Był czas w moim życiu, kiedy Setha Rogena uznawałem za postać mało wartościową dla świata kina. Widziałem w nim raczej mało śmiesznego gościa, którego poczucie humoru jest niskie jak na moje (i tak niezbyt wysokie) wymagania. Po raz kolejny muszę jednak przyznać się do błędnego myślenia i stwierdzić, że rozwój Rogena to jedna z najlepszych rzeczy, która spotkała branżę filmową w ostatnich latach.

Myślisz: Seth Rogen, mówisz: kultowe komedie lat 2000. "40-letni prawiczek", "Supersamiec", "Wpadka", "Luzaki i kujony", "Studenciaki" - te i inne tytuły, w znaczny sposób przesiąknięte wpływem Judda Apatowa, to origin story Rogena w popkulturze. 44-letni obecnie aktor, jeden z najpopularniejszych komików, a od kilkunastu lat również reżyser, to człowiek-orkiestra, który nie wstydzi się (i dobrze) swojego dziedzictwa. Od niedawna jest jednak szczególnie na ustach świata X Muzy i to nie jako ktoś, z kogo się śmieją. Rogen wywalczył sobie pozycję artysty, który imponuje ambicjami i wychodzi z szufladki.
Seth Rogen gra rolę życia w Zaproszeniu. Świetnie sobie radzi
Moja osobista przygoda z kinem Setha Rogena nie jest jakoś ekstremalnie żywa. "Zielony Szerszeń" był dla mnie udaną, komediową interpretacją superbohaterskiego gatunku, ciepło wspominam "Sąsiadów", w których aktor stanowił zgrany duet z Rose Byrne, a także reżyserski debiut Rogena, "Wywiad ze słońcem narodu", w którym wystąpił w głównej roli wraz z Jamesem Franco. Choć dorobek Setha jest znacznie większy, a dla wielu jest on ikoną, nie zamierzam kłamać - przez długie lata nie podzielałem tego spojrzenia. Rogen był dla mnie synonimem gościa zbliżającego się do średniego wieku, o dość niskich standardach humorystycznych, pozbawionych błyskotliwości, za to pełnych dosłowności.
Z czasem jednak moja krytyczna postawa uległa zmianie, a odświeżenie niektórych tytułów po latach okazało się mieć lepsze skutki, niż myślałem. Wiedziałem, że trzeba przeprosić się z Rogenem. Tym bardziej, że z czasem otwierał się też na odmienne projekty. Mogliśmy go zobaczyć jako Steve'a Wozniaka w "Steve Jobs", doskonale wypadł w "Niedobranych" u boku Charlize Theron, zagrał kapitalną drugoplanową rolę Benniego w "Fabelmanach" Stevena Spielberga, po latach znów spotkał się z Rose Byrne w świetnej "Platonicznej przyjaźni". Wreszcie - w duecie z Evanem Goldbergiem stworzył "Studio": najlepszą, najbardziej pomysłową, wypełnioną odniesieniami, błyskotliwą i wciągającą satyrę, zaglądającą w sam środek hollywoodzkich realiów dużego studia.
Złote Globy, Emmy - Rogen chyba nie spodziewał się, że zostanie tak zbombardowany pochwałami i nagrodami. Niedawno mogliśmy go oglądać w udanej roli bogacza Jeffa w "Aniele stróżu", gdzie z pomocą tytułowego bohatera jego dotychczasowe życie szefa mieszkającego w willi zmieniło się w egzystencję "zwykłego człowieka", ledwo wiążącego koniec z końcem. Miałem już przyjemność oglądać "Zaproszenie", w którym Rogen gra jedną z głównych ról i muszę powiedzieć to jasno - to mistrzowska kreacja, kto wie, czy nie najlepsza w jego karierze.
Rogen wciela się w Joego - pierwszoplanowego bohatera, który czuje, że jego życie układa się rozczarowująco, zarówno zawodowo (pracuje w szkole i nie przynosi mu to satysfakcji), jak i w domu (często kłóci się z żoną, lub jest na to zbyt zmęczony/obolały). Przyjście sąsiadów nie tylko uruchamia jego i tak aktywną zrzędliwą stronę charakteru, ale z czasem pozwala się otworzyć emocjonalnie, uzewnętrznić to, co mu ciąży. Jest tu niemało "rogenizmów" w postaci kultowego śmiechu i zamiłowania do zioła, ale Rogen wyciąga z tej kreacji ogrom niewypowiedzianych (albo czasami wyartykułowanych bez ogródek) odczuć, jest jak tykająca bomba, pełna dezorientacji i wewnętrznego nieszczęścia.
Seth Rogen to postać, której kino, wbrew temu, co sam bym pomyślał lata temu, wiele zawdzięcza. Na komediach z jego udziałem wychowały się współczesne pokolenia, a sam aktor coraz częściej wychodzi poza ramy, które sam sobie nałożył. Dobrze się go ogląda w ciut dojrzalszej, ale wciąż wyjątkowej wersji - zarówno w aktorskim wydaniu, jak i wówczas, gdy jest po drugiej stronie kamery. W "Zaproszeniu" mamy do czynienia z tym pierwszym aspektem, a Rogen bezbłędnie przyćmiewa swoich ekranowych kolegów. Jeśli szukacie motywacji, by pójść na ten film, niech jedną z nich będzie właśnie on.
"Zaproszenie" w kinach od 3 lipca.
Czytaj więcej w Spider's Web:
W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.