Nie byłoby dalekie od prawdy stwierdzenie, że Unabomber, to jedna z najważniejszych i najbardziej fascynujących postaci drugiej połowy XX wieku. Obojętny wobec swoich ofiar terrorysta? Wizjoner, który przewidział upadek ludzkości? Ofiara brutalnych i wymagających psychicznie eksperymentów? Film Netfliksa szuka odpowiedzi na to, kim tak naprawdę był Ted Kaczynski i co wywołało jego przemianę.

Przyznam, że gdy dowiedziałem się już jakiś czas temu o powstaniu nowego filmu poświęconego Unabomberowi, nie miałem zwykle często pojawiającego się w głowie pytania "po co znowu ktoś rusza tę samą historię?". Przyczyna tego była dość prosta: Ted Kaczynski to na tyle interesująca postać, że czuję się otwarty na różne twórcze interpretacje jego życiorysu. Genialny matematyk, który został autorem zamachów bombowych, żyjącym w izolacji, bałaganie i brudzie. Twórca manifestu, który z perspektywy dawnych czasów wydawał się radykalnym i odklejonym od rzeczywistości głosem garstki, ale życie pokazało, że przewidział destrukcyjny wpływ postępu technologicznego na kondycję ludzkości. Nie da się przeczyć temu, że Ted Kaczynski był równie niebezpieczną, co trudną do zaszufladkowania postacią.
Unabomber - recenzja filmu. Piękny (i zradykalizowany) umysł
1994 rok. Agentka FBI, Joanne Miller (Shaileene Woodley) bierze udział w operacji mającej na celu ujęcie Unabombera, słynnego na cały kraj terrorysty specjalizującego się w wysyłaniu pakunków z ładunkami wybuchowymi. Fiasko akcji wymaga znalezienia nowego kierunku śledztwa, zrozumienia co i dlaczego kieruje autorem zamachów. Tym samym cofamy się do roku 1958, kiedy Ted Kaczynski (Jacob Tremblay), genialny i ponadprzeciętnie inteligentny nastolatek, rozpoczyna studia na Harvardzie, a następnie staje się uczestnikiem intensywnych eksperymentów profesora psychologii, Henry'ego Murraya (Russell Crowe).
"Unabomber" na starcie już stawał przed sporym wyzwaniem z prostej przyczyny - temat tytułowego bohatera był już nieraz podejmowany przez popkulturę. Do dnia premiery produkcji Netfliksa, mieliśmy już dwa filmy i jeden serial o Tedzie Kaczynskim. Każdy to produkcja udana, świetnie zagrana (Paul Bettany postawił poprzeczkę naprawdę wysoko, ale Sharlto Coopley też wyciągnął do góry jakość "Teda K"), zatem twórcy musieli spróbować odróżnić się, opowiedzieć historię Unabombera od nieco innej strony. Nie było to zbyt trudne, bowiem pośród różnych prób zagłębienia się w jego życiorys, okres jego młodości jest tak naprawdę najsłabiej eksplorowanym. Film Janusa Metza, nieidealnie, ale naprawia ten błąd.
Otwarcie to powiem, nie miałem nadmiernie wysokich oczekiwań od strony twórczej - emploi duńskiego reżysera (mającego na koncie m.in. kilka odcinków "Andora", "Detektywa" i "Zero Zero Zero" oraz filmy takie jak "Borg/McEnroe", "Wszystkie stare noże" czy "Armadillo") sugerowało na papierze, że otrzymamy coś poprawnego, solidnego i niewiele ponadto. Tymczasem, "Unabomber" potrafi na starcie (bo później bywa różnie) pozytywnie zaskoczyć. Nie mamy do czynienia z biopicem od linijki - narracja biegnie dwutorowo, skacząc pomiędzy okresem tuż przed złapaniem Kaczynskiego, a czasem jego młodości, kształtowania się idei, będących pożywką dla psychologicznego eksperymentu Henry'ego Murraya.
Co ciekawe, już na bardzo wczesnym etapie filmu, Ted Kaczynski zostaje ujawniony jako podejrzany o bycie Unabomberem. Film Metza zatem nie bawi się w zagadkę, której rozwiązanie każdy zna, tylko skupia się na pościgu za Tedem. Nie będzie zatem wielkim zaskoczeniem to, że najciekawszym wątkiem fabuły filmu był ten związany z eksperymentami i kiełkującą w związku z nimi relacją Kaczynskiego oraz Murraya. Im bardziej podążamy za tą historią, "Unabomber" jawi się jako kronika psychicznej i społecznej autodestrukcji Teda, rosnącego poczucia intelektualnego wykluczenia, które przy jego i tak wysokiej aspołeczności, jest niczym zapałka z płomieniem rzucona do basenu z benzyną. Pojawienie się ognia jest kwestią czasu.

Metz wraz z Samem Chalsenem i Nelsonem Greavesem (scenarzystami) są niestety więźniami metrażu, który nie pozwala im na pełne rozwinięcie skrzydeł. "Unabomber" ma momenty, w których idzie na nieznośne skróty (np. gdy Ted dziwnie prędko staje się pyskatym, przekonanym o swojej wyższości chłopakiem) i zbyt często ucina to, co ciekawe, ale gdy zostaje przy bohaterze na dłużej, stara się o autentyczne pokazanie sprzeczności, które nim targają. Główny bohater jest bardzo zamknięty w sobie, nie potrafi przełamać pewnych barier, ale jednocześnie adaptuje się, nie poddaje, gra w tę grę, coraz bardziej chcąc zyskać wyższość. Relacja Teda z Murrayem nie jest w żaden sposób równa - stary wyga dominuje nad Kaczynskim i podstępem mu to udowadnia, nawiązując z nim więź i wykorzystując ją w ramach badań. W tego typu historiach twórcy stoją przed wyzwaniem zachowania odpowiedniego balansu - łatwo bowiem przekroczyć granicę usprawiedliwiania konkretnej postaci, zrzucenia winy na kogoś innego.
Metz nie wymazuje winy przyszłego Unabombera, natomiast dopisuje do niej ważny kontekst i zastanawia się, w jakim stopniu ukształtował on głównego bohatera.
Film nieźle dostrzega, jak nieprzepracowane kompleksy czy brak poczucia przynależności potrafią ewoluować, wyobcować, uwalniać wewnętrzne demony. Zwłaszcza przy pomocy kogoś, kto perfekcyjnie wie, jak je wykorzystać. Świetna jest chociażby scena, w której pewny siebie Ted, gotowy do ostrej wymiany myśli, przekonuje się, jak podstępnie wykorzystano jego wypowiedziane prywatnie słowa i wraca do punktu wyjścia w postaci gniewu, lęku i braku kontroli. To (niestety zbyt rzadkie) momenty jego konfrontacji z Murrayem są tymi, które wywołują najwięcej napięcia - zwłaszcza finałowa konfrontacja i związany z nią zwrot akcji. Wówczas widzimy, jak profesor, dotychczas przekonany o swojej przewadze, nie tylko dostaje ostateczny cios, ale również prawdopodobnie dostrzega, do czego się przyczynił, kogo stworzył.
Dopóki film trzyma się młodego Kaczynskiego, ogląda się go z największą uwagą. Ta niestety potrafi - z pojedynczymi wyjątkami - prysnąć, gdy na ekranie pojawia się agentka Miller podążająca śladami Kaczynskiego. Ten wątek jest nie tylko niepotrzebnie doklejony, ale również mający problemy z dramaturgią, pozbawiony tajemnicy. Sama postać Joanne jest okrutnie niedopisana, a zawzięcie wobec kandydatury Teda na Unabombera jest jej jedyną cechą charakteru, co w praniu nie wystarcza, by postać była intrygująca. Przez chwilę twórcy tworzą wrażenie, jakby chcieli pokazać agentkę Miller jako osobę zafascynowaną manifestem Kaczynskiego (co byłoby naprawdę dobrym pomysłem, generującym jakiś konflikt!), ale to rozczarowująca, krótkotrwała iluzja.

Wydawało mi się, że będzie to jeden z tych projektów, w którym obsada (która na papierze zapowiadała się naprawdę solidnie) uniesie na swoich barkach ten film wystarczająco dobrze, by zapomnieć o wadach fabuły. Ta prognoza częściowo się sprawdziła. Szczególnie dobrze sprawił się Jacob Tremblay, którego od pierwszych minut kupiłem w roli Teda Kaczynskiego. Młody aktor wypadł bardzo przekonująco w roli aspołecznego geniusza, który stopniowo się radykalizuje i hoduje w sobie gniew na najbliższe otoczenie, a z czasem system, w którym żyje.
Tremblayowi udało się pokazać aurę nieśmiałości i rosnącej wrogości do zasad nowoczesnego świata, którymi gardził Unabomber.
Nie tylko młody aktor jednak się spisał. Russell Crowe na szczęście już kilka lat temu przypomniał sobie, że nie musi rozmieniać się na drobne i wciąż ma światu wiele do zaoferowania. Henry Murray nie jest jego najwybitniejszą kreacją, ale zdecydowanie tą z gatunku bardzo dobrych. W wydaniu Crowe'a mamy do czynienia z postacią wzbudzającą grozę oraz respekt, przekonaną o swojej misji oraz drodze jako słusznej i koniecznej. To intensywna rola, która może nie ma w sobie jakiejś wielkiej tajemnicy, ale jest wystarczająco złowroga, by na widok aktora czuć dreszczyk stresu. Niestety, nawet połowy powyższych komplementów nie można powiedzieć o Shaileene Woodley, która od czasu "Wielkich kłamstewek" nie potrafi powrócić do wysokiej formy. Jedna połowa to wadliwe napisana postać w scenariuszu, druga to jej beznamiętne, mało przekonujące aktorstwo. Woodley jest tu pozbawiona charyzmy, na czym cierpi cały film, częściowo postawiony na jej barkach.
"Unabomber" miał dobre intencje i niewątpliwie duże ambicje. Tak naprawdę w produkcji Netfliksa zawierają się dwa osobne filmy. Pierwszy spełnia się jako thriller rzucający własne światło na to, jak skryty geniusz stał się radykałem. Drugi, skoncentrowany na śledztwie ws. tytułowego bohatera, niestety jest oskalpowany z prawie wszystkiego, co ciekawe, przez co wyraźnie ciągnie całość w dół. Nie da się mówić o zupełnym rozczarowaniu, ale do sukcesu niestety też jest daleko.
Czytaj więcej w Spider's Web:
zdjęcia: materiały prasowe Netfliksa
W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.