REKLAMA

Takie thrillery to coś znacznie więcej niż telewizja. Primetime - recenzja

Witajcie w primetimie, czyli czasie, kiedy telewizja wystawia swoich najmocniejszych zawodników. Tylko kiedyś oznaczało to coś innego niż dzisiaj. "Primetime" zabiera nas bowiem do pierwszej dekady XXI wieku, kiedy to w ramówkach królowała sensacja, prowokacja i publiczne upokorzenie.

OCENA :
7/10
primetime recenzja robert pattinson co obejrzeć premiera
REKLAMA

W swoim fabularnym debiucie Lance Oppenheim opowiada historię człowieka, który rzucił wyzwanie "Zagubionym". Stacja NBC uznała bowiem, że program o łapaniu predatorów może konkurować z kultowymi "Lostami". Zasady "To Catch a Predator" były proste. Aktywiści na internetowych czatach utrzymywali kontakt z dorosłymi mężczyznami składającymi dzieciom niedwuznaczne propozycje. Gdy przychodzili na, jak myśleli, seksualną schadzkę, już czekała na nich policja i ekipa telewizyjna z Chrisem Hansenem na czele. Jak dowiemy się z "Primetime", prowadzący sprzedał swój program do telewizji, pytając prezesów: co ty byś zrobił, gdyby ktoś stał przed twoim domem z penisem w ręku, czając się na twoją córkę.

REKLAMA

2004 rok to był czas, kiedy reality shows nie sprowadzały się już tylko do podglądania ludzi w domu Wielkiego Brata. Formuła wchodziła w coraz bardziej sensacyjne obszary: przestępczość, policję, interwencje, ludzkie tragedie i prowokacje. Dlatego "To Catch a Predator" miało szansę zaistnieć. Eksploatacyjnego charakteru w nim nie bakowało, bo żerowało na najniższych ludzkich instynktach. Choć ukrywało się pod płaszczem poważnego dziennikarstwa śledczego, sprowadzało się przecież do publicznego linczu.

Primetime - recenzja nowego thrillera

Oppenheim pokazuje mechanizmy telewizyjnej pogoni za oglądalnością, ale bardziej interesują go ludzie jakich tworzą. Hansena poznajemy, gdy ćwiczy swoje przemówienie do jednego z predatorów. Bo tym jest właśnie dla niego prowadzenie "To Catch a Predator". Rolą. Rolą sympatycznego, zatroskanego obywatela, któremu tak naprawdę zależy tylko, żeby kamera uchwyciła jak dorosły facent nakłada sobie bitą śmietanę na przyrodzenie.

REKLAMA

Hansen nie ma łuku postaci. On nie zmienia się na naszych oczach. Od początku jest cynicznym manipulatorem. Wcielający się w niego Robert Pattinson nawet nie próbuje sprawić, żebyśmy jego bohatera polubili. Z każdego uśmiechu wypływa ewidentny fałsz, każdy ruch jest przećwiczony, wystudiowany. Aktorowi czasem wystarczają zaciśnięte zęby, a czasami ucieka w teatralną wręcz przesadę. Od początku do końca kreuje człowieka śliskiego, pozbawionego skrupułów.

REKLAMA

Zmienia się za to coś w Danie, który wygrywa casting na wabika. Zakochany w musiacalach 23-latach gra nastolatka, z którymi spotykają się kolejni predatorzy. On widzi swój udział w programie jako odskocznię do kariery aktorskiej, dlatego tak się wkurza, gdy przyjaciel mówi mu, że zamiast niego wszyscy bardziej zapamiętają drapieżcę. Od tej pory zaczyna on naśladować Hansena, zatracać się w pogoni za sensacją, jakby Oppenheim nam mówił, że telewizja zniszczy każdego.

W "Primetime" nie ma klasycznych zwrotów akcji. Oppenheim stawia bowiem na eskalację. Dlatego oglądamy ludzi coraz bardziej niszczonych i korumpowanych, zatracających się w swoich telewizyjnych rolach. Choć wątki się przy tym mnożą, w filmie nie dzieje się wcale tak wiele. A jednak ogląda się to przykutym do ekranu. Nie przez dobrze poprowadzone wątki, bo tych też za dużo nie ma, ale przez stylówę. Ach, ta stylówa aż parzy.

REKLAMA

Oppenheim nie wyzbywa się nawyków dokumentalisty. Zdjęcia nieraz są przepalone, jakby operator kamery nie zdążył jeszcze wszystkiego dobrze ustawić. Z drugiej strony nieraz pojawiają się przesycone barwy. Bo taki też jest ten świat: sztuczny, przestylizowany, przefiltrowany przez telewizyjną estetykę. Dobrze współgra to z całą opowieścią, która trzyma się w ramach thrillera psychologicznego, a jednocześnie rozpina na medialną satyrę. Dlatego reżyser ironią potrafi rozładować napięcie, gdy Hansen ma szansę złapać grubą rybę i z nadzieją zastanawia się, czy przypadkiem nie chodzi o prezydenta (muszę ten żart tłumaczyć?).

Mimo wszystko Oppenheim nie popełnia błędów swojego bohatera. Nie goni za sensacją i nigdy nie wchodzi w rolę moralizatora. Woli się przypatrywać, podglądać, ewentualnie podbić wydarzenia, domagające się udramatyzowania. Telewizji co prawda się tak nie robi, ale kino już jak najbardziej.

REKLAMA

Premiera "Primetime": 9 października w kinach.

Obserwuj nas w Google Discover

Więcej o filmach poczytasz na Spider's Web:



Rafał Christ
Redaktor

W serwisie Rozrywka.Blog zajmuje się przede wszystkim filmem. Jest miłośnikiem kina gatunkowego. Kiedy nie ogląda naparzających się superbohaterów Marvela, to prawdopodobnie rozpływa się nad eksploatacyjną obskurą. Poza tym jego teksty można znaleźć m.in. w „Kinie”, „Netfilmie” czy „Magazynie filmowym”. Jest współautorem monografii „Europejskie kino gatunków 2” i leksykonu „1000 filmów, które tworzą historię kina”. Zdarzyło mu się też publikować opowiadania. Znajdziecie je m.in. w antologiach „Mapa Cieni” i „Sny umarłych. Polski rocznik weird fiction 2020. Tom 2”.

REKLAMA
REKLAMA