Nowe fantasy od Amazona uciera nosa wszystkim ludziom małej wiary. Można było przypuszczać, że "Władcy Wszechświata" to projekt skazany na porażkę. A jednak, stojącemu za kamerą Travisowi Knightowi udało się przywołać potęgę Posępnego Czerepu.

Wśród wieu rzeczy, które "Władcy Wszechświata" robią naprawdę dobrze, jedna wychodzi im doskonale. Jeszcze w żadnym filmie Jared Leto nie był aż tak znośny. Wszystko przez to, że twórcy schowali jego twarz pod maską CGI, a nawet komputerowo zmienili mu głos. Dzięki cyfrowym zabiegom irytujący gwiazdor nawet nieźle sprawdza się jako Szkieletor. Zamiast łapać się za głowę przy jego wyegzaltowanej grze aktorskiej, już na początku można wręcz parsknąć, gdy jako czarny charakter wścieka się na swoich ludzi, bo nie wyłapali apogeum jego złowieszczego śmiechu. Film nie podchodzi bowiem do siebie zbyt poważnie.
Mówimy przecież o opowieści na podstawie zabawek, których mitologię Mattel początkowo budował, dorzucając do nich minikomiksy. Idea całego uniwersum "Władców Wszechświata" sprowadza się więc do frajdy. Ma ona płynąć z tego, że napakowany mięśniak w kusym stroju spuszcza złolowi łomot ku chwale Eternii. Mogliśmy o tym zapomnieć, bo ostatni raz z He-Manem i jego ziomkami mieliśmy do czynienia parę lat temu za sprawą animowanych Netfliksa. W "Objawieniu" i "Rewolucji" Kevin Smith zadbał, aby znani nam bohaterowie stali się dojrzalsi, a sama historia okazała się znacznie bardziej mroczna. Chciał po prostu dostosować seriale do starszego widza. Stojącemu za kamerą aktorskiego filmu Travisowi Knightowi zależy już tylko, żeby ci starsi widzowie poczuli się jak dzieci, a ich dzieci dostały porządną dawkę rozrywki.
Władcy Wszechświata - recenzja filmu fantasy
Knight otwarcie wraca do korzeni "Władców Wszechświata". A raczej do czasów, kiedy w sobotnie poranki amerykańskie małolaty tłumnie zasiadali przed telewizorami, aby ekscytować się kolejną rundą walki o Eternię i usłyszeć na koniec, że rodziców trzeba bezwzględnie słuchać. Reżyser nasącza swoją opowieść samoświadomością, zachowując przesadzony, naiwny styl kultowej kreskówki z lat 80. Może nie ma tego całego kampowego obłapiania umięśnionych męskich torsów, ale wszystko inne - z teatralnością na czele - pozostaje na swoim miejscu. Co więcej, reżyser nie wskazuje na to palcem, mówiąc "patrzcie, jakie to było głupie", tylko za tym tęskni. Dlatego, gdy główny bohater pyta, czemu Szkieletor jest zły, w odpowiedzi słyszy: ma czaszkę zamiast głowy. Tyle. Żadnych psychologicznych niuansów, żadnego tłumaczenia motywacji. TYP MA CZASZKĘ ZAMIAST TWARZY. Czego więcej potrzebujecie?
To oczywiście prztyczek w stronę współczesnych blockbusterów, które aż nadto tłumaczą zachowania czarnych charakterów. Widz słucha potem takiego Thanosa i do momentu aż wrzuci Gamorę w przepaść, zastanawia się, czemu właściwie Avengersi z nim walczą. Nie mówi przecież tak całkiem od rzeczy. We "Władcach Wszechświata" Knight od razu stawia sprawę jasno i oddaje się niczym nieskrępowanej zabawie. W przeciwieństwie do odpowiadającego za pierwszą aktorską adaptację zabawek firmy Mattel Gary'ego Godarda w tym wypadku reżyser dobrze wie, czym chce, żeby była jego opowieść.
We "Władcach Wszechświata" He-Man wraz z kompanami przenoszą się na Ziemię, gdzie walczą z kalifornijską policją i wysłanymi za nimi oddziałami Szkieletora, próbując jednocześnie dostać się do Eternii. W nowym filmie książę fantastycznego świata imieniem Adam też trafia na naszą planetę, ale jeszcze jako niemrawy dzieciak. Staje się zblazowanym korposzczurem i marzy o odnalezieniu zgubionego miecza, mającego umożliwić mu powrót do domu. Tylko tutaj jest to zaledwie punkt wyjścia, a nie próba zmiany wesołej, kolorowej opowieści w bardziej poważne fantasy z bohaterami ganiającymi po ekranie w gumowych kostiumach.
Aczkolwiek! Warto zauważyć, że Knight nie odcina się całkowicie od poprzedniej aktorskiej wersji "Władców Wszechświata". W filmie z 1987 roku w główną rolę wcielał się Dolph Lundgren, którego i tym razem zobaczymy na ekranie. Przy pierwszym spotkaniu mówi nawet Adamowi, że zajął jego miejsce. Pytany o radę odpowiada: uwierz w siebie. Bo to właśnie jest przesłanie całej opowieści. Żeby wierzyć w siebie. Eternia staje się w tym wypadku marzeniem, fantastycznym światem, gdzie uwalnia się cały nasz potencjał. Zabawne, że w filmie droga do niej rozpoczyna się od rzucenia pracy - miejsca, jak znacznie później stwierdzi Szkieletor, pełnego upokorzeń i poniżeń.
Gdy stosunkowo szybko, bo jeszcze w pierwszej godzinie seansu, przenosimy się do Eternii, Adam próbuje jeszcze korzystać z nabytego w HR-ach doświadczenia. Chce rozmawiać ze złolami i przemówić im do rozsądku. Zawsze i tak musi jednak wyciągnąć miecz i przywołać potęgę Posępnego Czerepu, gdyż każdy z przeciwników rozumie jedynie język przemocy. Pod tym względem "Władcy Wszechświata" są wręcz antywoke. Knight symbolicznie pokazuje zmianę we wzorcach męskości, aby zaraz hołdować toksycznym zachowaniom oldschoolowych twardzieli. Jednym z nich jest dawny zbrojmistrz Duncan, który nawet uczuć nie potrafi nazwać. W jednym z najzabawniejszych dialogów, określa je mianem "tego, co mamy w środku".
Być może przemyślenia na temat męskości, jak i wszystkiego innego, "Władcy Wszechświata" podają za bardzo wprost. Czarodziejka pod postacią ptaka mówi Adamowi, że moc zawsze tkwiła w nim, a Duncan nakłania Adama do przemocy, bo poeci nie są w stanie stać na straży dobra. Film nie lubi niedomówień ani sugestii. Swoim przesłaniem woli walić nas po głowie jak łopatą. I byłoby to poważnym faux pas, gdyby Knight próbował z tego wycisnąć choć odrobinę więcej emocjonalności. Na szczęście nie ma na to czasu.
"Władcy Wszechświata" nie są kinem magii i miecza. Znaczy, magia i miecz odgrywają w nim istotną rolę, ale do tego dochodzą lasery, roboty bojowe, człowiek peryskop, ślizgacze i statki kosmiczne. Słowem: perfekcyjny mariaż fantasy i science fiction. To kino totalnego ekscesu i widowiskowych atrakcji, upchniętych w orgii efektów specjalnych. Widać, że to wszystko zostało wygenerowane w komputerze i ten w pełni cyfrowy gadający tygrys Płoszek za tydzień może już nie wyglądać tak dobrze. Mimo to łatwo kupić tę całą umowność, gdy bohaterowie ścigają się i walczą w rytm rockowej muzyki, jakby chcieli zbić piątkę z Flashem Gordonem.
"Władcy Wszechświata" to oczywiście hollywoodzki wyrób do popcornu. Tylko takiego dużego. Słona przekąska wchodzi przy nim jak złoto. Jest to o tyle zaskakujące, że produkcja przeszła bardzo wyboistą drogę. Jeszcze w 2009 roku robiło ją Sony, a parę lat temu zajmował się nią Netflix. W końcu prawa trafiły do Amazon MGM Studios, więc nie zdziwcie się, gdy na ekranie pojawi się ciężarówka z logiem Amazona. To twór, który powstał w tabelkach w Excelu. Udało się jednak dokonać takich obliczeń, żeby magii w nim nie zabrakło. Jest jej wystarczająco, aby seans rozbudził nasze wewnętrzne dzieci. Największa potęga tego filmu tkwi więc w tym, że po jego obejrzeniu aż chce się ściągnąć chcieć ściągnąć ze strychu zakurzone figurki i beztrosko się nimi pobawić. Bo wciąż MAMY MOC.
Premiera "Władcy Wszechświata" w najbliższy piątek, 5 czerwca w kinach.
Więcej o fantasy poczytasz na Spider's Web:
- Najlepszy serial fantasy ostatnich lat wraca na Prime Video. Czekam
- Nowy film o He-Manie to wielkie zaskoczenie. Takich opinii się nie spodziewałem
- Najlepsze fantasy Prime Video jednak doczeka się finału. Szybko poszło
- 24 godziny wystarczyły, aby podbić Prime Video. Zrobił to serial fantasy
- Jedno fantasy od Prime Video przebija nawet Koło czasu. Użytkownicy za nim tęsknią
- Tytuł filmu: Władcy Wszechświata
- Rok produkcji: 2026
- Czas trwania: 240 minut
- Reżyser: Travis Knight
- Aktorzy: Nicholas Galitzine, Camila Mendes, Idris Elba
- Nasza ocena: 7/10



















