David Ayer nie jest wszechstronnym filmowcem. Nic zatem dziwnego, że potrzebował dwunastu lat i kolejnej współpracy z Bradem Pittem, by przypomnieć światu - i zapewne sobie samemu - że o ile nie musi mierzyć się z surowymi wymaganiami dużej wytwórni (związanymi, rzecz jasna, z dużym budżetem) czy franczyzową presją, wciąż potrafi nakręcić niezły film. Tym bardziej, jeśli może pochylić się nad określonym, bliskim sercu rodzajem materiału.

Reżyser to specjalista od brutalnego, męskiego kina. Jego największymi atutami są m.in. autentyczność świata, dialogów i męskich relacji, słabością zaś - skłonność do przesady, fascynacji maczyzmem i, przede wszystkim, łopatologicznego podkreślania tego, co chce w swojej twórczości przekazać. Tym razem to nie problem: „W sercu dziczy” z założenia jest kinem nieskomplikowanym, prostota jest w nim wręcz oczekiwana. Dzikie scenerie i naturalnie wynikające ze scenariusza dialogowe ograniczenia przełożyły się na reżyserską wstrzemięźliwość. Jednocześnie całość skupia się wokół tematów szczególnie Ayerowi bliskich.
Brad Pitt portretuje tu Jamesa Belmonta, byłego żołnierza sił specjalnych, który wraz ze swoim emerytowanym psem bojowym Odinem szuka ukojenia w odosobnieniu na Alasce. Pewnego dnia podczas lotu awionetką Belmont przechodzi zawał, wskutek czego rozbija się w dziczy.
Poturbowani partnerzy muszą przebyć pieszo ponad pięćdziesiąt mil, by dotrzeć do najbliższej drogi i cywilizacji. Obaj są naznaczeni wojną i dręczeni przez PTSD; James ma problemy z sercem, a okaleczony Odin ma protezę przedniej łapy. Czeka ich długa, mozolna przeprawa przez nieprzyjazny teren - walka z zimnem, głodem, urazami i dzikimi zwierzętami. Doświadczenie i skromny zapas survivalowego sprzętu niewątpliwie zwiększają ich szanse. Pytanie brzmi: czy w wystarczającym stopniu?
W sercu dziczy - recenzja filmu
Belmont krzywdził i był krzywdzony; stracił wszystkich braci broni, mścił się na tych, którzy zranili jego psa, najbliższego z przyjaciół. W swej niechęci do ludzi postanowił się przed nimi ukryć; niestety natura obeszła się z nim równie brutalnie.
Jak przystało na laurkę wystawioną ludzko-psim przyjaźniom, to właśnie relacja Pitta z psem jest rdzeniem i zdecydowanie najmocniejszym elementem filmu. Ayer umiejętnie sprzedaje więź między Jamesem i Odinem i bez trudu ustanawia ją podstawą całej emocjonalnej siły opowieści. Pitt przez większość filmu praktycznie nie ma zresztą ludzkiego aktorskiego współpracownika - jego głównym partnerem ekranowym jest właśnie pies.
Ayerowi udaje się wykorzystać wiek i ekranową charyzmę gwiazdora, by pokazać bohatera zmęczonego, poranionego i podatnego na fizyczne słabości, a mimo to zdeterminowanego.
To ciekawy kontrast z wieloma dawnymi kreacjami Pitta.
Tym razem każda kolejna przeszkoda naprawdę wiele Jamesa kosztuje i stopniowo coraz bardziej go ogranicza. Aktor potrafi pokazać fizyczną wiarygodność - podobnie zresztą jak zbudować wrażenie prawdziwej chemii między nim a psem. Z kolei Uber, główny odtwórca roli Odina - wspierany przez Rykera, Zikę i Hondo - daje jeden z najbardziej poruszających przykładów psiego aktorstwa, jakie widziałem w życiu. I piszę to z pełną powagą. Czujemy ich zmęczenie, inteligencję i niezachwianą lojalność.
Wojna wraca tu w postaci krótkich sepiowych flashbacków i koszmarów - zrealizowanymi, swoją drogą, w sposób w sposób tani i paskudny, wyrwany wprost z Windows Movie Makera, boleśnie kontrastujący z budzącymi zachwyt i szacunek pejzażami Alaski. Problemem jest też CGI; właśnie dlatego, że reszta obrazu jest tak naturalistyczna, cyfrowe wilki czy niedźwiedź wypadają szczególnie sztucznie - co może wybić z filmu, który stara się zbudować wrażenie przekonującej fizyczności, natury i walki o przetrwanie. Wybaczmy jednak te pojedyncze wpadki; tym bardziej, że pozostałym aspektom reżyserskim i wizualnym nie sposób nic zarzucić, a Ayer istotnie uspokoił i wyciszył swój styl na potrzeby tej historii.
„W sercu dziczy” to opowieść wierna prawidłom gatunku, prosta i schematyczna, ale posługująca się konwencją bardzo skutecznie.
Pewna doza przewidywalności nie uniemożliwia jej przejęcia widza, który nieraz zaciśnie spocone dłonie na fotelowych podłokietnikach. Film - jak wiele klasycznych survivali - opowiada nie o samym przetrwaniu, a o odnalezieniu powodu, by iść dalej; tu wola walki o przeżycie motywowana jest chęcią troski o kogoś, kto troszczy się również o ciebie. Mówi też o konieczności dbania o miłość, pielęgnowania jej w sobie mimo doznanych cierpień, czasem celowych, czasem przypadkowych, które spróbują ją w tobie zabić.
Kolejne dno związane jest z wojenną traumą. Wyprawa dwóch weteranów to nie tylko walka z naturą, ale i z życiem po doświadczeniu wojny. Ayer dotyka tu zatem jednego ze swoich ulubionych motywów: mężczyzn, którzy zostali uformowani przez przemoc, zamkniętą wspólnotę i służbę, a teraz próbują odnaleźć się poza tym światem.
Podkreśla cierpienia życia z PTSD i, co kluczowe, potrzebę opieki i lepszego traktowania weteranów - także tych czworonożnych.
Jest tu niemało sentymentalizmu, który dla jednych będzie zaletą, inni zaś zarzucą Ayerowi ciężką rękę w jego fundowaniu. Ja stoję gdzieś pomiędzy: scenariusz potrafi wzruszyć w sposób subtelny, ale czasami nieco za mocno szarpie za emocjonalne struny. Mimo wszystko: zarezonowało. I zarezonuje z każdym,
kto docenia takie obrazy, które bez patosu i groteski, za to z rozbrajającą czułością portretują prawdziwą więź między człowiekiem a zwierzęciem. Snujące opowieść człowieczeństwie, lojalności i przyjaźni w ich najczystszej formie.
W SERCU DZICZY - w kinach od 25 września.
Czytaj więcej w Spider's Web:
Dla Rozrywka Spider’s Web najchętniej bloguje o branży filmowej, krytycznym (lub pełnym uwielbienia) okiem przyglądając się nowościom na ekranach kin i w serwisach streamingowych. Kinoman, filmoznawca, szczerze miłujący zarówno arthouse, jak i naszpikowane akcją popcorniaki. Niemal cały swój czas wolny poświęca kulturze w najróżniejszych jej formach. Wciąż dokształca się filmoznawczo; o sztukach wizualnych pisze od lat, początkowo raczej hobbystycznie, a od dłuższego czasu – zawodowo. Gościł w Radiowej Czwórce czy telewizji publicznej; można go było przeczytać m.in. w miesięczniku „Kino”, „Nowej Fantastyce” czy na łamach innych serwisów (recenzje, felietony, newsy, wywiady).