REKLAMA

Takiej Carrie nie widzieliście. Serial Prime Video jest genialny

Pewne w życiu są śmierć, podatki, niechęć Jana Urbana do Karola Czubaka oraz popyt na adaptowanie twórczości Stephena Kinga. Pierwszy raz, drugi, czy trzeci - limitów nie ma. Wie o tym Mike Flanagan, którego "Carrie" jest już czwartym filmowym podejściem do materiału źródłowego. Powiem to wprost: mistrz horroru powraca z hukiem i klasą.

OCENA :
9/10
carrie serial recenzja flanagan
REKLAMA

Stephen King ma na koncie jeszcze trochę tytułów, które nie doczekały się wersji filmowej lub serialowej. Mądre głowy z Amazona wiedzą jednak, że dobrze się sprzedaje to, co jest znane, toteż nie powinno nikogo dziwić, że zdecydowano się na ponowne wejście do tej samej rzeki o nazwie "Carrie". Po Brianie de Palmie, Davidzie Carsonie i Kimberly Peirce przyszła kolej na Flanagana, który jak mało kto potrafi się poruszać po horrorowym gatunku i jest prawdziwym gwarantem wysokiej jakości. To absolutny fachura, który niejeden serial w konwencji grozy stworzył, Kinga też już adaptował, był zatem naturalnym kandydatem, by i tu stanąć za sterami. Nie jestem więc zdziwiony tym, że jego spojrzenie na klasyka o dziewczynce z mocami telekinetycznymi i jej przemocowej matce, to najlepsze, co dotychczas powstało w "Carrieversum".

REKLAMA

Carrie - bezspoilerowa recenzja serialu. Stephen King w erze Instagrama

Carrie (Summer H. Howell) jest wychowywana samotnie przez bardzo religijną matkę, Margaret (Samantha Sloyan). Dziewczyna żyła dotychczas tak naprawdę poza systemem, w zupełnej izolacji od świata zewnętrznego. Sytuacja zmusza obie do zaadaptowania się i zagrania nowych ról: Margaret musi pójść do pracy, Carrie zaś - do prawdziwej szkoły. Dla dziewczyny to ogromne zderzenie z nową rzeczywistością, równie ekscytujące, co przerażające. Szybko przykuwa uwagę popularnych uczennic - Sue (Siena Agudong) i Chris (Alison Thornton). Podczas gdy pierwsza ma wyrzuty sumienia z powodu tego, jak traktowana jest Carrie, druga znacznie bardziej bezwzględnie wykorzystuje jej aspołeczność. Im bardziej główna bohaterka przekonuje się o okrucieństwie otoczenia, tym bardziej uświadamia sobie swoje wyjątkowe zdolności.

REKLAMA

Mike Flanagan to twórca znany z tego, że ze swadą opowiada historie z dreszczykiem, a prawidła horroru wykorzystuje do opowiadania głębokich historii. Paradoksalnie "Carrie" jest serialem, który najrzadziej, odkąd pamiętam, korzysta z instrumentów kina grozy. Znacznie większy nacisk kładzie na psychologiczny terror, któremu coraz mocniej podlega główna bohaterka - z jednej strony przez postępowanie swojej matki, z drugiej zaś w dużej mierze przez rówieśników, którzy w mniej lub bardziej subtelny sposób dają jej do zrozumienia, że jest zacofanym, nieprzystającym do nich dziwadłem. 

Błędem byłoby jednak gatunkowe szufladkowanie serialu Prime Video. "Carrie" bowiem jest na tyle sprawnie poprowadzoną produkcją, że wywołuje satysfakcję na wielu frontach. Jako, że nie mogę wdawać się w dokładne szczegóły co do tego, jak wygląda fabuła serialu, pozwolę sobie na stwierdzenie, że Flanagan znów pokazał, że nie jest tylko magikiem od horroru i umie w złożony sposób opowiadać o innych aspektach wydarzeń. Nie spodziewałem się aż tak bardzo, że dostaniemy "dziewczyńską" (w jak najlepszym znaczeniu), młodzieżową historię o dojrzewaniu, rozpaczliwym poszukiwaniu sprawczości w obliczu indolencji dorosłych, czy wprost - o młodej kobiecie, którą łatwiej było wyśmiać i zlinczować, niż spróbować zrozumieć.

Coś takiego mogłaby nakręcić Emerald Fennell, gdyby nie wyszła z formy po "Obiecującej. Młodej. Kobiecie".

Tym razem, w przypadku "Carrie" dostaliśmy wersję serialową, podzieloną na 8 odcinków. Początkowo nie byłem pewien słuszności tego kierunku, ale moje wątpliwości zostały prędko obrócone w proch. Uświadomiłem sobie, że z filmów najmocniej pamiętam to, że główna bohaterka była prześladowana, a jej matka to diaboliczna dewotka - poza tym skrawki, strzępy. Serial, choć szanuje szkielet tej opowieści, znacznie poszerza perspektywę, wyposaża historię w znacznie więcej niejednoznaczności, wydarzeń i emocji, które utrudniają ocenę postaci. Gdybym miał porównać ten styl narracji z czymś innym, najbliżej byłoby mi chyba do "Fiordu" Cristiana Mungiu, który nie zmusza, byśmy lubili bohaterów, ale zachęca do spojrzenia na sytuację ich oczami. 

REKLAMA
Josie Totah i Alison Thornton - kadr z serialu "Carrie"

Flanagan obudowuje swoje postaci dodatkowymi znaczeniami, za ich pomocą komentuje m.in. kondycję współczesnej Ameryki, instytucjonalną słabość, czy system edukacji, który zamiast stanowić bezpieczną przestrzeń, przyzwala na przemoc. Reżyser daje sporą przestrzeń do tego, by zaistniały też inne postacie poza "główną dwójką". To nie jest bowiem wyłącznie serial o Carrie i jej matce - otoczenie bohaterek, jego członkowie, a zwłaszcza kilka postaci, odgrywa szczególną rolę w tej opowieści. Rozbicie jej na odcinki pozwala zrozumieć (nie usprawiedliwić) ich sytuacje, postawy, zniuansować je w sposób znaczący.

W roli Carrie obsadzono Summer H. Howell. Młodziutka aktorka nie jest nowicjuszką w branży, a rolą u Flanagana potwierdza, że potrafi unieść na swoich barkach tak wielką główną rolę, wytworzyć aurę dziewczyny z jednej strony chrobliwie wyizolowanej od "tego, co ludzkie", z drugiej - ciekawej świata, chcącej poznawać to, co ma on do zaoferowania. Howell już na poziomie prezencji odnajduje się jako zagubiona, głodna wiedzy nastolatka, odstająca od innych, a jej aktorstwo uwiarygadnia wszystko, co chce nam "sprzedać" - dobroć, serdeczność, strach, ból, wściekłość. To fantastyczna, wiarygodna i trudna rola, która powinna otworzyć tej dziewczynie drzwi do kolejnych projektów.

REKLAMA
Summer H. Howell - kadr z serialu "Carrie"

Mike Flanagan jest znany z tego, że często angażuje do ról w swoich serialach praktycznie tych samych aktorów. W "Carrie" jest ich niewiele, ale wystarczająco. Jedną z głównych ról powierzono Samancie Sloyan. To jeden z oczywistych i zarazem najdoskonalszych możliwych wyborów do zagrania Margaret White - mało kto, tak jak ona, zaprezentuje się w roli żarliwie pobożnej, tajemniczej, mającej swoją traumę oraz radykalne, bohaterki. Sloyan wychodzi jednak poza ten schemat, nadaje swojej postaci nowych wymiarów, ogrom życia, czasami ciepło, ale najczęściej oschły chłód - i jest w tym zniewalająca, a także nieprzewidywalna. Rola Margaret White była dla niej stworzona. Z innych postaci drugiego planu na pewno wyróżniłbym Alison Thornton w roli okrutnej i głęboko zranionej przez okoliczności Chris, Sienę Agudong, której Sue Snell boryka się z wyrzutami sumienia, Tima Bagleya w świetnej i wzruszającej roli szkolnego pedagoga. Matthew Lillard za to świetnie nadaje się na bezradnego wobec rzeczywistości, ograniczonego formalnościami, dyrektora.

W momentach takich jak seans "Carrie" zapominam o tym, jak często jestem wkurzony na to, że twórcy nie silą się na oryginalność i mielą w kółko te same historie. Mike Flanagan ponownie pokazał, że ze znanego materiału można wycisnąć więcej, niż się wydaje, a przy twórczej zręczności i inteligencji, wznieść się na absolutne wyżyny. Jestem zachwycony tym, co osiągnęli tutaj twórcy i jak złożoną, a zarazem czytelną historię, zaprezentowali.

REKLAMA
Obserwuj nas w Google Discover

Czytaj więcej w Spider's Web:

Adam Kudyba
Redaktor

W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.

REKLAMA
REKLAMA