REKLAMA

Wilk w męskiej skórze. Róża - recenzja filmu

Sandra Huller istnieje w świadomości Hollywood stosunkowo od niedawna. Aktorskim fachem trudni się oczywiście od dawna, ale dopiero aktualna dekada pozwala widzom z całego świata na pełne doświadczanie jej talentu. To właśnie na jej barkach spoczywa opowieść, którą twórcy "Róży" snują. Trzeba przyznać, że i jedna, i druga strona radzi sobie z tą odpowiedzialnością naprawdę dobrze.

OCENA :
7/10
roza film recenzja huller
REKLAMA

"Róża" jest kolejnym filmem, który dotarł do nas zdecydowanie za późno - najwięksi kinofile mieli sposobność obejrzenia go aż w lutym tego roku, na festiwalu w Berlinie. Impreza ta okazała się zresztą dla filmu bardzo owocna, bowiem Sandra Huller wyjechała z Berlinale ze Srebrnym Niedźwiedziem, przyznanym jej za najlepszą pierwszoplanową rolę. Dla Markusa Schleinzera, austriackiego reżysera, to zaledwie trzeci tytuł w karierze, a poprzednicy, "Michael" (2011) i "Angelo" (2018) zostały dobrze przyjęte przez publiczność i krytyków. Mimo dość niewielkiego ilościowego doświadczenia, nie było podstaw, by podejrzewać, że "Róża" będzie negatywnym wyjątkiem. Ku zaskoczeniu zapewne niewielu, mamy do czynienia z czymś nie tylko ważnym, ale przede wszystkim: dobrym.

REKLAMA

Róża - recenzja filmu. Wilk w męskiej skórze?

Akcja filmu rozgrywa się pod koniec wojny trzydziestoletniej. Wówczas, w jednej z niemieckich wiosek zjawia się tajemniczy przybysz, żołnierz, który jest w posiadaniu pewnych dokumentów. Potwierdzają one roszczenia do ziemi i znajdującej się na niej posiadłości. Członkowie społeczności są wyraźnie podejrzliwi wobec nowej osoby w "stadzie" i jej zamiarów, ale w papierach wszystko zdaje się zgadzać. Nie wiedzą, że tak naprawdę ich nowy sąsiad to sąsiadka, a konkretniej Rose (Sandra Huller), kobieta, która "wciela się" w innego żołnierza, który poległ w boju i korzysta z jego tożsamości.

REKLAMA

Sandra Huller od trzech lat ma swój "prime time". W zasadzie każdy jej kolejny projekt to kopalnia filmowego złota - w "Anatomii upadku" doskonale odegrała rolę niejednoznacznej i podejrzanej o zabicie męża kobiety, pod okiem Glazera w "Strefie interesów" znakomicie sportretowała odklejoną i głuchą na zło za rogiem "pierwszą damę nazizmu", w spektakularnym i wzruszającym "Projekcie Hail Mary" zobaczyliśmy jej wrażliwe oblicze, zaś "Ojczyzna" Pawła Pawlikowskiego pokazała nam jej zdecydowaną, niegodzącą się na stan rzeczy, stronę. Niemiecka aktorka jest wyjątkowo wszechstronna - najwidoczniej do tego stopnia, że postanowiła jeszcze wyżej postawić sobie poprzeczkę i wcielić się w kobietę, która udaje mężczyznę.

kadr z filmu "Róża"

Zadanie to mogło zdawać się karkołomne - w ostatnich latach chyba tylko Tilda Swinton ma monopol na wiarygodną zmianę płci na wielkim ekranie. A tak na serio, to naprawdę zadanie trudne, choć prawdę powiedziawszy, wymaga od widza kupienia konceptu, że Rose rzeczywiście przypomina mężczyznę. Umówmy się - nie ma tutaj jakiejś nie wiadomo jak wyszukanej charakteryzacji, ot podcięte włosy, głos lekko obniżony, ale poza tym niektórym odbiorcom może być wyjątkowo trudno zrozumieć, jakim cudem wersja o byciu mężczyzną została kupiona przez (mimo, że niewyedukowaną, to wciąż mającą oczy) społeczność. Jest to jednak w pewnym sensie fakt dokonany - początek filmu pokazuje nam, że męskość głównej bohaterki nie jest podważana, wobec czego większość fabuły skupia się na coraz trudniejszym podtrzymywaniu tej iluzji.

REKLAMA

"Różę" na papierze łatwo byłoby zapisać do grupy kina społeczno-feministycznego, pokazującego jak trudno było w czasach akcji filmu być kobietą, i zarazem jak męskość miała wyraźną przewagę. Choć Schleinzer idzie tym tropem nieraz, zdaje sobie sprawę, że żadne idee czy wartości nie będą miały jak wybrzmieć, jeśli nie stworzy (wraz ze współscenarzystą, Alexandrem Bromem) pełnokrwistej bohaterki, której rola w tej historii nie ograniczy się tylko do bycia symbolem. Rose zdecydowanie nie jest tutaj portretowana jako ktoś dobry, jako męczenniczka, która zawiniła swoją płcią wobec wiejskiej ciemnoty.

Sandra Huller - kadr z filmu "Róża"

Trudno doszukiwać się w samej bohaterce nadmiernej szlachetności - Rose nie zamierza przyczyniać się do poprawy losu ciemiężonych przez los chłopek, jest gotowa poświęcić wiele, by utrwalić wśród mieszkańców przekonanie, że jest mężczyzną. W (przysłowiowym i nieprzysłowiowym) noszeniu spodni nie widzi rozwiązania wszystkich problemów świata (nieraz bije z niej nieśmiała pogarda do męskości), ale dostrzega, że daje jej ono wystarczająco dużo wolności i korzyści. Musi tylko grać wedle reguł, pilnować się, wiecznie oglądać za plecy. Mimo późniejszej "spowiedzi", trudno tak naprawdę ocenić szczerość czy prawdziwość jej słów, zwłaszcza, że - niezależnie od oceny jej postaci - od początku kłamała i utwierdzała w tym otoczenie. Łatwo zrozumieć, czemu wolała oszukiwać sąsiadów co do swojej płci, ale też trudno się dziwić wobec losu Rose po tym, gdy prawda wychodzi na jaw.

"Róża" jest filmem, który udanie, bez łopatologii, pokazuje mechanizmy rządzące zamkniętą społecznością.

Schleinzler nakręcił dość kameralne kino, które nie aspiruje do miana wielkiego historycznego eposu - praktycznie nie wychodzi poza wioskę i za pomocą dość powolnego tempa portretuje jej rzeczywistość. "Męskość" Rose okazuje się realnym kluczem do jej sukcesu - status i autorytet rosną, nikt jej nie zawraca głowy tym kogo poślubi i za co, zyskuje posłuch i tym samym gwarancje bezpieczeństwa, prowadzenia życia na własnych zasadach. Nie da się jednak być wiecznym odludkiem, w związku z czym scenariusz w logiczny i zarazem interesujący sposób rzuca głównej bohaterce kłody pod nogi - mowa tu przede wszystkim o wątku ślubnym, który znacząco komplikuje sytuację, zmusza Rose do coraz większego, momentami absurdalnego, ale nigdy nie przekraczającego granicy karykatury, kombinowania.

REKLAMA

Mimo dość krótkiego metrażu (niemal 94 minuty), "Róża" jawi się jako konsekwentna, bez większych przeszkód poprowadzona historia o postaci, która chciała prowadzić spokojne życie, ale sposób, w jaki doszła do celu, sprawił, że zapłaciła za to wysoką cenę. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak Scheinzler świetnie pokazał relację łączącą Rose i Suzannę, jej/jego żonę, córkę pastora. Początkowo wydaje się, że druga z wymienionych postaci będzie przy głównej bohaterce kwiatkiem do kożucha, ale z czasem wyrasta na wręcz równorzędną postać. To właśnie dzięki niej film w późniejszym etapie staje się poruszającą, ciekawie rozpisaną historię dwóch kobiet, które nie chcą rezygnować ze świata, który sobie "niechcący" stworzyły. Rose zyskuje bezpieczeństwo, Suzanna zaś - minimum sprawczości i pasującą jej wolność od rodziny. Obie mogą czuć się sobą.

To, w jaki sposób wybrzmiewa ta historia, jest efektem nie tylko solidnego scenariusza, ale również (a może przede wszystkim) świetnego aktorstwa. Trochę racji mają ci, którzy twierdzą, że Sandra Huller ma pewną łatwość w pokazywaniu oszczędnych emocji, zdecydowania i oschłości, natomiast aktorka nie ogranicza się tylko do tego - zwłaszcza w scenie konfrontacji ze społecznością daje taki monolog, że mucha nie siada. To całościowo świetna, skomplikowana, wymagająca pokazania całej gamy emocji rola, choć nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Huller najmocniej odpina wrotki wówczas, gdy jej tożsamość zostaje ujawniona. A wraz z nią - trudne emocje w związku z konsekwencjami, które (nie tylko) ją za to spotkają. Wyróżnienie z pewnością należy się również Caro Braun, świetnie oddającą początkową łagodność Suzanny, a następnie jej zrozumienie rzeczywistości i próby utrzymania stanu, który zapewnia jej minimum wolności.

REKLAMA
Caro Braun i Sandra Huller - kadr z filmu "Róża"

"Róża" niekoniecznie jest filmem, który będę wspominał wyłącznie ciepło. Jego powolny klimat i estetyczne wybory niekoniecznie są tym, co mnie najbardziej w kinie rajcuje, natomiast kino Markusa Schleinzera nosi w sobie sporą wartość. Dzieło, które stworzył, to wnikliwa, pełna niuansów opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości w nieprzychylnym i pozbawionym nadziei świecie, o tym, że koniec końców to decyzje i ich konsekwencje najmocniej kształtują człowieka, o potrzebie podmiotowości, akceptacji i psychicznym trudzie prowadzenia sekretnego życia. Czy idealna? Nie. Czy przekonująca? Jak najbardziej.

"Róża" od 9 października w kinach.

REKLAMA
Obserwuj nas w Google Discover

Czytaj więcej:

Adam Kudyba
Redaktor

W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.

REKLAMA
REKLAMA