19 czerwca na ekranach kin zagościł wyjątkowy obraz, którego tytuł - gdyby go wiernie przetłumaczyć - brzmi „Śmierć Robin Hooda”. Polski dystrybutor zdecydował się jednak na znacznie mniej dramatyczną nazwę: „Robin Hood: Koniec legendy”. I dalece mniej adekwatną, bowiem film - wbrew pozorom - opowiada raczej o tym, jak legenda się rodzi.

Jest zarośnięty, samotny i istotnie posunął się w latach - choć czujności i sił wciąż ma na tyle, by z łatwością odeprzeć zamach na swoje życie. Jest do tego zresztą nieustannie zmuszany; przez długie lata rozbójniczego życia Robin Hood (Hugh Jackman) skrzywdził i zamordował tak wiele osób, że sam nie jest w stanie oszacować ich liczby. Nigdy się tym zresztą nie przejmował. Aż do teraz.
Liczni krewni skrzywdzonych upominają się o głowę Robin Hooda, wobec czego ten stara się jej raczej nie wychylać. Przynajmniej do czasu, gdy stary druh - Mały John (Bill Skarsgard) - nie prosi go o ostatnią przysługę. John również zerwał z dawnym życiem, doczekał się nawet rodziny. Niestety, dawne grzechy rzucają długie cienie - o niego również upomnieli ci, którzy pragną zemsty.
Próba odbicia żony i córki Johna z rąk ich przeciwników nie przebiega zgodnie z założeniami. Ciężko ranny Robin Hood trafia do odizolowanego klasztoru na wyspie, gdzie długo dochodzi do siebie pod okiem siostry Brigid (Jodie Comer). To właśnie tam banita - przedstawiający się teraz imieniem Randolph - po raz pierwszy od dawna może podjąć walkę o coś więcej niż przetrwanie, znaczy się: o odkupienie. Jednocześnie jego przeszłość nie pozwala się pogrzebać - kolejne osoby przybywające na wyspę przypominają, że legenda Robin Hooda została zbudowana na fundamencie przemocy, cierpienia i kłamstw.
Robin Hood: Koniec legendy - recenzja filmu
Michael Sarnoski, twórca znakomitej „Świni”, proponuje autorską, melancholijną i medytacyjną reinterpretację klasycznego mitu. Medytacyjną do tego stopnia, że wszystkie sekwencje akcji rozgrywają się tu w pierwszych dwudziestu minutach. Jeśli liczyliście zatem na więcej scen pokroju tych ze zwiastuna - porzućcie nadzieję.
„Koniec legendy” to film ciężki, powolny i bardzo, bardzo ponury. Czasami wręcz do przesady: nieraz można odnieść wrażenie, że reżyser tak bardzo stara się nadać historii powagę i filozoficzną głębię, że aż ją tym tłamsi. Widz wraz z bohaterem brodzi w całym tym błocie i bezbrzeżnym cierpieniu - Sarnoski, niestety, przekracza granicę przesady, co staje się niewiarygodne, trąci fałszem, negatywnie wpływa na emocjonalne zaangażowanie widza. Nie twierdzę, że filmowi nie udaje się go wyegzekwować - gdy jednak do tego dochodzi, nachalna usilność sabotuje cały efekt.
Sam koncept jest interesujący. Reżyser konsekwentnie pozbawia legendę wszelkiego romantyzmu, humoru i poczucia przygody. Bywa w tym fascynujący, jednak im więcej starań dokłada, by zniszczyć mit, tym bardziej męczy - i rozczarowuje, gdy wreszcie się orientujemy, że nie proponuje nic w zamian, nie tworzy żadnej ciekawej alternatywy. Ostatecznie, zamiast głębszej, niejednoznacznej, filozoficznej opowieści, dostajemy prosty, ocierający się o banał i grafomanię film o starzeniu się, poczuciu winy i potrzebie odkupienia. Rozciągająca się do dwóch godzin fabuła zdaje się obiecywać, że trzyma jakiegoś asa w rękawie, że powie nam coś więcej - tak się jednak nie dzieje.
Półgębkiem dopowiada również kilka słów o tym, jak powstają legendy i jak często społeczeństwa potrzebują bohaterów bardziej niż prawdy. W tym sensie jest to bardzo współczesny film, podkreślający naszą skłonność do idealizowania przeszłości i tworzenia wygodnych narracji. Analizuje mechanizm powstawania mitów oraz pokazuje różnicę między historią a opowieścią. Na tej płaszczyźnie wypada, moim zdaniem, znacznie ciekawiej.
Najmocniejszą stroną filmu - poza obsadą - jest niewątpliwie oprawa audiowizualna.
Realizowane w Irlandii Północnej zdjęcia Patricka Scoli zapierają dech w piersi (tym bardziej, że Sarnoski w pierwszym akcie korzysta z szerokiego formatu 2,4:1, by dopiero później „zamknąć” film w 1,66:1). To obraz-zjawisko: krajobrazy są surowe, monumentalne i przygnębiające jednocześnie. Brud, błoto, mgła i wiatr dominują, by czasem ustąpić subtelnym barwom natury. W tej warstwie, rzecz jasna, kryją się symbole.
Szkoda, że Jodie Comer nie ma tu zbyt wiele pola do popisu. Co zaś się tyczy Jackmana - choć zarost skrywa znaczną część jego twarzy, ten skutecznie przypomina, jak zdolnym jest artystą. Ogromem niuansów i z zaskakującą subtelnością oddaje niezłomną wolę przetrwania bohatera, jego skłonność do okrucieństwa, a zarazem ciężar wyrzutów sumienia i tlącą się w nim jeszcze czułość.
Czego by o „Końcu legendy” nie mówić, Sarnoskiemu zdecydowanie nie zależało na odcinaniu kuponów od postaci czy łatwym zarobku. Pod tym względem obraz przywodzi na myśl wspomnianą na początku tekstu „Świnię” - mam na myśli sposób, w jaki wykorzystuje znajomy schemat gatunkowy tylko po to, by całkowicie podważyć związane z nim oczekiwania. Owszem: filmowiec zbyt mocno dokręcił śrubę, nie mając w gruncie rzeczy do powiedzenia nic prawdziwie ciekawego i nie oferując niewiele więcej poza niespecjalnie oryginalną, niepogłębioną zadumą oraz wymuszonym cynizmem. Z drugiej strony: podoba mi się, jak Sarnoski wodzi widza za nos, sugerując, że przemoc, która całe życie podążała za naszym bohaterem, wreszcie dotrze również na wyspę. „Świnia” prowadziła do zupełnie innego finału, niż ten, którego oczekiwalibyśmy po tak zapowiadającej się historii. Nie inaczej jest tutaj. Koniec końców filmowy Robin, choć nie ma szans dorosnąć do swej przekłamanej legendy, robi coś w istocie heroicznego, acz niespodziewanego. Szczegółów nie wyjawię, powiem tylko, że oko się zaszkliło.
ROBIN HOOD: KONIEC LEGENDY - w kinach od 19 czerwca.
Czytaj więcej w Spider's Web:
- Gwiazdor Breaking Bad w najgorszym filmie świata. Wygląda źle (czyli dobrze)
- Pacześ z Netfliksa wrócił na Youtube'a. Zabawny jak robak w jabłku
- Palpatine z własnym serialem? Taki był plan na Gwiezdne wojny
- Nie żyje aktor z Supermana. W jego domu wybuchł pożar
- Nie dziwi mnie, że nowy horror już stał się fenomenem. Przytłacza i zgniata
Dla Rozrywka Spider’s Web najchętniej bloguje o branży filmowej, krytycznym (lub pełnym uwielbienia) okiem przyglądając się nowościom na ekranach kin i w serwisach streamingowych. Kinoman, filmoznawca, szczerze miłujący zarówno arthouse, jak i naszpikowane akcją popcorniaki. Niemal cały swój czas wolny poświęca kulturze w najróżniejszych jej formach. Wciąż dokształca się filmoznawczo; o sztukach wizualnych pisze od lat, początkowo raczej hobbystycznie, a od dłuższego czasu – zawodowo. Gościł w Radiowej Czwórce czy telewizji publicznej; można go było przeczytać m.in. w miesięczniku „Kino”, „Nowej Fantastyce” czy na łamach innych serwisów (recenzje, felietony, newsy, wywiady).