Całkiem niedawno na ekrany kin trafiła adaptacja powieści Colleen Hoover, która udowodniła, że przy odrobinie talentu twórczego da się stworzyć coś więcej, niż tysięczny, na siłę sentymentalny, pusty w środku produkt. Źródłem mojej ciekawości względem kolejnego filmu z tej półki był podtytuł "Verity" - "coraz większy mrok". Obietnica spisana na papierze w rzeczywistości okazała się niekoniecznie aż tak atrakcyjna, choć do tragedii również tej historii daleko.

Blake Lively, Maika Monroe, Dave Franco, Willa Fitzgerald, Tyriq Withers, Mckenna Grace, Mason Thames - to jak dotychczas najgłośniejsze nazwiska, które firmowały projekty przenoszące na wielki ekran książki Colleen Hoover. Trudno mówić na ten moment o wielce udanych efektach - choć ostatnie "Reminders of Him" było póki co najlepszym tytułem z półki, w żadnym z przypadków nie dało się mówić o pełnej satysfakcji. Tym razem zatrudniono osoby z najwyższej jak dotąd półki - odbijającą się od warsztatowej miałkości Dakotę Johnson, wszechstronną i walczącą w tym roku o Oscara Anne Hathaway i znów będącego na aktorskim świeczniku Josha Hartnetta. Czy to pomogło?
Verity. Coraz większy mrok - recenzja filmu. Dom grozy
Lowen Ashleigh (Dakota Johnson) ma talent, aspiracje, ale los sprawia, że jej książki nie cieszą się ogromną popularnością, a fani nie zabijają się o miejsca na spotkania autorskie. W jednym z gorszych momentów swojego życia dostaje intratne zlecenie i zarazem szansę na radykalną zmianę - ma bowiem zostać ghostwriterką, dokończyć i napisać książki rozpoczęte przez sparaliżowaną po wypadku Verity Crawford (Anne Hathaway), jedną z najbardziej poczytnych autorek w branży. Choć dla Lowen nie jest to marzenie, perspektywa nowego startu i hojnego zarobku wygrywa, w związku z czym główna bohaterka trafia do rezydencji Crawfordów. W trakcie gromadzenia materiałów odkrywa napisany przez Verity manuskrypt, który rzuca nowe światło na życie jej, a także męża kobiety, Jeremy'ego (Josh Hartnett).
Za "Verity. Coraz większy mrok" odpowiada Michael Showalter - postać, dla której opowiadanie historii z uczuciami w tle to w pewnym sensie chleb powszedni - dostarczył światu urocze "Cześć, mam na imię Doris", błyskotliwe "I tak cię kocham", chwytające za serce "Uwaga, spoiler!", nienajgorsze "Na samą myśl o Tobie", a spoza tego gatunku na jego konto wpływają również oscarowe "Oczy Tammy Faye" i również nagrodzona "Zepsuta krew", serial o Elizabeth Holmes z Amandą Seyfried. Reżyser zatem jest kimś, kto nie tylko umie pracować z wielkimi gwiazdami, nie ogranicza się do jednego gatunku, ale przede wszystkim wie jak sprawnie opowiadać ciekawe historie.
Z pewnością "Verity. Coraz większy mrok" nie można zarzucić, że nie jest filmem ciekawym.
Zwłaszcza, że za scenariusz odpowiada Nick Antosca, który jeszcze niedawno dowiózł "Przylądek strachu", serialowe arcydzieło, jeśli chodzi o dreszcz dyskomfortu. Niejednokrotnie w historii opowiadanej przez niego i Showaltera czuć umiejętnie budowane napięcie (m.in. dzięki solidnej jak zwykle muzyce Volkera Bertelmanna) i intrygę rozrysowaną tak, by igrać z perspektywą widza. Dziewczyna z aspiracjami, dobry i opiekuńczy mąż, sparaliżowana i poszkodowana żona - od tego się zaczyna, a z każdym kolejnym krokiem wykonanym przez główną bohaterkę trudno postrzegać rzeczywistość tak samo, jak na początku.
W tej historii jest wiele składników, które wystarczyłyby do stworzenia dobrego filmu, ale ilość niekoniecznie równa się jakości. Dopóki "Verity" trzyma w niepewności, igra z tym, co myślimy, dopóty całkiem się sprawdza. Zwłaszcza, że trójka głównych bohaterów stopniowo swoje sekrety i pragnienia, co długo działa jako fundament do aury thrillera. Wiemy, że Lowen chce od życia więcej, Jeremy to mężczyzna z cyklu "zbyt dobry, by był prawdziwy", a sama tytułowa bohaterka okazuje się kimś dalece innym od utrwalonego obrazka. Każde z tej trójki jest skrojone tak, byśmy nie byli w pełni przekonani do ich prawdziwych intencji.

Twórcy na poziomie wątków idą jednak na całość, w związku z czym mamy tutaj takie motywy jak konflikt prawdy z fikcją, gra pozorów, manipulacje najbliższymi, relacja autora z czytelnikiem, czy najciekawiej rzucający światło na fabułę aspekt związany z macierzyństwem - a wszystko to przefiltrowane jeszcze przez erotyczną atmosferę, która wnosi najmniej, ale przynajmniej jest nienajgorzej nakręcona. Nie mam wątpliwości co do tego, że zabrakło tu większej odwagi, by np. pójść bardziej w klimat horroru - zamiast tego ograniczono się raczej do paru konwencjonalnych scenek, które po prostu są, ale nie dają odczuć realnej grozy, tego przerażającego dreszczyku, nie wprawiają w poczucie balansowania na psychicznej granicy.
To, co zaczyna się jako interesująca psychologiczna gra wkraczająca w rejony paranoi, w końcu staje się chaotycznym, kiczowatym i mającym na bakier z logiką zbiorem scen.
Twisty są naraz absurdalne i przewidywalne, niektóre momenty po prostu zbędne. Po pewnym czasie widz orientuje się, że Lowen na przestrzeni filmu praktycznie nie wykonuje żadnej pracy poza czytaniem manuskryptu (tylko raz dostajemy sygnał, że bohaterka pisze). Showalter i Antosca nie dają też zbyt wiele okazji, by widz uwierzył, że ta postać jest faktycznie dobra w tym co robi (poza kilkoma banałami rzuconymi w dialogach). Ponadto, film w pewnym momencie informuje nas, że Lowen nie ma dobrego stosunku do twórczości Verity, ale w dalszej części nic z tym nie robi, a to mogłoby wprowadzić naprawdę niezłą dynamikę. Podobnych, mających potencjał, niepociągniętych gałęzi tej historii, jest sporo. Słowem - twórcy zaczynają nieźle, do pewnego momentu umiejętnie mieszają w kotle, ale w końcu chaos bierze górę.
Choć sama historia potrafi zawodzić, aktorzy podnoszą jej poziom, sprawiając, że jest znacznie bardziej "zjadliwa". Dakota Johnson niestety wraca do swojej ery bezobjawowego, płaskiego i absolutnie niezręcznego aktorstwa, choć będę minimalnie adwokatem diabła - w "Coraz więcej mroku" zdaje się w ten sposób stapiać ze swoją postacią, skrojoną podobnie. Anne Hathaway jest na takim etapie kariery, że zapewne nie musiała grać w tym filmie. Wychodzi jej to jednak na dobre - całkiem udanie kreuje charyzmatyczną postać, która do perfekcji opanowała manipulowanie prawdą.

Hathaway udanie wypada również w scenach bardziej fizycznych - zwłaszcza tych, w których gra sparaliżowaną, nieruszającą się bohaterkę i musi coś przekazać swoją wycieńczoną twarzą. Z całej trójki najlepiej wypada jednak Josh Hartnett, któremu do twarzy z postaciami z półki o nazwie "czarujące, ale trudno zaufać na 100%". Aktor ma w sobie trudny do podważenia urok osobisty, który w filmie Showaltera działa perfekcyjnie - nie jest nachalny, ale równocześnie pozostawia pewne znaki zapytania. Ta naturalność w kreowaniu niejednoznacznej do samego końca postaci jest największym atutem Hartnetta.
"Verity. Coraz większy mrok" to jeden z tych filmów, które mają solidny punkt wyjściowy, udanie idą jego śladem, by ostatecznie potknąć się tak wyraźnie, że dalsza droga traci na ciekawości. Nie jest to najgorszy film, który stworzono na bazie twórczości Colleen Hoover, ale do miana najlepszego również mu daleko.
"Verity. Coraz większy mrok" w kinach.
Czytaj więcej:
- Netflix zrobił genialną adaptację. Na wschód od Edenu - recenzja
- Takiej Carrie nie widzieliście. Serial Prime Video jest genialny
- Będzie nowy serial o Spider-Manie. Ekranizują najdziwniejszy komiks
- Lupin wreszcie wraca na Netfliksa. To były długie 3 lata
- Nowego Mindhuntera nie będzie. Fincher mówi „dość” Netfliksowi
W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.