść od wymęczonej, przeoranej wręcz biopikowej struktury. Artysta cierpi, wspina się na szczyt, używa sobie, upada, wreszcie odkupuje winy. Jednocześnie to, czy faktycznie to zrobi, ani trochę nas nie obchodzi, bo nie sposób go lubić, a i nie czyni nic na tyle istotnego - przynajmniej w ramach fabuły - by zależało nam na ponownym podjęciu i wypełnieniu misji. Efektem jest mdły, laurkowy konglomerat klisz, za sprawą którego z kwadransa na kwadrans coraz bardziej obojętniejesz, a wreszcie zaczyna cię mdlić. Trudno tez bowiem nie czuć przesytu estetyzacją i romantyzowaniem ejtisów - w tym tych PRL-wskich - gdy tej nostalgii od lat mamy już po kokardki, a Rus próbuje wcisnąć nam łyżką do buzi kilka kolejnych porcji.

Zrealizowane to jest nie najgorzej, choć dziwnych decyzji, a nawet błędów montażowych nie zabrakło. Ma szczęście, że opowiada o Lady Pank, bo dzięki temu brzmi też całkiem nieźle, a i jakimś cudem część dialogów nie boli tak bardzo - choć już wspomniane monologi Borysewicza skierowane wprost do boskich uszu to okropnie teatralny, megalomański, blagierski bełkot. „Mniej obcy” często zresztą bywa - podobnie jak ten filmowy Borysewicz - męcząco kabotyński. Trudno jest tu w cokolwiek uwierzyć, bo co druga sekwencja, czy to bardziej rock&rollowa, czy dramatyczna, okazuje się przerysowana i nieszczera. Mimo tego, że przecież o faktach z życia Borysewicza opowiada dość uczciwie.

REKLAMA

Apeluję: dajcie już spokój żywotom rockmanów. Jasne, każdy ma prawo do dzielenia się swoją historią, ale nie każda historia zasługuje na to, by nakręcić o niej film - tym bardziej, jeśli opowiadający filmowiec, proszę wybaczyć, nie potrafi opowiadać, a tym bardziej przekonać, że może jednak warto obejrzeć i posłuchać. „Mniej obcy” nie daje ani jednego powodu. 

Czytaj więcej w Spider's Web:

Michał Jarecki
Redaktor

Dla Rozrywka Spider’s Web najchętniej bloguje o branży filmowej, krytycznym (lub pełnym uwielbienia) okiem przyglądając się nowościom na ekranach kin i w serwisach streamingowych. Kinoman, filmoznawca, szczerze miłujący zarówno arthouse, jak i naszpikowane akcją popcorniaki. Niemal cały swój czas wolny poświęca kulturze w najróżniejszych jej formach. Wciąż dokształca się filmoznawczo; o sztukach wizualnych pisze od lat, początkowo raczej hobbystycznie, a od dłuższego czasu – zawodowo. Gościł w Radiowej Czwórce czy telewizji publicznej; można go było przeczytać m.in. w miesięczniku „Kino”, „Nowej Fantastyce” czy na łamach innych serwisów (recenzje, felietony, newsy, wywiady).

REKLAMA
REKLAMA