Austin Abrams jest prawdopodobnie największym pechowcem w Hollywood. Poprawka: gra największych pechowców. Albo podpada wiedźmie, albo gonią go hordy głodnych zombie, albo połyka go gigantyczny ssak. "Upadek wieloryba" to kolejny film, gdzie bohater, w którego wciela się wspomniany aktor, musi desperacko walczyć o życie w obliczu zagrożenia.

Survival niejedną ma definicję, choć koniec końców sprowadza się do jednego - umiejętności przeżycia mimo trudnych okoliczności. Filmowcy musieliby być wyjątkowo niedomyślni, gdyby nie zaczęli wykorzystywać tego motywu i opowiadać o przetrwaniu za sprawą języka kina. "Marsjanin", "Cast Away", "Grawitacja", "127 godzin" - szczerze podejrzewam, że od dawna nie ma roku, w którym byśmy nie dostawali filmu o postaci, która zostaje wrzucona w wir niespodziewanych wydarzeń i mimo niesprzyjających okoliczności musi zrobić wszystko, by przeżyć (nie dalej, jak dwa miesiące temu Brad Pitt z psem uskuteczniali to we "W sercu dziczy"). Bohaterowie wspomnianych filmów walczyli o życie na innej planecie, bezludnej wyspie, górach, więc trzeba było poszerzyć horyzonty i umieścić Austina Abramsa w brzuchu wieloryba. Bo czemu nie?
Upadek wieloryba - recenzja filmu. Przez żołądek do śmierci?
Jay Gardiner (Austin Abrams) rok temu pochował ojca. Spośród całego rodzeństwa, to on miał najbardziej skomplikowaną relację ze swoim rodzicem. Mitt (Josh Brolin) pokładał w synu wielkie oczekiwania i bardzo często dobitnie uświadamiał mu swoją frustrację w związku z tym, że ich nie spełnia. Gdy chłopak wraca na stare śmieci, na skutek impulsu postanawia pośmiertnie udowodnić ojcu swoją wartość, zanurkować i odszukać jego szczątki - ciała wszak nigdy nie znaleziono. Prawdziwa próba jednak rozpoczyna się w momencie, gdy Jay zostaje połknięty przez gigantycznego kaszalota i uwięziony w jego wnętrznościach.
Śmiechy śmiechami, ale Austinowi Abramsowi, niezależnie od oceny jego talentu (moim zdaniem bardzo wysokiego), należy się spory szacunek za wysiłek, który wkłada w swoje role. Niedługo po zejściu z planu u Zacha Creggera skierował swoje kroki ku Brianowi Duffieldowi, którego dotychczasowy, skromny ilościowo dorobek, jest równocześnie jakościowo interesujący - zaczynając od udanych i pomysłowych "Spontanicznych", kończąc na przeciętnym "Nie ocali cię nikt". Gdy do tego dodamy bycie autorem scenariusza do "Opiekunki" oraz "Miłości i potworów", jawi się obraz dość wszechstronnego twórcy. "Upadek wieloryba" jest zatem kolejną, prawdopodobnie najbardziej spektakularną próbą udowodnienia przez Duffielda światu swoich możliwości.
Zresztą, tak naprawdę, o udowadnianiu swoich możliwości jest cały ten film.
Choć mocno się zapowiadało, że "Upadek wieloryba" zaserwuje nam czysty, nierozcieńczony niczym survival, Duffield wraz z Danielem Krausem (autorem literackiego oryginału i współscenarzystą) są zainteresowani czymś więcej. Tym samym, poza rozgrywającą się w czasie rzeczywistym walką Jaya o życie, otrzymujemy dramat odnoszący się do kwestii żałoby, trudnych relacji międzyludzkich, braku zdrowej komunikacji, czy umiejętności pogodzenia się ze swoim losem. Na papierze brzmi to jak, delikatnie mówiąc, szalona mieszanka. A wiecie, co jest najciekawsze? Że się sprawdza.

Oczywiście pod warunkiem, że widz zrezygnuje z pragnienia stuprocentowej logiki. Już na samym poziomie konceptu "Upadek wieloryba" jest solidnie nagięty, a w trakcie seansie zwłaszcza w paru momentach przewrócenie oczami będzie usprawiedliwione. Zachęcam jednak, by zastosować się do słów "miej serce i patrzaj w serce". Tego organu twórcom zdecydowanie nie brakuje. Retrospekcje, które serwują, w innym filmie może i by męczyły, ale tutaj są cholernie cenne. Z jednej strony dopisują ważny kontekst do charakteru bohatera i tego, jak ukształtowała go relacja z ojcem, z drugiej - służą jako "przypominajki" jego nauk, z trzeciej jeszcze wpisują się w poczucie obłędu i psychicznego rozkładu Jaya, wynikającego ze zbliżającego się widma takiej, a nie innej śmierci.
Choć w trakcie zmagań z wielorybimi wnętrzności Mitt nie jest fizycznie obecny, nie musi - jest przede wszystkim w głowie głównego bohatera. Relacja między nimi jest napisana w sposób świetny, zniuansowany i naprawdę chwytający za serce. Jay, w porównaniu do sióstr, nie może pochwalić się słodkimi wspomnieniami odnośnie ojca - choć chciał, by było inaczej, zaznał z jego strony przede wszystkim bólu, upokorzeń, obniżenia poczucia własnej wartości, co skłoniło go do wyjazdu i odsunięcia się od rodzica. Mitt rzeczywiście roztacza wokół siebie aurę toksycznego człowieka, surowego bardziej niż potrzeba, a także na swój sposób odklejonego, mentalnie będącego cały czas na morzu. Duffield i Kraus nie usprawiedliwiają słów i czynów mężczyzny, nie rozgrzeszają go ani nie każą zrozumieć, ale wraz z rozwojem scenariusza uczciwie pokazują, że jego postawa ma swoje istotne podłoże.

Żeby jednak nie było, że "Upadek wieloryba" tylko wzrusza zamiast obrzydzać - co to, to nie. Duffield serwuje tu festiwal atrakcji w postaci różnej maści płynów, wydzielin, kwasów, ścian zbudowanych z mięśni czy innych narządów wewnętrznych zwierzęcia. Na poziomie scenograficznym i generalnie wizualnym wykonano tu kapitalną robotę. To nie jest National Geographic, a okropnie klaustrofobiczny klimat w żywej pułapce, której ściany są obślizgłe, dziury zamykają się i otwierają, a w międzyczasie zyskuje ona nowych lokatorów w postaci najróżniejszych stworzeń. Kałamarnica, meduzy, co natura da - wszystko w służbie body horroru. Momentami naprawdę trudno patrzeć i nie odwracać wzroku. Należy jednak patrzeć i podziwiać główny aktorski duet tego filmu.
Austin Abrams w krótkim czasie awansował do miana jednego z najciekawszych aktorów urodzonych po 1990 roku, a swoją rolą w "Upadku wieloryba" znów potwierdza, że to miano nie wzięło się znikąd. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy nie zaserwował tu swojej najlepszej roli z cyklu "chłopak w opałach". Choć koło połowy jego ekspresji to gra przerażonymi oczami, krzyk, ryk, charczenie, rzężenie i próby złapania oddechu, aktor doskonale przeprowadza nas przez etapy postawy swojego bohatera. W trakcie pobytu w środku wieloryba Jay jest na zmianę pełen strachu, zrezygnowany, waleczny i pozbawiony nadziei. Oddanie wiarygodnie tych wszystkich stanów, sporadycznie przeplatane ponurym humorem to nie lada sztuka, a Abrams udźwignął to wyzwanie i znów uniósł na swoich barkach niemal cały film. Paradoksalnie, im gorzej jest z jego bohaterem, tym więcej ciekawego aktorstwa nam serwuje.
Nie udało by się jednak osiągnąć w pełni tego efektu, gdyby nie partnerstwo Josha Brolina, wcielającego się w Mitta.
Ojciec Jaya to postać w kluczu pasującym aktorowi od dawna - wyrazisty twardziel, który nie potrafi się przyznać, że w środku ma pokłady ciepła. W "Upadku wieloryba" trudno mieć procent sympatii do tego bohatera. Brolin o tym wie i wypada bardzo wiarygodnie, gdy musi zagrać jego najbardziej odpychającą wersję, być surowym, szorstkim, wierzącym w wychowanie twardymi słowami i ideami, ojcem. Fantastycznie wykorzystuje też pięć minut, w trakcie których ma za zadanie nie wymazać winy swojej postaci, a ją uczłowieczyć. Chemia pomiędzy Abramsem a Brolinem jest fantastyczna, a scena ich konfrontacji na łodzi autentycznie mnie wzruszyła.

"Upadek wieloryba" zdecydowanie jest jednym z najbardziej pozytywnych filmowych zaskoczeń 2026 roku. Absurdalny i szalony koncept ewoluował w intensywną psychologicznie, poruszającą historię, nie tylko o facecie uwięzionym w kaszalocie. Brian Duffield, w tylko sobie znany sposób, przyniósł nam unikalne, refleksyjne, wrażliwe, emocjonujące oraz emocjonalne kino, które rozlicza się z żałobą. Na papierze to nie miało prawa zadziałać, ale na szczęście wielki ekran zadecydował inaczej.
"Upadek wieloryba" już w kinach.
Czytaj więcej w Spider's Web:
- Nicolas Cage jeszcze nic. Do Detektywa dołącza Banderas
- Zabij ich, mamusiu. Crystal Lake - recenzja brutalnej nowości HBO Max.
- Najlepsze filmy na jesień. Przeglądamy wspaniałe nowości
- Batman 2 będzie świetny. Ta zmiana gwarantuje jakość
- Nie wierzyłam, że to będzie tak dobre. Rozważna i romantyczna - recenzja
W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.