"Niebo nad Normandią" przedstawia osławiony epizod II wojny światowej z zupełnie nowej perspektywy. Nie śledzi losów bohaterskich żołnierzy, lądujących w Normandii, tylko... meteorologa. Mimo to wychodzi z tego rasowe kino wojenne, od którego nie sposób się oderwać.

Nie ma chyba drugiego tak zmitologizowanego w kinie epizodu II wojny światowej jak Lądowanie w Normandii. W "Najdłuższym dniu" zostało pokazane z różnych perspektyw i podane poprzez szereg scen batalistycznych. W "Szeregowcu Ryanie" stało się symbolem chaosu zbrojnego konfliktu, nie tyle go przedstawiając, co wpuszczając nas w sam jego środek. To tylko kilka przykładów, które dowodzą, że D-Day rozgościł się w zbiorowej wyobraźni widzów jako wielkie, emocjonujące widowisko. Czyli coś, czego w "Niebie nad Normandią" nie uświadczymy.
Zapytany, co dało aliantom kluczową przewagę podczas Lądowania w Normandii, Dwight D. Eisenhower odpowiedział, że mieli lepszych meteorologów niż Niemcy. To jest cytat, który Anthony Maras przywołuje na koniec "Nieba nad Normandią". Wcześniej uzasadnia tę tezę, praktycznie nie zabierając nas na front. Z wyjątkiem scen dających się policzyć na palcach jednej ręki, cała akcja rozgrywa się w Southwick House - kluczowym sztabie aliantów podczas II wojny światowej.
Niebo nad Normandią - recenzja filmu wojennego
To właśnie w angielskim Southwick House brytyjski meteorolog James Stagg ma przewidzieć pogodę na trzy dni wprzód i ocenić, czy alianci mogą wtedy wylądować w Normandii. Od tego zależą tak naprawdę przyszłe losy wojny i życie ponad 150 tys. żołnierzy. Odpowiedzialność jest ogromna, a matka natura - jak twierdzi główny bohater - nieprzewidywalna. Według niego zadanie jest wręcz niewykonalne, ale zakasa rękawy i bierze się do roboty. Zaczyna od zaprowadzenia nowych porządków w sztabie i postawienia swoich niesfornych amerykańskich współpracowników na baczność.
"Niebo nad Normandią" zabiera nas więc za kulisy jednej z największych i przy tym najważniejszych operacji aliantów w czasach II wojny światowej. Maras zdaje sobie jednak sprawę, że byłoby nudno, gdybyśmy musieli przyglądać się przez cały film, jak Stagg przegląda mapy pogodowe i przekazuje swoje wnioski Eisenhowerowi. Dlatego w swojej opowieści ciągle szuka konfliktów. Głównym okazuje się starcie postaw głównego bohatera i amerykańskiego meteorologa Irvinga Kricka, który bezbłędnie przepowiedział pogodę na planie "Przeminęło z wiatrem".
Problem w tym, że dla Kricka pogoda jest schematyczna. Czymś, co da się bez problemu przewidzieć na podstawie danych z poprzednich lat. Dlatego według niego alianci mogą spokojnie lądować w Normandii 5 czerwca, bo słońce będzie świecić na niebie dokładnie tak jak parę dekad wcześniej. I nie daje sobie przemówić do rozsądku. Stagg ma więc przeciwko sobie tak jego, jak i dowództwo, które pali się do przeprowadzenia operacji, zanim Niemcy zorientują się, co kombinuje. I przez to właśnie z ekranu aż iskry lecą.
W newralgicznych momentach, gdy Stagg tłumaczy Krickowi, że powinien zmienić swoje podejście do pogody, wpada Eisenhower. Człowiek wiecznie rozkrzyczany, który wije się w desperacji. Wcielający się w niego Brendan Fraser ciągle jest na pełnej. Dobrze przez to oddaje jego tragizm. Pokazuje, że mu zależy. Że od jego decyzji zależy los żołnierzy, a osoby, mające mu podpowiedzieć, co zrobić, ciągle się kłócą. To wyprowadza go z równowagi, przez co ugina się pod ciężarem na swoich barkach. Dlatego choć w aktorze budzi się prawdziwy dzikus, nigdy nie przekracza on granicy groteski. Bo to przecież nie jest "Dr Strangelove", który ma ośmieszać ludzi u władzy. To film rozegrany na znacznie niższych tonach.
Z racji swej teatralnej natury (adaptacja sztuki) "Niebo nad Normandią" to oczywiście opowieść, której siła zależy od aktorstwa.
Tu potrzeba psychologicznego realizmu Gary'ego Oldmana z "Czasu mroku". Najlepiej rozumie to wcielający się w główną rolę Andrew Scott. On kontrastuje z Fraserem. Jest bardziej wycofany i powściągliwy. Stagg w jego wykonaniu staje się człowiekiem przybitym, skupionym na swoim zadaniu. Bo zgodnie z logiką kina wojennego scenarzyści - Maras i David Haig - powierzają mu misję do wykonania i stawiają przed nim kolejne przeszkody. Nie tylko zawodowe, ale również osobiste.
Żona głównego bohatera jest w ciąży, a nawet trafia do zagrożonego bombardowaniem szpitala. To wpływa na Stagga, który stara się zachować zimną krew. Ten epizod należy jednak traktować jako przyjemny dodatek do opowieści, bo zostaje potraktowany po macoszemu. Twórcy chcieliby, żeby był głównym motorem zmian w podejściu upartego i nieugiętego wcześniej meteorologa. Choć to marzenia ściętej głowy, wątek okazuje się zgrabnie wpleciony i pomaga nadać całej opowieści bardziej ludzkiego wymiaru. Tym samym walk - zarówno zewnętrznych jak i wewnętrznych - na ekranie nie brakuje.
Namnażanie, eskalowanie i rozwiązywanie konfliktów daje filmowi odpowiednią dramaturgię. "Niebo nad Normandią" ogląda się dzięki temu w ciągłym napięciu, nawet jeśli wiemy, jak cała sytuacja się rozwinęła. Dostajemy dzięki temu produkcję wojenną, która ponad wszelką wątpliwość udowadnia, że meteorologia ist krieg.
Premiera "Nieba nad Normandią" 11 września w kinach. Już teraz film grany jest w ramach pokazów przedpremierowych.
Więcej o kinie wojennym poczytasz na Spider's Web:
- Netflix dodał arcydzieło kina wojennego. Wciąż ogląda się wyśmienicie
- Netflix dodał klasykę kina wojennego. Ale mi takich filmów brakuje
- Oszałamiający serial wojenny wreszcie dostępny w całości. Ogląda się na raz
- Ten serial wojenny katapultuje widzów w niebo. Ciągle do niego wracają
- Nowy polski film wojenny zaraz w kinach. Mrozu i Pietrucha nagrali do niego piosenkę
W serwisie Rozrywka.Blog zajmuje się przede wszystkim filmem. Jest miłośnikiem kina gatunkowego. Kiedy nie ogląda naparzających się superbohaterów Marvela, to prawdopodobnie rozpływa się nad eksploatacyjną obskurą. Poza tym jego teksty można znaleźć m.in. w „Kinie”, „Netfilmie” czy „Magazynie filmowym”. Jest współautorem monografii „Europejskie kino gatunków 2” i leksykonu „1000 filmów, które tworzą historię kina”. Zdarzyło mu się też publikować opowiadania. Znajdziecie je m.in. w antologiach „Mapa Cieni” i „Sny umarłych. Polski rocznik weird fiction 2020. Tom 2”.