Marvel poleciał po bandzie. Aby wydać w 2026 r. serial, w którym głównym bohaterem jest AI, trzeba było mieć cojones. A siadło znakomicie. VisionQuest - recenzja.

Do serwisu Disney+ trafią lada moment pierwsze odcinki serialu „VisionQuest”, który jest drugą kontynuacją kultowego już „WandaVision”. Showrunnerem produkcji został Terry Matalas mający w dorobku takie hiciory jak nowa interpretacja „12 małp” w odcinkach oraz przepiękne zakończenie „Picarda” w uniwersum „Star Treka”, więc wiedziałem, że będzie dobrze. Nie spodziewałem się natomiast, że AŻ TAK.
VisionQuest to dwa seriale w jednym, ale o tym samym
Co to znaczy „być człowiekiem”, czy maszyna może mieć duszę i czy jesteśmy jedynie sumą naszych wspomnień? Twórcy starają się odpowiedzieć na te i inne egzystencjonalne pytania, stawiając w centrum syntezoida Visiona w wersji 2.0 (w roli ponownie Paul Bettany). Serial dobitnie przy tym podkreśla, iż nie jest to dokładnie ten sam bohater, który należał do Avengersów i zginął z ręki Thanosa.
Android powrócił do świata żywych za sprawą agencji S.W.O.R.D., która odbudowała jego mechaniczne ciało, a dzięki magii Wandy Maximoff nowa wersja odzyskała wspomnienia jej ukochanego. Nie sprawiło to jednak, że stary Vision wrócił. Nowa, biała inkarnacja tej postaci żyje zaś nie tylko zewnętrznie, ale i wewnętrznie, a my spędzamy czas zarówno w prawdziwym świecie, jak i w jego głowie.
W mechanicznej głowie jest harmider, bo Vision skopiował do swojej pamięci inne sztuczne inteligencje Stark Industries na czele ze starszym bratem Jarvisem, młodziutką i narwaną Edith oraz stateczną Friday. W jego mechanicznych trzewiach jest też ostatni fragment jego syntetycznego quasi-ojca, czyli… brodatego Ultrona (James Spader). A ten zarówno się zmienił kompletnie, jak i ani o jotę.
Tak zgrabnej zabawy formą w Marvelu jeszcze nie mieliśmy
„VisionQuest” nie jest bynajmniej serialem, który można odbierać w pełni dosłownie. Sceny w głowie Visiona pokazujące narady sztucznej inteligencji to przede wszystkim metafory oraz wizualna reprezentacja procesów informatycznych zachodzących w procesorach syntezoida. Bohaterowie dywagują, a czasem się i kłócą, rzucając mimochodem onelinery typu „nie przegrzej sobie obwodów”.
Nie wiem co prawda, czy wszystkie żarty, w tym i dwuznaczne, wybrzmią w polskiej wersji, gdyż oglądałem jak na razie pierwsze 5 odcinków w wersji anglojęzycznej, ale oryginalna ścieżka językowa sprawiła, iż uśmiechałem się od ucha do ucha. Dialogi bywają cheesy, ale w lwiej części przypadków albo wywołują radość, albo skłaniają do filozoficznych przemyśleń. Zachowano tutaj dobry balans.
Serial wygląda fenomenalnie, a kolorowa scenografia jest sama w sobie bohaterem. Scena hakowania, w której Vision i Ultron udają ludzi oraz muszą rozwiązać test CAPTCHA, jest moją ulubioną. To w niej mamy moment, gdy programy proszą bohaterów o hasło, a po nieudanych próbach wyciągają coraz większe gnaty strzelające malware’em. Istna wiśnia na wirtualnym torcie.
Serial ogląda się trochę jak interakcję pomiędzy kilkoma LLM-ami z tego naszego świata, gdzie każdy agent ma swoje zadania do wykonania. Zdarza się, że halucynują, ale walczą, by poradzić sobie z prawidłową interpretacją rzeczywistości. Vision z kolei cierpi na kryzys tożsamości - jest przekonany, iż tak jak jego pierwsza wersja żyła, tak on jest jedynie jej cieniem.
A co z tym prawdziwym światem?
Ten nowy Vision po dramatycznych wydarzeniach mających miejsce w Westview, gdzie Wanda Maximoff próbowała go wskrzesić oraz stworzyła magicznie ich dwójkę dzieci, obecnie się ukrywa. Pech jednak chciał, że na jego trop wpada tajemniczy łowca nagród nazywany Paladynem, co wygodnie sprawia, iż syntezoid nie ma dostępu do 100 proc. swoich możliwości, dodając produkcji niezbędnego suspensu.
Na drodze Visiona pojawia się młody chłopak, Thomas Shepard (Ruaridh Mollica), który myśli, że zwariował: wydaje mu się, iż przeżył dwa życia, w tym jedno w Westview jako Tommy Maximoff. Jako widzowie wiemy, że faktycznie jest dzieckiem Wandy, tak jak zresztą Billy z serialu „To zawsze Agatha”, będącego pierwszą z kontynuacji „WandaVision”, ale bohaterowie muszą się sami z tym fantem uporać.
Po tym, jak wszystkie mniej lub bardziej prawdziwe pionki ustawione zostały już na szachownicy zamkniętej w wirtualnej piaskownicy, przechodzimy do głównej fabuły serialu, a ten pędzi na złamanie karku, dając co rusz kolejne zwroty akcji. I przyznam, że nie mogę się doczekać, aż dotrzemy do finału. Dawno nie było serialu od Marvel Television, który trzymałby widza w aż takim napięciu.
Pierwsze odcinki serialu „VisionQuest”, który krytykom przypadł do gustu, już trafiły do Disney+.
Na koniec dodam, że produkcję nakręcono bardzo zgrabnie i można oglądać ją z marszu, gdyż starym fanom przypomina wszystkie najważniejsze zwroty akcji, a nowym dostatecznie dobrze wyjaśnia dramatis personae. Mamy serię przydatnych flashbacków oraz więcej nawiązań do szerszego MCU niż w kilku ostatnich serialach Marvela razem wziętych. I na coś takiego od dawna czekałem!
Dziennikarz działu technologie, w Grupie Spider’s Web od 2012 r. Ekspert w tematyce Apple'a, który w swoich tekstach skupia się również na telekomunikacji i grach wideo. Jest też felietonistą działu Spider's Web Rozrywka, gdzie prowadzi cykl #Nerdcorner poświęcony komiksom, superbohaterom, Gwiezdnym wojnom i wszystkiemu innemu, co geekowe. Jako nastolatek pisał do czasopisma Bike Action i administrował jego forum, a w latach 2011-2016 współpracował z IDG Poland przy magazynie PC World. Odwiedza najważniejsze branżowe targi na całym świecie, wizytuje plany zdjęciowe i pojawia się jako ekspert w telewizji oraz w radiu. W wolnym czasie jeździ na rowerze i łapie Pokemony, a w sieci używa nicka pgkrzywy.