REKLAMA

W nowym filmie Ritchson nie wychodzi z trybu Reachera. Runner - recenzja

Na ekrany kin wszedł właśnie nowy film akcji ze znanym z roli Jacka Reachera Alanem Ritchsonem. "Runner" nie szuka nowych gatunkowych ścieżek. Woli poruszać się po bezpiecznych terenach. Czy to wystarcza, aby zapewnić rozrywkę?

runner recenzja akcja reacher co obejrzeć premiera
REKLAMA

Alan Ritchson ma dobry rok. Nie tylko powrócił do tytułowej roli w "Reacherze" i pojawił się gościnnie w spin-offie serialu Prime Video, ale też zagrał w paru filmach akcji. Najpierw rozprawił się z kosmicznymi robotami w "Maszynie do zabijania", potem dokonał krwawej zemsty w pozbawionym dialogów "Motor City", a jakby adrenaliny było nam mało, to teraz jeszcze łączy siły z Owenem Wilsonem, aby w "Runnerze" dostarczyć nam jeszcze więcej mocnych wrażeń.

REKLAMA

"Runner" działa na silniku buddy movie. Mamy więc niedobraną parę bohaterów, z czego jeden zapewnia akcję, a drugi humor. W tego pierwszego wciela się oczywiście Ritchson, który robi to, z czego jest najlepiej znany: gra Reachera. Hank Malone to były żołnierz, działający obecnie jako kurier. Dużo nie mówi, a, gdy robi się gorąco, zachowuje zimną krew i każe się wszystkim uspokoić. Ben Bishop w wykonaniu Owena Wilsona to jego przeciwieństwo. Buzia mu się nie zamyka i zadaje zdecydowanie zbyt wiele pytań. Kiedy tylko ktoś wyciąga spluwę, od razu panikuje. W miarę rozwoju opowieści ma ku temu aż nadmiar okazji. W końcu wraz z nowym kolegą przewozi wątrobę, na którą chrapkę ma również kartel.

Runner - recenzja nowego filmu akcji

"Runner" nie jest na pewno czołówką dokonań Ritchsona czy Wilsona. Wyglądają, jakby dobrze się w swoim towarzystwie czuli, ale bez przesady. Dyskutują, wymieniają się uwagami, momentami między nimi iskrzy, acz przez większość czasu przerzucają się kwestiami w sposób mechaniczny. Obaj grają przecież postacie, które wielokrotnie już kreowali na ekranie. Bo i cały film nie szuka świeżości czy oryginalności, tylko stawia na sprawdzone rozwiązania.

REKLAMA

Żeby zrozumieć samą ideę "Runnera" trzeba mieć świadomość, kto za niego w ogóle odpowiada. To kolejne produkcja Angel Studios, którego celem jest krzewienie chrześcijańskich i konserwatywnych wartości. Tylko nie tak jak robi to Pure Flix Entertainment, że Bóg nie umarł i wszyscy się cieszą i śpiewają pieśni pochwalne. Zamiast na tępą propagandę, wytwórnia stawia na rozrywkę. Dlatego w "Sound of Freedom" Jim Caviezel ruszył do kolumbijskiej dżungli, aby rozprawić się z handlarzami dziećmi, a "Młody Waszyngton" dojrzewa do roli pierwszego prezydenta USA, dowiadując się, że jego przyjście zapowiadały legendy rdzennych ludów. Może i nie ma w tych tytułach nachalnego głoszenia ewangelii, ale twórcy i tak wyraźnie oddzielają dobro od zła, aby przekaz moralny podkreślić grubą kreską.

REKLAMA

Tak samo jest w "Runnerze". Twórcy nawet nie próbują niuansować czarnego charakteru.

Odnosi nas to bezpośrednio do kina akcji przełomu lat 80. i 90., w którym dobry był dobry, a zły był zły. Dlatego też Damian Zaldivar próbuje przejąć wątrobę od bohaterów, aby uratować umierającą matkę. Ok, każdy syn by tak zrobił. Ale w tym wypadku mówimy o kobiecie, która całe życie dowodziła kartelem. Mamy więc do czynienia ze szczytną intencją w złym celu. Wybór jest więc prosty. Kimkolwiek Hank i Ben by nie byli, i tak byśmy im kibicowali, skoro wiozą organ do przeszczepu kilkuletniej dziewczynce. Brzmi jak emocjonalny nokaut, a jest co najwyżej pieszczotą.

Stojący za kamerą Scott Waugh lubi podkreślać stawkę, wzbudzając nasze współczucie, gdy dziewczynka gra z matką w 21 pytań, za odpowiedź ustalając sobie hasło "anioł". Robi się przez to nazbyt naiwnie. Hank to przecież były alkoholik, który nawet na pogrzebie swojej córki był na bani. To już jest tak bardzo przesadzone, że o emocjonalnym zaangażowaniu nie może być nawet mowy. Wszystkie melodramatyczne wstawki, ogląda się więc jak tanią telenowelę.

Runner - przyjemne kino akcji z Alanem Ritchsonem

Na szczęście nie o emocje w "Runnerze" chodzi. Film gatunkowymi atrakcjami stoi. Hank i Ben mkną australijskimi ulicami z handlarzami narkotyków na ogonie, dzięki czemu dostajemy mnóstwo pościgów, strzelanin i wybuchów. Tu auto urwie maskę innemu samochodowi, tam radiowóz koziołkuje, a wokół latają kule. Niestety sceny akcji są raczej miałkie - krótkie i bez większego polotu. Dopiero pod koniec widać inwencję, gdy dostajemy kilkuminutową sekwencję, w której kamera przelatuje między pojazdami, szukając kogoś z gnatem w ręku. Tchu w piersiach może nie zapiera, ale patrzy się na to przyjemnie. I z żalem, że wcześniejsza część opowieści nie jest równie widowiskowa.

REKLAMA

"Runner" lepiej niż w kinie, sprawdziłby się w streamingu. W piątkowy wieczór przed telewizorem wszedłby jak złoto, bo to taka produkcja, po której od razu rusza się dalej z życiem. Nie ma w niej ani wyjątkowo trafionego humoru, ani specjalnej chemii między bohaterami, ani nie sprawi, że szczęka opadnie nam na podłogę. Składa się z powidoków znacznie lepszych komedii akcji, ale w tym swoim recyklingu startych tropów jest wystarczająco uczciwa, żeby dostarczyć odrobinę rozrywki. Nie trzeba więc po niej nadwyrężać wątroby napojami wyskokowymi, aby zapomnieć, co się widziało. Bo i tak błyskawicznie umyka z pamięci.

"Runner" już w kinach.

REKLAMA
Obserwuj nas w Google Discover

Więcej o filmach i serialach z Alanem Ritchsonem poczytasz na Spider's Web:

Rafał Christ
Redaktor

W serwisie Rozrywka.Blog zajmuje się przede wszystkim filmem. Jest miłośnikiem kina gatunkowego. Kiedy nie ogląda naparzających się superbohaterów Marvela, to prawdopodobnie rozpływa się nad eksploatacyjną obskurą. Poza tym jego teksty można znaleźć m.in. w „Kinie”, „Netfilmie” czy „Magazynie filmowym”. Jest współautorem monografii „Europejskie kino gatunków 2” i leksykonu „1000 filmów, które tworzą historię kina”. Zdarzyło mu się też publikować opowiadania. Znajdziecie je m.in. w antologiach „Mapa Cieni” i „Sny umarłych. Polski rocznik weird fiction 2020. Tom 2”.

REKLAMA
REKLAMA