Kolejny podgrzewany kotlet trafia do kin. Tym razem Hollywood postanowiło odświeżyć kultowe fantasy z lat 90. Fakt, że "Totalną magię 2" ogląda się tak jak jedynkę, można by uznać za dobrą wiadomość. Gdyby oczywiście jedynka była dobrym filmem.

Jak Hollywood wyczuje w czymś pieniądze, to nie ma zmiłuj. Przecież repertuary kinowe zalewają teraz requele (reboot/sequel) hitów sprzed lat. A bo "Przebudzenie mocy" było hitem. A bo "Jurassic World" podbił box office. A bo "Top Gun: Maverick" rozruszał widzów po pandemii. Wiele tych nostalgicznych kontynuacji też się nie sprzedało, ale Fabryka Snów spuszcza na to zasłonę milczenia. Wielkie wytwórnie wciąż przetrząsają swoje archiwa w poszukiwaniu tytułów, aby je odkurzyć. Teraz padło na "Totalną magię", która totalnie powinna popaść w zapomnienie.
"Totalna magia" to jeden z tych filmów, których nie pokochaliśmy od razu. W 1998 roku to była totalna klapa - zarówno artystyczna jak i komercyjna. Jakimś magicznym sposobem widzowie pokochali ją za sprawą wydania na nośnikach kina domowego i powtórek w telewizji. A przecież każdy z jej seansów powinien nam przypomnieć, czemu nie lubiliśmy jej za pierwszym razem. Tak było w moim przypadku. Obejrzenie produkcji tuż przed kontynuacją sprawiło jedynie, że przypomniałem sobie, czemu przez te wszystkie lata do niej nie wracałem. Podtrzymuję bowiem wszystkie zarzuty, z jakimi spotkała się w trakcie premiery.
Totalna magia 2 - recenzja filmu
No dobra, "Totalna magia" może pochwalić się przyjemnym najntisowym urokiem czy uwodzącą chemią między Sandrą Bullock i Nicole Kidman. Ale to tyle. Film wciąż jest naiwny, infantylny, niespójny, mętny i nudny. A ponieważ wszystkie requele czy też nostalgiczne sequele mają to do siebie, że oferują nam to samo, tylko w nowym opakowaniu, dwójka okazuje się mniej więcej taka sama. Stojąca tym razem za kamerą Susanne Bier nie wyciąga zbyt wielu wniosków z błędów pierwszej części. Zamiast tego zaklina rzeczywistość, wołając do nas: chodźcie, chodźcie, przypomnijcie sobie, jak fajnie bawiliście się z siostrami Owens.
Swoją opowieść Bier rozpoczyna od powrotu do punktu wyjścia. A jest nim oczywiście złamane serce. Ta tęsknota Sally do normalnego życia. Po rodzinnej tragedii tak się obraża na ciążącą nad jej rodem klątwę, że rezygnuje ze swoich czarodziejskich mocy. Ba! Zmusza przy tym Gillian, żeby nigdy nie wyjawiła jej córkom, kim naprawdę są. Kylie i Antonia dorastają więc bez magii i zapominają, że w pierwszej części wyzywano je od wiedźm. Nawet jeśli były wtedy bardzo młode, tak traumatyczne doświadczenia i gotowanie z ciotką magicznego sosu powinny jednak wryć im się w pamięć. Ale mniejsza o to.
Po szybkim pokazaniu, co działo się po wydarzeniach przedstawionych w pierwszej części, reżyserka przechodzi do obowiązkowego punktu "Totalnej magii": rozwleczonego, smętnego i żmudnego wstępu. Bo Bier ma aż nadmiar bohaterek i musi zapowiedzieć wszystkie konwencje gatunkowe, z jakich będzie korzystać. Tyle dobrego, że nie wchodzi już na tereny przyciężkiego thrillera o przemocy w związku. Dzięki temu nie musimy zachodzić w głowę, czy przypadkiem nie włączył nam się inny film, gdy kochanek Gillian próbuje oznakować ją jak bydło.
Horror wciąż jednak pozostaje na miejscu. Tylko już nie wynika z przywrócenia człowieka z martwych, a próby uratowania ukochanego Kylie. Ona, już jako dorosła kobieta, poznaje chłopaka i gdy tylko wyznaje mu miłość, zwiastujący śmierć żuk kołatek zaczyna się nim interesować. Kiedy trafia on do szpitala, Kylie odkrywa swoje moce. Kłóci się przy tym z matką, a potem dzięki magicznej księdze szuka sposobu, aby zerwać klątwę, która kobietom z rodu Owens nie pozwala się zakochać. I wtedy nieopierzoną wiedźmą zaczynają się interesować mroczne siły. Dzięki temu reżyserka wchodzi na tereny young adultowej grozy.
Niby dobra zmiana, aczkolwiek okazuje się co najwyżej kosmetyczna. Bo w "Totalnej magii 2" ponownie dostajemy fantasy na słowo honoru. Tak jak w jedynce sprowadza się do zapalania świeczek, odpalania blendera pstryknięciem czy mgiełki, która oznacza uwalnianie się z uroku. Jest może tego więcej niż poprzednio, ale wciąż wygląda biednie, jak w tych wszystkich drugoligowych serialach Netfliksa dla młodzieży, pokroju "Przeznaczenia: Sagi Winx" czy 1. sezonu "Warrior Nun".
Weźmy jednak pod uwagę, że jeśli "Totalna magia" miała jakąś siłę, to na pewno nie płynęła ona z elementów fantastycznych. One działały na poziomie symbolu siostrzanej siły kobiet. I tutaj mogłoby być tak samo. Wręcz byłoby wymagane, gdyby Sally i Gillian przekazały pałeczkę młodemu pokoleniu i teraz śledzilibyśmy losy tych najmłodszych sióstr Owens. Jednakże Antonia pozostaje postacią niewykorzystaną. Jako lekarka siedzi tylko przy poszkodowanym chłopaku w szpitalu, podczas gdy Kylie wylatuje do Londynu.
Dzięki temu w ramach kolejnego przesunięcia akcentów w dwójce Bier dodaje do dotychczas podejmowanych tematów relacje między matką i córką. Cierpi przez to dynamika Sally i Gillian. Ta druga nie jest już wampem. Nicole Kidman nie dostaje szansy, żeby roztaczać urok femme fatale. Staje się za to rozrywkową ciocią. I damulką, która nie wniesie swojej ogromnej walizki po schodach. Musi to za nią zrobić Sally. Ta żadnej pracy się nie boi i wyznaje rodzinne wartości. Sandra Bullock pozostaje więc tą samą dziewczyną z sąsiedztwa, co była niemal 30 lat temu. I wciąż gra tak nijako, że trudno zrozumieć, dlaczego zrobiła karierę w Hollywood.
Pozostawienie Sally taką, jaką była, ma wymiar praktyczny. Tak jak w jedynce, pozwala "Totalnej magii 2" zmienić się w komedię romantyczną. Bohaterka znowu jest na początku niezręczna, a potem staje się niemiła dla jasnowidza, którego poznaje, gdy rusza do Anglii na pomoc córce. Przekorny los pcha ich ku sobie i odpycha, żeby jeszcze bardziej uwypuklić charakter porno dla gospodyń domowych. Albo rozpiszczanych dziewczyn, które uważają się za jesieniary.
"Totalna magia 2" to takie ciepłe kluchy w fajnej stylówie. Bo Bier odtwarza ten skomercjalizowany klimat halloweenowy, którym przy okazji pierwszej części swego czasu zachwycali się widzowie. Jednocześnie bałagan fabularny ciągle wybija nas z tej - jakby nie było - urokliwej atmosfery. Wszystko przez to, że film próbuje być naraz familijnym fantasy, romansem, horrorem, coming-of-age i nostalgicznym spotkaniem po latach. I na żadnym z tych poziomów się nie sprawdza. Reżyserka rzuca więc ten sam urok na publiczność, ale wciąż nie wyczarowuje dobrego filmu.
Więcej o fantasy poczytasz na Spider's Web:
- Netflix szykuje fantasy większe niż Gra o tron. Nie popełni jej błędów
- Uniwersum epickiego fantasy się rozrasta. Praca nad adaptacją wre
- Autorka hitu fantasy miażdży adaptację przed premierą. - Najgorsze, co mnie spotkało
- Nowy serial to najlepsze fantasy Netfliksa. Nie mogłem przestać binge'ować
- Adaptacja genialnego fantasy od HBO popełnia błąd już na starcie
W serwisie Rozrywka.Blog zajmuje się przede wszystkim filmem. Jest miłośnikiem kina gatunkowego. Kiedy nie ogląda naparzających się superbohaterów Marvela, to prawdopodobnie rozpływa się nad eksploatacyjną obskurą. Poza tym jego teksty można znaleźć m.in. w „Kinie”, „Netfilmie” czy „Magazynie filmowym”. Jest współautorem monografii „Europejskie kino gatunków 2” i leksykonu „1000 filmów, które tworzą historię kina”. Zdarzyło mu się też publikować opowiadania. Znajdziecie je m.in. w antologiach „Mapa Cieni” i „Sny umarłych. Polski rocznik weird fiction 2020. Tom 2”.