REKLAMA

Czy Historia Lizzie Borden ma sens? Recenzja nowego Potwora

Serialowa antologia Netfliksa o słynnych mordercach zaliczyła już pełen cykl - wzloty ("Dahmer"), obniżkę formy (sezon o Menendezach) i upadek, podszyty uzasadnionymi oskarżeniami o wypłaszczanie zbrodni głównego bohatera ("Historia Eda Geina"). Można więc powiedzieć, że od 4. sezonu "Potwora" niewiele oczekiwano - byle nie powtórzył formy poprzednika. Z satysfakcją donoszę, że opowieść o Lizzie Borden, nie bez pewnych potknięć, realizuje tę obietnicę.

OCENA :
7/10
lizzie borden serial recenzja
REKLAMA

Przyznam szczerze, że początkowo rozczarowałem się, że ze wszystkich znanych światowej popkulturze morderczyń, zdecydowano się właśnie na Lizzie Borden. Moje typy na pierwszą kobiecą główną bohaterkę "Potwora" orbitowały raczej wokół takich postaci jak Mary Ann Cotton, Jane Toppan, Katherine Knight, Rosemary West, czy Elżbieta Batory (która pojawia się w tym sezonie, acz w nieco innej formie). Biorąc jednak pod uwagę, że to właśnie Borden jest uznawana za najsłynniejszą morderczynię w historii Stanów Zjednoczonych, wybranie właśnie jej zdecydowanie nie było absurdem. Co więcej, nie okazało się porażką.

REKLAMA

Potwór: Historia Lizzie Borden - recenzja serialu. Z siekierą przez życie i śmierć

Lizzie (Ella Beatty) to dziewczyna żyjąca w Nowej Anglii, a konkretniej wiktoriańskiej końcówce lat 90. XIX wieku. Nie byłoby dalekie od prawdy stwierdzenie, że ma status czarnej owcy w rodzinie - jej macocha Abby (Rebecca Hall) to mentalna arystokratka, która traktuje swoją pasierbicę jak wynaturzenie i pozbawione perspektyw zło konieczne, zaś Andrew (Charlie Hunnam) jest typem ojca, który wraca do domu po całym dniu i ostatnie, czego chce, to słuchać kłótni otaczających go w domu kobiet. Wkrótce oboje zostają brutalnie zamordowani poprzez wielokrotne uderzenia siekierą.

Ludzie są z natury ciekawi, a wielki i mały ekran - idealnymi miejscami, by tę ciekawość skapitalizować, sprzedać w formie dobrego filmu lub serialu. Chcemy się dowiadywać, poznawać odpowiedzi na nurtujące pytania, nawet jeśli dotyczą one spraw trudnych i nieprzyjemnych. Na tym tak naprawdę opiera się tworzenie produkcji poświęconych (seryjnym) mordercom, największym zwyrodnialcom, którzy popełnili niewyobrażalne czyny. Chcemy wejść im do głowy, poznać motywacje stojące za ich działaniami. To często bywa mieczem obosiecznym - zamiast przywracać pamięć ofiarom, mitologizujemy i czasami nawet usprawiedliwiamy to, co zrobili. Serial Ryana Murphy'ego i Iana Brennana po sukcesie "Dahmera", nieraz balansował na granicy pomiędzy wnikliwą opowieści o tych postaciach, a tandetną eksploatacją. O ile przy Menendezach się pilnowano, o tyle przy Geinie odpalono wrotki. 

Bardzo liczyłem więc, że "Historia Lizzie Borden" znajdzie złoty środek.

Ku spodziewanemu zaskoczeniu wielu, serialowi udało się (choć nie w pełni, o czym zaraz) wrócić na dobre tory. Nie mam wątpliwości, że znajdą się widzowie, którym nie spodoba się chociażby kierunek (dodam: mający swoje oparcie w legendach) relacji między Lizzie a irlandzką pokojówką Bordenów imieniem Bridget, ale twórcy zarysowali ją wystarczająco sprawnie i autentycznie. Obie pochodzą bowiem z dwóch innych rzeczywistości - podczas gdy Bridget, jak na swój fach, jest wyjątkowo obyta, wykształcona oraz świadoma, Lizzie to jej zupełne przeciwieństwo - zawstydzona młoda dziewczyna, która żyje w swoim świecie, bez większego poczucia oparcia w kimkolwiek, upokarzana ze względu na swoje dolegliwości. Nic dziwnego, że fascynuje się swoją nową (i dość tajemniczą) przyjaciółką, która otwiera jej oczy na nieznane dotychczas sprawy.

REKLAMA
Netflix: Ella Beatty i Vicky Krieps - kadr z serialu "Potwór: Historia Lizzie Borden"

W zasadzie główne pytanie stawiane przez serial nie brzmi "czy Lizzie Borden zabiła?", a "co doprowadziło do tego, że zabiła?". Mimo, iż formalnie kobieta została w prawdziwym życiu uniewinniona, twórcy 4. sezonu "Potwora" wyraźnie wierzą wersji głoszącej, że naprawdę to zrobiła. Choć siłą rzeczy odziera to fabułę z większej tajemnicy, stawia sprawę uczciwie: oglądamy drogę młodej Bordenówny od prób wydania jej za mąż, przez odkrywanie samej siebie, po dojrzenie do popełnienia zbrodni z udziałem siekiery. Tempo opowiadania tej historii jest absolutnie porządne - "Potwór" pod tym kątem jest poprowadzony fachowo, bez dłużyzn lub nadmiernego odbiegania od tego, co najważniejsze. 

REKLAMA

"Historia Lizzie Borden" nie sili się zbytnio, by wprowadzać w fabule jakieś nieoczywiste niuanse.

Nieraz sygnalizuje, że mógłby być ciekawym spojrzeniem na to, jak "uwolniona" pod wpływem Bridget Lizzie zaczyna aż za bardzo brać do siebie nauki przyjaciółki, co prowadzi do nieszczęścia, coś na zasadzie "uczennica przerasta mistrzynię". Co do zasady jednak wiemy, kto w tej historii jest pragnącą wolności ofiarą, kto oprawcą zasługującym na karę, a kto biernym przyzwalającym na ten stan rzeczy.

"Historia Lizzie Borden" zasadniczo nie próbuje przekonywać widza, że w tym, co opowiada, jest jakaś większa głębia, jakaś myśl, którą twórcy, na przykładzie losów Lizzie, chcieli rozważyć. Nie ma tutaj żadnych ciekawych przemyśleń, nawet na najprostszych płaszczyznach, takich jak wyjątkowość czasów, w których Bordenowie żyli, pozycja społeczna kobiet, czy okrucieństwo związane z poczuciem klasowej wyższości. Nie jestem też przekonany co do konieczności obecności w tej historii postaci współczesnej morderczyni, Aileen Wuornos (swoją drogą, znakomicie zagranej przez inną ulubienicę Murphy'ego, Sarah Paulson), która została dopisana do tej historii chyba głównie po to, by dać pożywkę fanfikom.

REKLAMA
Netflix: Ella Beatty - kadr z serialu "Potwór: Historia Lizzie Borden"

Choć nie osiąga to poziomu poprzedniego sezonu, twórców ponownie zbyt często interesuje szokowanie, erotyzm i to, by oba te elementy były estetycznie, z wielką wizualną dbałością, pokazane. Nie da się odmówić serialowi, że jest ładny - ba, powiedziałbym nawet, że niekiedy i piękny, zbyt piękny. Gotycki klimat oraz aura krwawego horroru bije z "Historii Lizzie Borden" udanie, ale istnieje coś takiego, jak przestylizowanie. A przynajmniej dla widza, bo Ryan Murphy i Ian Brennan chyba nie znają jego definicji. Dla nich liczy się spektakl, a to, czy niezręczny, czy zabawny, nie ma większego znaczenia, czego dowodem jest chociażby intensywna i bardzo bogata w "fizjologiczne zjawiska" sekwencja zatrucia ostrygami.

REKLAMA

W przypadku "Potwora" znów sprawdziło się to, że aktorzy dograją to, czego scenarzyści nie dopiszą. Nos do obsady pozostał niezmiennie pierwszorzędny, czego dowodem jest zwłaszcza Ella Beatty w roli Lizzie Borden. To bardzo jasno błyszcząca gwiazda całości, znakomicie balansująca pomiędzy bezradnością wynikającą z poczucia poniżenia, rosnącą wściekłością na traktowanie ze strony upokarzającej ją rodziny oraz lękiem spowodowanym poznawaniem tego, co uważała za niegodne lub zakazane. Beatty jest potwornie zdolna i liczę, że w kolejnych projektach podtrzyma formę. 

Jej koledzy z planu nie są jednak gorsi - powiedziałbym wręcz, że są całkiem liczne momenty, w których przewyższają Beatty warsztatem, ale jednocześnie wiedzą, że nie mogą zgarnąć całej uwagi dla siebie. Rebecca Hall w roli okrutnie pedantycznej Abby Borden to mistrzowski wybór. Ta kreacja jest na zmianę pełna rozbrajająco absurdalnego odklejenia a także (a nawet bardziej) niełatwego do oglądania i słuchania okrucieństwa. Tylko na znane sobie sposoby Hall sprawia, że obie te - a w sumie i trzy, licząc jej rosnące poczucie małżeńskiego i życiowego niespełnienia - strony osobowości Abby wypadają wiarygodnie. 

REKLAMA
Netflix: Charlie Hunnam i Rebecca Hall - kadr z serialu "Potwór: Historia Lizzie Borden"

Charlie Hunnam wcielający się w ojca Lizzie jest znacznie bardziej oszczędny w środkach wyrazu, ale jako Andrew często potwierdza, że milczenie i spojrzenie jest bardziej wymowne, niż słowotok (ten zaś uruchamia się w nim głównie, kiedy może ponawijać o siekierach i imionach, które im nadał). Nic dziwnego, skoro jego bohater czuje się (dosłownie) prześladowany przez unoszący się po domostwie estrogen i "kobiece gdakanie". Gdy jednak Andrew się odzywa, bije od niego coś intensywnego, a momentami potrafi też wywołać grozę. Dużą dawkę ekscentryzmu, charyzmy i wymownych spojrzeń dodaje niezawodna i przekonująca Vicky Krieps, która zdecydowanie marnuje się, grając postacie drugiego planu.

REKLAMA

4. sezon "Potwora" na pewno spełnia funkcję orzeźwiającą - zabiera widza nie tylko do odległej epoki, ale stawia w roli głównej młodą, z trudem funkcjonującą w niej kobietę. Zmiana perspektywy okazuje się dobrą decyzją, choć jeśli ktoś liczy na pogłębioną analizę psychologiczną Lizzie Borden, pomylił adres. To krwawa, pełna mięsa, niewstydząca się wizualnego kiczu opowieść, która stanowi zwyżkę formy serialu, ale nie ma tu mowy o pełnym powrocie na szczyt.

Serial jest w całości dostępny do obejrzenia na Netfliksie.

Obserwuj nas w Google Discover

Czytaj więcej na Spider's Web:

REKLAMA

zdjęcie główne: materiały prasowe Netfliksa

REKLAMA
Adam Kudyba
Redaktor

W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA