REKLAMA

Widzowie Lockerbie nie wiedzą, że katastrofie powstał znacznie lepszy serial

Brytyjski miniserial „Zamach nad Lockerbie” okazał się hitem na Netfliksie. Subskrybenci oglądają go - póki co - na potęgę. I nic dziwnego: opowiada przecież prawdziwą, tragiczną historię. Nie jest jednak produkcją, która podjęła ten temat w najciekawszy sposób.

lockerbie netflix skyshowtime

Nie chcę być źle zrozumiany: „Zamach nad Lockerbie” to udany serial. Jego twórcy wyszli z pewnego założenia, które konsekwentnie realizowali - i ja to szanuję, choć zarazem nie mogę powiedzieć, by była to forma w moim odczuciu angażująca.

Przypomnę, że punktem wyjścia jest tragedia z 21 grudnia 1988 r. Boeing 747 linii Pan Am, lecący z Londynu do Nowego Jorku, eksplodował nad szkockim Lockerbie. Zginęły wszystkie 259 osoby znajdujące się na pokładzie oraz 11 mieszkańców miasteczka, na których spadły szczątki samolotu. W sumie ofiar było 270. Skala katastrofy sprawiła, że Lockerbie stało się absurdalnie olbrzymim miejscem zbrodni, a jej konsekwencje przez lata wykraczały daleko poza tytułowe, niewielkie szkockie miasteczko.

Zamach nad Lockerbie - Netflix

Serial obejrzysz tutaj:

Autorzy nie próbują robić z „Zamachu” sensacyjnego thrillera ani budować narracji wokół kolejnych efektownych zwrotów akcji. Katastrofa jest tu punktem wyjścia do imponującej, wiernej rekonstrukcji tego wielkiego, mozolnego, wielowątkowego i wieloletniego śledztwa, walki o ustalenie przyczyn i znalezienie winnych.

Serial nie opowiada tej historii z perspektywy jednego bohatera, tak jak robił to zrealizowany w podobnym czasie tytuł, nad którym zaraz się pochylimy. Tam centrum stanowił Jim Swire, ojciec jednej z ofiar, który przez dekady próbował podważyć oficjalną wersję wydarzeń. Nowsze dzieło skacze natomiast od postaci do postaci. Uczciwie przygląda się kolejnym trybikom tej proceduralnej machiny. Niestety, bohaterowie sporo na tym tracą. „Zamach” nie ma bowiem czasu, by zbudować choć jednego pełnoprawnego, przekonującego człowieka z krwi i kości. Daje nam raczej symbole, które, zamiast wiarygodnych dialogów, wypluwają z siebie raczej chłodne, ekspozycyjne informacje redukujące niewiedzę widza. Przez to, niestety, serial często traci indywidualny, emocjonalny wymiar.

Idąc dalej: „Zamach nad Lockerbie” znakomicie odpowiada na pytania dotyczące tego, jak prowadzono śledztwo i w jaki sposób krok po kroku dochodzono do kolejnych ustaleń, ale znacznie gorzej radzi sobie z pytaniem, co właściwie oznaczała ta tragedia. Twórcy sygnalizują jej polityczne i społeczne konsekwencje, wspominają o zmianach w bezpieczeństwie lotniczym i międzynarodowym wymiarze sprawy, ale nigdy nie rozwijają tematu, nie nadają mu głębi. W efekcie otrzymujemy przede wszystkim bardzo sprawną rekonstrukcję wydarzeń, bez równie mocnej refleksji nad ich znaczeniem.

No i największy problem tytułu: tempo. Ten miniserial nie szuka taniej sensacji, co niewątpliwie można uznać za plus. Stara się być uczciwy i rzetelny. Z drugiej strony: w pewnym momencie staje się męczący. Rozwleka sprawę na sześć długich odcinków, zarzynając dramaturgię i, niestety, przynudzając. Całości niewątpliwie wyszłoby na dobre, gdyby skondensować fabułę w, powiedzmy, czterech epizodach. Przy tym wszystkim pozostaje wartościowym i dobrze zrealizowanym serialem, a jego największą zaletą jest szacunek, z jakim podchodzi do tragedii.

Lockerbie: w poszukiwaniu prawdy - SkyShowtime

Te dwa seriale powstały właściwie jeden po drugim. „Lockerbie: W poszukiwaniu prawdy” również omija skutki i szersze konteksty, jednocześnie oddając sprawiedliwość ofiarom i w podobny sposób podkreślając fakt, że to wszystko wydarzyło się naprawdę, m.in. za pomocą archiwalnych materiałów. Jest jednak przede wszystkim historią Jima Swire'a, ojca Flory Swire, jednej z ofiar zamachu. Colin Firth wciela się w człowieka, który po śmierci córki stopniowo przeobraża się z pogrążonego w żałobie ojca w aktywistę i samozwańczego badacza sprawy. Jego obsesją staje się odpowiedź na pytanie, czy oficjalna wersja wydarzeń jest prawdziwa.

Serial jest więc opowieścią o żałobie, potrzebie sprawiedliwości i niemożności pogodzenia się z brakiem pewnych odpowiedzi. „Zamach nad Lockerbie” patrzy natomiast na tragedię przede wszystkim oczami śledczych. Jeśli zatem mówimy o podstawowej różnicy, to pierwszy serial pyta o to, czy znamy prawdę, drugi zaś o to, jak tę prawdę próbowano ustalić.

„W poszukiwaniu prawdy” jest bardziej osobiste, ma konkretną „twarz”, emocjonalny punkt odniesienia, a zatem: skupia się na psychologii. „Zamach” nie filtruje wydarzenia przez psychologię jednej osoby, a obrazuje całą złożoną mechanikę śledztwa. Jeśli chodzi o mnie, ciekawsza jest zdecydowanie ta pierwsza perspektywa - wciąż mówi nam prawdę o wydarzeniu, a zarazem bardziej zbliża się do człowieka, którego dotknęło. Jasne, w tym przypadku również możemu mówić o nieco zbyt rozwleczonym scenariuszu, ale ostatecznie i tak jest to rzecz bardziej treściwa oraz - siłą rzeczy - absorbująca emocjonalnie.

To dwa solidne, niezłe seriale - ale jeśli nad suche relacjonowanie faktów przekładacie bardziej osobistą optykę, wybierzcie Colina Firtha. 

Czytaj więcej w Spider's Web:

Michał Jarecki
Redaktor

Dla Rozrywka Spider’s Web najchętniej bloguje o branży filmowej, krytycznym (lub pełnym uwielbienia) okiem przyglądając się nowościom na ekranach kin i w serwisach streamingowych. Kinoman, filmoznawca, szczerze miłujący zarówno arthouse, jak i naszpikowane akcją popcorniaki. Niemal cały swój czas wolny poświęca kulturze w najróżniejszych jej formach. Wciąż dokształca się filmoznawczo; o sztukach wizualnych pisze od lat, początkowo raczej hobbystycznie, a od dłuższego czasu – zawodowo. Gościł w Radiowej Czwórce czy telewizji publicznej; można go było przeczytać m.in. w miesięczniku „Kino”, „Nowej Fantastyce” czy na łamach innych serwisów (recenzje, felietony, newsy, wywiady).