DCU pod wodzą Jamesa Gunna i Petera Safrana zaliczyło niezłe otwarcie i może poszczycić się już w sumie trzema udanymi produkcjami („Koszmarne Komando”, „Superman” i znakomity „Peacemaker”, czyli pomost między starym DCEU a nową odsłoną filmowego uniwersum). Doszło do tego, że po raz pierwszy od bardzo dawna - zobojętniały na powtarzalne nowości Marvela - z żywym zainteresowaniem wyczekiwałem premier konkurencji. Niestety: „Supergirl” okazała się pierwszym rozczarowaniem.

Kara Zor-El - tytułowa „Supergirl” (Milly Alcock) - leczy kaca. Dzień wcześniej mocno zachlała. Ale jak to? - zapytacie. Metabolizm potężnej Córki Kryptonu nie radzi sobie z metabolizmem alkoholu? Odpowiadam: wszystko zależy od tego, w którym miejscu w kosmosie nasza heroina akurat się znajduje. Nie na każdej planecie jest bowiem tak potężna, jak na Ziemi - wszystko zależy od tego, jak daleko od najbliższej gwiazdy się znajduje i czy jest ona żółta, czy jednak czerwona bądź zielona. Tylko ten pierwszy rodzaj słońca zapewnia jej boskie moce, leczy i wzmacnia. Słońce czerwone sprawia, że staje się zwykłą śmiertelniczką, natomiast zielone powoli ją zabija. A zatem - by upić się jak przeciętna ludzka istota, Kara imprezuje na planetach krążących wokół czerwonych gwiazd.
Na jednej z takich planet spotyka Ruthye (Eve Ridley), dziewczynę, której rodzice zostali zamordowani przez gang kosmicznych Bandytów. Nastolatka szuka zemsty, choć przecież nie ma najmniejszych szans jej wymierzyć. Supergirl, rzecz jasna, nie widzi powodu, dla którego miałaby pomóc - gdy jednak potężny herszt bandy, Krem, rani jej pupila, psa Krypto, postanawia wyruszyć jego śladem. Ma zaledwie trzy dni, zanim trucizna zabije czworonoga - a antidotum jest w rękach mordercy rodziców Ruthye.
Niechętne sobie bohaterki łączą siły. Łatwo nie będzie - Krem nie jest bowiem w ciemię bity i wie, gdzie najlepiej skryć się przed Kryptonianką.
Supergirl - recenzja filmu
„Supergirl” to reprezentantka superbohaterskiego kina, na jakie w 2026 r. nie powinno być miejsca. Nie dlatego, że to film jednoznacznie zły - to po prostu do bólu generyczny komiksowy produkcyjniak, napisany jak od sztancy, powtarzający po wszystkich tych marvelowych przeciętniakach, które tak nas w ostatnich latach wymęczyły. Wydawać by się mogło, że po tak udanym otwarciu uniwersum i pod okiem Gunna (który ewidentnie rozumie, co w komiksach najfajniejsze, a co się blockbusterowej widowni przejadło), możemy być pewni, że takie bezpieczne, wtórne, nieciekawe przeciętniaki już nam nie grożą. A jednak.
W „Supergirl” nie znajdziecie cienia kreatywności, nie poczujecie powiewu świeżości, nie zaskoczy, nie porwie i nie rozbawi was zupełnie nic, a całą zdjętą ze scenariuszowej taśmy fabułę - prościutką, odtwórczą, niemądrą - przewidzicie od początku do końca bez odrobiny wysiłku. Co samo w sobie nie byłoby jeszcze aż takim problemem, gdyby Craig Gillespie i Ana Nogueira poświęcili więcej czasu relacji bohaterek - pogłębili ją, nadali jej więcej odcieni. Niestety - Ruthye jest płaska jak kartka papieru. Definiuje ją wyłącznie żądza zemsty za śmierć rodziców - na rozbudowę charakteru czy wątku żałoby najwyraźniej zabrakło czasu. Dziewczyna jest tak nijaka, że emocjonalne zaangażowanie się w jej wątek graniczy z cudem.
Niestety, w przypadku Kary jest tylko nieznacznie lepiej - film wprawdzie nakreśla przyczyny jej mizernej kondycji psychicznej, uzasadnia postępowanie, pozwala przejść jakąś drogę i odbić od dna, ale robi to powierzchownie, na przyśpieszeniu, a zatem nieprzekonująco. Biorąc pod uwagę powyższe, tak samo nie sposób jest uwierzyć w rodzącą się między bohaterkami przyjaźń, zainwestować w nią jakieś emocje, kibicować z przejęciem. Film odhacza kolejne punkty buddy movie, w którym kluczowa relacja - z założenia serce takich produkcji - klejona jest śliną, napisana byle jak.
Fatalnie wypada też antagonista. Krem to po prostu paskudny, jednowymiarowy, nieciekawy, nieposiadający żadnych ciekawych motywacji złol - przeciwnik na poziomie najbardziej krytykowanych antagonistów z filmów Marvela. A na domiar złego: autor skrajnie idiotycznego wyboru kryjówki - jego „genialny” plan można obejść z łatwością (choć nasza protagonistka i tak jakimś cudem dała się wykiwać), o co żal możemy mieć jednak wyłącznie do twórców. No i szkoda, że pies Krypto został wprowadzony do uniwersum po to, by znikać na 3/4 filmu i służyć jako prosty fabularny motywator dla bohatera.
Tyle dobrego, ze „Supergirl” ogląda się w miarę bezboleśnie.
Charyzma Millie Alcock jest bezdyskusyjna, a zgrabnie zrealizowane sceny akcji, urozmaicone rockowym soundtrackiem, ogląda się z przyjemnością. Nadmiar CGI daje się czasem we znaki, ale nie straszy tak bardzo, jak okrutnie potrafią odrzucać warstwy wizualne wielu współczesnych popcorniaków. Całkiem nieźle wypada też wielokekranowy debiut Lobo - obsadzony w tej roli przez fanów już lata temu Jason Momoa ewidentnie czuje tę postać, a portretowanie jej sprawia mu ogrom radości. To udany debiut i jedna z niewielu rzeczy (zaraz obok krótkich, ale rozgrzewających serce gościnnych występów Davida Corensweta), które po tym seansie mają szansę choć na jakiś czas zapisać się w pamięci widza.
SUPERGIRL - w kinach od 26 czerwca.
Czytaj więcej w Spider's Web:
- Breslau dostanie 2. sezon? Disney właśnie podjął decyzję
- The Walking Dead: Dead City leci do Polski. Gdzie obejrzeć 3. sezon?
- Zmiany w emisji mistrzostw świata w TVP. Gdzie oglądać mecze?
- Toy Story 5 wyjaśnia absurd, który wkurza fanów od 30 lat
- Największy serial Netfliksa w 2026 roku. Widzowie oszaleli
Dla Rozrywka Spider’s Web najchętniej bloguje o branży filmowej, krytycznym (lub pełnym uwielbienia) okiem przyglądając się nowościom na ekranach kin i w serwisach streamingowych. Kinoman, filmoznawca, szczerze miłujący zarówno arthouse, jak i naszpikowane akcją popcorniaki. Niemal cały swój czas wolny poświęca kulturze w najróżniejszych jej formach. Wciąż dokształca się filmoznawczo; o sztukach wizualnych pisze od lat, początkowo raczej hobbystycznie, a od dłuższego czasu – zawodowo. Gościł w Radiowej Czwórce czy telewizji publicznej; można go było przeczytać m.in. w miesięczniku „Kino”, „Nowej Fantastyce” czy na łamach innych serwisów (recenzje, felietony, newsy, wywiady).