Miłość niejedno ma imię. Może być efektem długotrwałej (lub znacznie krótszej) relacji, niefizycznym bytem, oraz, używając naukowego języka, chemiczno-biologiczną reakcją łańcuchową. Ta ostatnia perspektywa jest szczególnie ważna, bowiem to na nauce opiera się w zasadzie cała fabuła "The Love Hypothesis". Uspokajam jednak - na ten filmowy wykład o miłości warto się wybrać, nawet jeśli do ideału mu daleko.

Co mają wspólnego "Gwiezdne wojny" z nowym romkomem Prime Video? Na pierwszy rzut oka absolutnie nic. To jednak nieprawda. Choć powieść autorstwa Ali Hazelwood została wydana w 2021 roku, jej pierwotna wersja została opublikowana online trzy lata wcześniej jako...fanfik o Kylo Renie i Rey (nie żartuję). Gdy doszło do fizycznego wydania, usunięto gwiezdnowojenne odniesienia z zachowaniem kilku smaczków w postaci imienia głównego bohatera, które pochodzi od aktora wcielającego się w powyżej wymienioną postać. Już sama ta sprawa była materiałem na film, toteż nic dziwnego, że "The Love Hypothesis" spotkało się z zainteresowaniem i zostało, w formie filmowej adaptacji, przeniesione na mały ekran do streamingu. Było warto?
The Love Hypothesis - recenzja filmu. (Nie)miłosny eksperyment
Olive Smith (Lili Reinhart) jest doktorantką na uniwersytecie Stanford. Bez trudu można ją określić jako pilną, mocno poświęconą nauce i badaniom, czyli przede wszystkim realizacji swoich naukowych oraz zawodowych ambicji. Na co dzień samotna dziewczyna niedługo po rozpoczęciu doktoranckiej przygody poznaje sympatyczną Anh (Rachel Marsh), z którą się zaprzyjaźnia. Ta wpada w oko Jeremy'emu (Nicholas Duvernay), który z kolei niestety podoba się głównej bohaterce. Aby uwiarygodnić swoje błogosławieństwo dla spotykania się przyjaciółki z Jeremym, Olive zawiera układ z nielubianym, określanym jako "Doktor Zło" wykładowcą, Adamem Carlsenem (Tom Bateman). Oboje, mając w tym interes, zgadzają się na udawany i zarazem nieukrywany publicznie, związek.
Naukowcy o chemii mówią, a twórcy filmowi próbują ją wykrzesać z obsady i tym samym wywołać większą autentyczność całej opowieści. W przypadku "The Love Hypothesis" tego zadania podjęła się Claire Scanlon, która w świecie komedii i romansów ma niewątpliwie doświadczenie - to ona wyreżyserowała niezłe "Swatamy swoich szefów", dla Prime Video zrealizowała słabych "Ludzi, których nie cierpimy na weselach", a w swoim serialowym dorobku ma odcinki uznanych seriali, takich jak "Misja: Podstawówka", "Modern Family", "Cudotwórcy", "Brooklyn 9-9" czy "The Office". Trudno jednak uznać ją za reżyserkę, która może pochwalić sie jakimś wyraźnym, powszechnie chwalonym, sukcesem. Czy nowy film przybliżył Scanlon do tego stanu?
"The Love Hypothesis" to film często reklamowany w przestrzeni publicznej za pomocą określeń typu "eksperyment mający sprawdzić ich teorie na temat miłości". To sugerowałoby, że fabuła będzie próbowała poszukać odpowiedzi na pytania, które od początku dziejów zadaje sobie ludzkość. Czy miłość jest tylko wynikiem działań organizmu, czy może istnieje jakiś niemożliwy do zidentyfikowania i racjonalnej klasyfikacji, byt, który odpowiada za nasze uczucia? Dlaczego wchodzimy w związki i decydujemy się na wybór konkretnego partnera? To ciekawe kwestie, na które, na papierze film Scanlon (napisany przez Sarę Rotschild) mógłby spojrzeć. Haczyk polega na tym, że powyższe opisy wprowadzają widza w błąd, bo ta historia jest zupełnie o czymś innym. I dobrze.
Przyznaję, koncept, na którym opiera się fabuła "The Love Hypothesis", jest dla mnie, delikatnie mówiąc, ciut absurdalny (żeby było jasne - nie czytałem literackiego oryginału, więc nie będzie tu porównań do książki). Gatunek komedii romantycznych widział co prawda bardziej odjechane rzeczy, a dwójka głównych bohaterów domyślnie mających się różnić, by później obudzić w sobie uczucie, to też motyw stary i często przybierający karykaturalny ton. Bardzo mnie cieszy, że film Claire Scanlon zrezygnował z takiego usilnego przeciwstawiania sobie postaci, oraz z traktowania widza jak idioty.

Zamiast pójścia w tę stronę, błyskotliwie pokazał niezręczność wynikającą z sytuacji, a następnie połączył to ze stopniowym rysowaniem się więzi pomiędzy Olive a Adamem. Choć na pierwszy rzut oka wydaje się, że są z różnych światów, im dalej w film, tym bardziej okazuje się, że jest inaczej. Jedno i drugie (z różnych powodów) jest mocno poświęcone pracy, skryte, średnio skore do socjalizacji, nieprzyzwyczajone do ciepła oraz uczuć, które mają sobie okazywać w ramach układu. To generuje oczywiście sporo humoru sytuacyjnego (który okazuje się dość udany, a dialogi pomiędzy parą "zakochanych" wystarczająco cięte, by się zaśmiać), ale równocześnie przeszkody, które Olive i Adam muszą ominąć, by ich "związek" nie stracił na wiarygodności.
Oprócz tej gry w kotka i myszkę z podejrzliwym otoczeniem, twórczyniom udaje się dać wystarczająco dużo pola do tego, by widz spędził czas z bohaterami i był świadkiem rozwoju ich relacji. Oczywiście, zaczyna się od niezręcznych interakcji, w które trudno uwierzyć, ale z czasem bohaterowie nie tylko uczą się siebie nawzajem, ale również od siebie. Adam nie bez trudności wychodzi ze swojej strefy komfortu, ale jest wiarygodny w stopniowym odsłanianiu swojej milszej, zabawnej i empatycznej twarzy, dalekiej od wizerunku "Doktora Zło". Olive zaś, niemal chorobliwie pozbawiona pewności siebie, w towarzystwie mężczyzny znajduje zrozumienie, wsparcie oraz ciepło. Siłą "The Love Hypothesis" jest właśnie m.in. to, że przemiany, które pokazuje, nie biorą się znikąd. Bohaterowie nie porzucają 100% swojego "ja", ale racjonalnie ewoluują.
Nie ma tu, na szczęście, radykalnych i pozbawionych logiki zwrotów akcji. Umówmy się - film Scanlon, choć inteligentnie napisany, jest dość przewidywalny, co trochę odbiera możliwość pełnej satysfakcji. Doskonale wiemy, że udawane uczucie nabierze realnych wymiarów. Oczywiste jest, że eksperyment przestanie być tylko eksperymentem. Niektóre wątki scenariusz również traktuje nieco przedmiotowo. Osobiste motywacje Olive pozostają kluczowe wyłącznie na papierze, wyjaśnienie genezy "złej aury" Adama jest dość skromne i mało przekonujące, kierunek wątku doktora Bentona można przewidzieć dość szybko, trudno też zrozumieć, co tak naprawdę genialnego jest w pracy głównej bohaterki. "The Love Hypothesis" robi jednak, w ramach rekompensaty, fajny wgląd w całą akademicką otoczkę: granty, zespoły badawcze, konferencje, projekty, zajęcia. To nie tylko dekoracje do scenariusza, a elementy, które sprawnie budują świat przedstawiony.
Nic z tego wszystkiego by jednak nie działało, gdyby nie sparowano ze sobą Lili Reinhart i Toma Batemana.
Jestem daleki od ogłaszania ich najlepszą aktorsko romkomową parą ostatnich lat (ten tytuł wciąż trzymają Powell i Sweeney za "Tylko nie ty"), ale ich chemia po prostu działa. Reinhart bez problemu wychodzi portretowanie równie inteligentnej, co nieśmiałej, bystrej, pełnej melancholii, introwertycznej dziewczyny. Aktorka odnajduje się w roli Olive, która początkowo nie dopuszcza do siebie myśli, że rzeczywiście zasługuje na to, na co pracuje. Na poziomie warsztatu jednak dużo ciekawiej wypada gra Batemana, którego Adam jest pełen sprzeczności: niezdarny i aspołeczny w bliższych relacjach, za to doskonale odnajdujący się jako mający lodowatą aurę postrach studentów. Aktorowi świetnie udaje się wygrywać podwójną naturę swojego bohatera, wydobywać spod jego skorupy to, czego mało kto się po nim spodziewa - serce. Takie postacie łatwo przerysować, ale Bateman momentami wydobywa z siebie takie pokłady "romantycznej męskości", że głowa mała.

Muszę wspomnieć też o drugim planie, który również pracuje na urok tego filmu. Zwłaszcza filmowa Anh, wulkan fajnej energii w stylu "gadatliwa przyjaciółka, która skoczy za tobą w ogień". Rachel Marsh ma naprawdę znakomity timing - wie kiedy pokazać zabawną stronę swojej postaci (a tego jest sporo), a kiedy ciepłą i poważną. Jaboukie Young-White oraz Nicholas Duvernay (Malcolm oraz Jeremy) nie są aż tak wyraziści, a potencjał Arty'ego Groushmana (genialnego Bucka z "Daredevil: Odrodzenie") nie zostaje w pełni wykorzystany w scenariuszu, choć aktor robi co może, by autentycznie pokazać śliskość swojego bohatera.
W ostatmim czasie wiele filmów, zwłaszcza romkomów wywodzących się ze stajni Amazona, reprezentuje raczej niską jakość - dostajemy taśmowo tworzone produkty, których zadaniem jest trafić w założenia algorytmu, podbić ranking oglądalności i tyle. Jeśli któremuś reprezentantowi tego gatunku miałbym życzyć ambitniejszej drogi, byłoby to właśnie "The Love Hypothesis". Wątpię, że będę pamiętał o tym filmie przez wieczność, natomiast z pewnością znajdzie się on na mojej liście tegorocznych pozytywnych zaskoczeń.
Film jest dostępny do obejrzenia w Prime Video.
Czytaj więcej w Spider's Web:
- Takiego VOD w Polsce brakowało. Prime Video: potrzymaj mi pilota
- Prime Video kasuje genialny serial akcji. Czy to naprawdę koniec?
- Kultowe sci-fi na Prime Video jest lepsze od Blade Runnera. Zjada go na śniadanie
- Najlepsze seriale kryminalne Prime Video. Ranking hitów
- Widzowie nie zobaczą tego sezonu Reachera. Ritchson wie, dlaczego
W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.