REKLAMA

Zaproszenie jest genialne. Musisz to zobaczyć

Studio A24 ma talent do dobrych, kreatywnych projektów. Nie za bardzo wiedziałem, czego się po "Zaproszeniu" spodziewać - i bardzo dobrze. Zapowiedzi nowego dzieła Olivii Wilde były wyjątkowo intrygujące, a zarazem niewiele mówiące. Lubię, gdy film stopniowo odkrywa przede mną karty, bawi się moimi oczekiwaniami, skręca w niecodzienne strony. Uprzejmie donoszę, że i w tym przypadku tak się wydarzyło.

OCENA :
9/10
zaproszenie film recenzja wilde
REKLAMA

Olivia Wilde jest reżyserką dobrą, choć dość rzadko raczącą nas swoimi zdolnościami. Zadebiutowała w tej roli świetną "Szkołą melanżu". Trzy lata później, w 2022 roku, nakręciła "Nie martw się, kochanie", o którym było głośniej przez pozafilmowe afery, aniżeli jego jakość (wbrew temu, co większość twierdzi, moim zdaniem naprawdę niezłą). W trakcie swoich dwóch dotychczasowych, pełnometrażowych, podejść Wilde udowodniła, że umie okiełznać mocne aktorskie nazwiska, pokazać widzom oryginalną, wyrazistą i angażującą uwagę opowieść. W "Zaproszeniu" miała wyzwanie kontroli nad czterema gwiazdami, włącznie z samą sobą. Jawiło się zatem pytanie: czy Wilde znów dowiozła i czy potwierdziła, że jest lepszą reżyserką, niż aktorką?

REKLAMA

Zaproszenie - recenzja filmu. Co tam, sąsiedzie?

Joe (Seth Rogen) właśnie wraca wkurzony do domu. Zirytowany względem swojego roweru, uciążliwej podróży do domu, a szerzej - swojej egzystencji. Po przestąpieniu progu swojego mieszkania okazuje się, że nie czeka na niego spokój - żona Angela (Olivia Wilde) oznajmia mu, że lada moment w odwiedziny przyjdą sąsiedzi z góry - Hawk (Edward Norton) i Pina (Penelope Cruz). Para gospodarzy kłóci się na ten temat, a gdy goście przybywają, stara się to maskować i tworzyć pozory. Ostatecznie jednak emocje wezmą górę, a dla każdego z bohaterów to spotkanie okaże się wieczorem pełen niespodzianek.

Problemy w komunikacji międzyludzkiej, a zwłaszcza w związkach, to prawdopodobnie jeden z najczęściej poruszanych motywów w kinie. Nie trzeba daleko szukać - jeszcze niedawno na wielkim ekranie, to samo studio A24 dało nam "Dramę" - historię o parze, której pewne zdarzenie znacząco komplikuje dotychczasowe pragnienia wspólnego życia i ślubu. Zwykle jednak w tego typu kinie schemat wygląda tak: mamy dwie osoby, które niby się kochają, są w relacji, ale ich życie już dawno przestało przypominać miłosną utopię, a pożądanie zostało zastąpione przez chłód i mniej lub bardziej subtelną pogardę do siebie nawzajem.

Olivia Wilde, Seth Rogen, Edward Norton i Penelope Cruz - kadr z filmu "Zaproszenie"

Przyczyn takiego stanu może być wiele i w tym sensie ciężko o bardziej życiowe do przedstawienia przez kino historie - każdy bowiem chciałby, jak mówi jedna z postaci, "pożądać i być pożądanym". Wiele zmiennych sprawia jednak, że któraś ze stron tego sformułowania szwankuje, a wraz z nią, związek jako całość. "Zaproszenie" pierwotnie jawiło się - mimo wielu tajemnic, których nie odkrywa w zwiastunie - jako kino raczej luźne, na zasadzie "pośmiejemy się z niezręczności, różnic między bohaterami i jakoś to będzie". Film Olivii Wilde w pewnym sensie dokładnie to robi, ale zamiast "jakoś to będzie", wychodzi poza spodziewane ramy, tworząc jedno z najbardziej pozytywnych filmowych zaskoczeń 2026 roku.

REKLAMA

"Zaproszenie" trwa około 100 minut i trzeba reżyserce przyznać, że nie marnuje żadnej z nich.

Ciężko byłoby znaleźć tutaj wątek, który byłby zbytnio potraktowany po macoszemu, albo nadmiernie rozciągnięty. Początek filmu to znakomite preludium do zbliżającej się psychodramy, a krótka chwila z Angelą i Joe wystarcza, by zrozumieć w jakim obecnie są miejscu jako małżeństwo, poznać emocje toczące ich relację oraz wyciągnąć pierwsze wnioski. Na to jednak zdecydowanie za wcześnie. Wilde zachęca raczej do czegoś zupełnie odwrotnego - zaprzestania powierzchowności w ocenianiu, uleczenia emocjonalnej impotencji, czy mówiąc zupełnie wprost: słuchania się nawzajem, rozmawiania o swoich potrzebach i odczuciach.

REKLAMA

Brzmi prosto i schematycznie? Może, natomiast Wilde, mimo tego ryzyka, okazuje się filmowym Midasem (albo Midaską?). Wyciska wszystko co się da z potencjału tej historii - zarówno gdy mowa o przezabawnych (i komicznie niezręcznych) momentach tej historii, jak i o tych, wskazujących na terapeutyczną funkcję "Zaproszenia". Tak naprawdę mamy do czynienia z dość gorzkim, pozbawionym cukierkowości spojrzeniem na całą czwórkę bohaterów, którzy pod spodem raczej nie przypominają tych, na których pozują. Film mocno opiera się na wewnętrznej dynamice między kwartetem Joe-Angela-Hawk-Pina i prawdę mówiąc: całą czwórkę, a zwłaszcza interakcje niektórych duetów, ogląda się wyśmienicie, z poczuciem zaintrygowania. Jeśli spodziewacie się sztampowego podziału na zakompleksionych nudziarzy konfrontujących się z wyzwolonymi wyznawcami seksualnej wolności, to "Zaproszenie" jest czymś znacznie głębszym, a przy okazji przyswajalnie podanym. Scenariusz Willa McCormacka i Rashidy Jones stopniowo uwalnia to, co w bohaterach od samego początku buzuje.

Dzieje się to na tyle zręcznie, że "Zaproszenie" okazuje się mieć zaskakująco mocną siłę we wzbudzaniu refleksji. Jasne, jest sporo momentów, w których testuje stabilność przepony i sprawia, że osoba pijąca napój w danej chwili może niechcący go wypluć, wzięta z zaskoczenia celnością, błyskotliwością i prostotą humoru. W dużej mierze jednak jest doskonałym, momentami poruszającym studium życia, które jest wspólne tylko na papierze. Wilde sprawia, że patrzymy na całą czwórkę jak na pełnokrwiste postacie, mające swoje ambicje, aspiracje, słabości, czy odrzucające cechy. Ten stan ma miejsce przede wszystkim dzięki DOSKONAŁEJ obsadzie. Celowo napisałem to wielkimi literami. Naprawdę, dawno nie widziałem nie tylko tak dobrze dobranych aktorów, którzy równocześnie wychodzą poza spodziewane ramy.

REKLAMA
Seth Rogen - kadr z filmu "Zaproszenie"

Seth Rogen notuje swoją życiową rolę i znów udowadnia, że potrafi się fantastycznie odnaleźć w bardziej dramatycznym kinie.

Jego Joe to z jednej strony szalenie irytujący w swoim pesymizmie facet, któremu wszystko przeszkadza, często ma pretensje i zrzędzi. Z drugiej zaś, gdy dostaje do tego pole, pokazuje swoją i zabawną, i wrażliwą stronę - jest w nim coś na kształt skrzywdzonego przez życie gościa, który chciałby nadać swojemu życiu więcej koloru, ale mentalne uprzedzenia mu na to nie pozwalają. Wilde, grająca Angelę, początkowo aż za bardzo szarżuje w pokazywaniu jak jej postać chce sprostać oczekiwaniom, które sama sobie nakłada, ale gdy maska opada, aktorka wznosi się na wyżyny w ukazywaniu swojego głęboko osadzonego wstydu i niewypowiedzianych pragnień.

REKLAMA

Po drugiej stronie życiowej, uczuciowej, seksualnej oraz emocjonalnej barykady znajdują się Hawk i Pina. Choć w sposób oczywisty jądrem filmu jest relacja postaci granych przez Rogena i Wilde, to bez duetu ich filmowych sąsiadów całość ległaby w gruzach. Na szczególne brawa zasługuje Penelope Cruz, która już od jakiegoś czasu nie miała tak dobrej i pozwalającej na  aktorskie popisy roli, jak w "Zaproszeniu". Hiszpanka z niebywałą sprawnością balansuje pomiędzy magnetyczną aurą wyzwolenia a doświadczeniem pozwalającym na podzielenie się gorzkimi i trudnymi prawami. Norton miał moim zdaniem trudniejszą misję, wcielając się w bohatera o dość złożonej, niełatwej do zaszufladkowania osobowości. Niby Hawk jest sympatyczny, ujmujący, ale czuć, że coś w nim nie gra.

"Zaproszenie" to wyjątkowe dzieło, które może nie wniesie rewolucyjnego ognia do żadnego z gatunków, w ramach których się porusza, ale z pewnością będzie ogromną wartością dodaną, czymś bezwzględnie ożywczym. Olivia Wilde potwierdza swój status przezdolnej reżyserki, a Rogen, Norton i Cruz - że warto dawać im ambitne role, bo jeszcze nieraz pokażą, jak zdolnymi aktorskimi bestiami są.

"Zaproszenie" w kinach od 3 lipca.

REKLAMA

Czytaj więcej w Spider's Web:

REKLAMA
Adam Kudyba
Redaktor

W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA