REKLAMA

Odysei się nie ogląda, Odyseję się przeżywa. Recenzja widowiska roku

"Odyseja" to nie jest film, który można po prostu obejrzeć. Epickie dzieło w reżyserii Christophera Nolana wprowadza w metafizyczny stan, a nasycona symboliką historia, oszałamiająca ścieżka dźwiękowa i wyborne kadry sprawiają, że produkcję chce się przeżywać całym sobą.

OCENA :
9/10
odyseja recenzja film christopher nolan

Przed premierą "Odysei" nie zastanawiano się, czy będzie to dobry film. Zadawano sobie raczej pytanie, jak dobry się okaże. Za sterami tego okrętu stanął bowiem Christopher Nolan, a w podróży towarzyszyły mu największe nazwiska z branży filmowej. Pojawiające się w międzyczasie zwiastuny filmu oraz jego pierwsze recenzje jeszcze bardziej podsycały apetyt na najnowszą produkcję wybitnego filmowca. Żadna z tych rzeczy nie przygotowała jednak mnie na to, jak wielkie okaże się to widowisko.

Odyseja - recenzja filmu Christophera Nolana

"Odyseja" to autorska interpretacja starożytnego eposu przypisywanego Homerowi. Właściwa akcja historii rozgrywa się 40 dni przed powrotem Odyseusza (Matt Damon) do Itaki z wojny trojańskiej, czyli w ostatnim roku dziesięcioletniej tułaczki głównego bohatera. Jest ona jednak wzbogacona o liczne retrospekcje, dzięki czemu widzowie mogą zapoznać się z wydarzeniami, które miały miejsce dużo wcześniej. Równolegle z podróżą Odysa akcja rozgrywa się również w Itace, gdzie na powrót bohatera czekają jego żona Penelopa (Anne Hathaway) oraz syn Telemach (Tom Holland).

Penelopa latami wyczekuje na powrót ukochanego z wojny. Żarliwie bowiem wierzy, że Odyseusz wróci do domu, mimo że wydaje się, iż słuch o nim zaginął. Przez cały ten czas na zamku przebywa kilkudziesięciu zalotników, w tym przebiegły Antinous (Robert Pattinson), który zabiega o względy królowej, aby przejąć władzę nad Itaką. Widząc brak stabilizacji w kraju i niechęć matki do ponownego zamążpójścia, Telemach postanawia wyruszyć do Sparty, by odwiedzić Menelaosa (Jon Bernthal), męża Heleny (Lupita Nyong'o) i dowiedzieć się czegoś na temat swojego ojca.

Tymczasem Odyseusz przebywa na wyspie wraz z nimfą Kalipso (Charlize Theron), próbując przypomnieć sobie, kim jest i co wydarzyło się w ostatnich latach jego tułaczki. Kiedy wojownikowi wracają wspomnienia, pojawiają się retrospekcje z jego niebezpiecznych podróży, które odbył wraz ze swoimi towarzyszami. Epicka walka z cyklopem Polifemem (Bill Irwin), czary podstępnej czarodziejki Kirke (Samantha Morton) czy prowadzący do obłędu syreni śpiew to tylko niektóre przeciwności losu, które zostały zesłane Odysowi podczas podróży.

Nolan gładko wprowadza widzów w tę historię. Nawet gdy jest przerywana retrospekcjami, ona po prostu płynie. Właściwie mogłaby płynąć w nieskończoność - jest bowiem tak angażująca, że prawie 3 godziny seansu mijają w mgnieniu oka. Pojawia się nawet żal, wiedząc, że reżyser mógł mieć jeszcze więcej materiału, ale na drodze stanął mu techniczny cerber. Tych opowieści chce się słuchać, bo są wybitnie opowiedziane i nie wszystko jest podane na tacy. Zaczyna się od małych fragmentów - kawałek konia trojańskiego czy fragment cielska cyklopa - aby później uderzyć widza ich monumentalnością.

"Odyseja" pod względem warstwy wizualnej i dźwiękowej to majstersztyk. Kadry, w których dominowało morze lub pustkowie, a okręt czy człowiek były tylko punkcikami na tle tego krajobrazu, nie tylko zapierały dech w piersiach, ale również krzyczały: jesteś tylko ziarnkiem piasku na pustyni, kroplą w morzu oceanu. Każda część kadru była przy tym starannie zaplanowana i wykorzystana. Kompozycje Hoyte van Hoytemy nie były zatem tylko przerywnikami - opowiadały osobną historię, która sprawiała, że w kinowym fotelu można było się poczuć naprawdę malutkim. Wszystko to zostało otulone ścieżką dźwiękową szwedzkiego kompozytora Ludwiga Göranssona, która nie narzucała widzom emocji, ale pomagała im po swojemu interpretować to, co dzieje się na ekranie.

W filmie Nolana istotna była symbolika, co najlepiej chyba pokazuje Atena (Zendaya), która nie pojawiła się na ekranie zbyt częto, ale samą swoją obecnością wzbudzała takie emocje, których nie dałoby się wyrazić za pomocą słów zapisanych w linijkach scenariusza. W ten sposób pokazano również wojowników, którzy wraz z owieczkami znaleźli się w potrzasku w jaskini cyklopa. Symboliczną wartość nadano również zwyczajnym przedmiotom, jak spinka z wizerunkiem Ateny czy kawałek metalu, który wysłał jednego z Greków na wojnę trojańską.

"Odyseja" to jednak nie tylko te wzruszające momenty czy sceny walki - to niekiedy jazda bez trzymanki, ocierająca się o body horror. Szczególnie widać to w scenie z czarodziejką Kirke, do której trafia zagubiony statek Odyseusza z wygłodniałymi towarzyszami na pokładzie. Dzięki temu, że film otrzymał kategorię wiekową R, Nolan mógł pozwolić sobie na więcej. Są to mocne sceny, które wbijają w fotel i sprawiają, że produkcja zawiera również te magiczne elementy.

Ostatecznie jednak wszystko sprowadza się do człowieka i kruchości ludzkiego żywota. Taki też płynie morał z tej historii, która na koniec staje się nieco bardziej przyziemna. "Odyseja" to epicka uczta, w której można się rozsmakować. To nie jest tylko film - to przeżycie, w które Nolan włożył rozmach i całe serce. Widać to w każdym kadrze, w zaangażowaniu aktorów i aktorek, a także w analogowym sposobie realizacji tej produkcji. "Odyseja" to tytuł, który zapisze się w historii kina. To po prostu trzeba przeżyć na własnej skórze.

Premiera filmu "Odyseja" 17 lipca w kinach.

Czytaj więcej w Spider's Web:

Anna Bortniak
Redaktor

Absolwentka studiów dziennikarskich. Robi to, co lubi, czyli pisze – o serialach i filmach. Miłośniczka kryminałów tych na ekranie i na papierze. W słuchawkach raczej rap, ale często też metal. Na co dzień poukładana, chociaż często zdarza jej się nabałaganić w słowach. Zakochana w Norwegii, dobrej, czarnej kawie i świeczkach z Pepco. Uwielbia rozmawiać i słuchać ludzi, dlatego marzy jej się napisanie reportażu, tylko jeszcze nie wie, o czym.