Zawsze trochę wstyd mi przyznać, że nie przepadam za kinem dokumentalnym. To nie tak, że odejmuję mu wartości - miałem chyba po prostu zbyt wiele męczących doświadczeń z irytującym dydaktyzmem. Frustrują mnie filmy nachalnie publicystyczne; dopatruję się w nich manipulacji, a wielu twórców budzi moją nieufność. No chyba, że opowiadają o człowieku (niech będzie, że o sobie) - naturalnie, bez tezy, uczciwie i z sercem. Jak „Kandydaci śmierci”.

Czwórka przyjaciół - Adrian, Rafał, Staś i jego tata, Maciej - celebrując miłość do kina, od lat, rok w rok, organizują wyjazdy, podczas których kręcą amatorską serię horrorów, czyli kolejne odsłony tytułowych „Kandydatów śmierci”.
Zaczęli jeszcze w czasie, gdy chłopcy uczęszczali do podstawówki. I choć graniczy to z cudem, udało im się kontynuować cykl przez długie lata - aż do teraz, gdy są już dorośli, skończyli edukację, pracują, planują założyć własne rodziny. Podtrzymanie tej tradycji nie przyszło im jednak łatwo - z biegiem lat, siłą rzeczy, wiele się zmieniało. Zmieniali się oni, zmieniały się ich życia, relacje między nimi, aspiracje, plany. Czasem zależało im bardziej, a czasem - niemal wcale. Inicjatywa przechodziła z rąk do rąk. Nieraz wydawało się, że to już koniec, że „Kandydaci” - zarówno jako seria, jak i paczka kompanów - zostaną pogrzebani, bo brak czasu, sił, chęci. Bo powodów, dla których nie sposób przez blisko dwie dekady wyjeżdżać na wakacje w tej samej grupie towarzyszy i kręcić filmy, jest milion. Siłą rzeczy wspólna filmowa przygoda staje się zagrożona przez naturalny proces oddalania się od dzieciństwa.
A jednak się udało. Co więcej, Maciej przez wszystkie te lata gromadził „zakulisowe” materiały z kolejnych wypraw, nagrywki rozmów przy ognisku, emocjonalnych chwil, kłótni, śmiechów, płaczu. W sumie zebrał ok. 360 godzin, z których postanowił wyekstrahować 95 minut i pokazać je światu. Cały proces filtracji i montażu zajął w sumie 5 lat. Warto było.
Kandydaci śmierci - recenzja filmu
Efektem jest przepiękna opowieść o dorastaniu, ojcostwie, przyjaźni i przemijaniu. O wielkiej mocy twórczości, o męskich relacjach, z jednej strony nieco powściągliwych, a jednak rozwijających się, coraz bardziej uważnych, czułych, empatycznych, przede wszystkim: wolnych od toksyn. O pracy nad sobą i stopniowym wyrastaniu ponad stereotypowe, przestarzałe męskie wzorce.
Czas jest tu tematem kluczowym. Przeplatające się ujęcia z różnych okresów w życiu bohaterów sprawiają, że filmowy upływ tej fizycznej wielkości staje się wręcz namacalny. Maciej Cuske przez lata dokumentował ludzi, którzy sami nie wiedzieli jeszcze, czym staną się w przyszłości. Archiwalne materiały z dzieciństwa zostają skonfrontowane z teraźniejszością, dzięki czemu widzimy nie tylko bohaterów, ale właściwie cały proces ich przemiany. To dlatego nietrudno natknąć się na dość naturalne porównania do „Boyhood”, choć „Kandydaci śmierci” są jednak czymś innym innym: tutaj upływ czasu nie został zaplanowany jako formalny eksperyment, lecz wydarzył się organicznie, w ramach prawdziwej relacji ojca z synem i grupy przyjaciół.
Największą siłą „Kandydatów” jest ich autentyczność. Cuske zmajstrował bowiem kolaż pięknych - na smutno i na wesoło - prawdziwych chwil, bezbłędną kompozycję będącą przekrojem olbrzymiego fragmentu życia. Pomaga fenomenalny montaż, w którym twórca pozwala sobie na potknięcia - a dzięki temu jeszcze bardziej podbija wiarygodność. Kluczowy jest fakt, że Cuske ani przez moment nie próbuje zrobić z bohaterów wielkich postaci czy sztucznie podkręcać konfliktów. Przeciwnie - pozwala im (i sobie samemu) być sobą. Pokazuje swobodne dyskusje, dowcipy, wspólne wygłupy, ogniska, budowanie rekwizytów, kręcenie kolejnych scen, ale również przejmujące rozmowy o lęku, dorosłości, pracy, relacjach i przyszłości. Dzięki temu całość nie sprawia wrażenia skonstruowanej pod tezę. Jej emocje wynikają z samego życia. Życie nie potrzebuje wielkich dramatów, by wzruszać.
Potrzebował natomiast czułości, której jest tu sporo. Podobnie jak miłości - do ludzi, ale i do kina, a więc do tego, co wielu sercom najbliższe. To taki banał: pisać, że to coś, z czym łatwo się utożsamić, w co łatwo się wczuć. Rzecz w tym, że „Kandydaci śmierci” to obraz, w który mogłem się wczuć jak w mało który w ostatnich latach. I myślę, że wielu zachwyconych widzów i widzek (wraz ze mną nieustannie pociągających nosem podczas seansu) podziela moje wrażenia.
„Kandydaci” to film bardzo chłopacki, ale w najpiękniejszym, najzdrowszym tego słowa znaczeniu. Drze na strzępy zmurszały obraz patriarchalnej męskości; pokaz siły i potrzebę kontroli, za którymi kryją się strach i kompleksy, przekuwa w ciekawość, wzajemne dostrzeganie, niezręczną, ale szczerą uczuciowość, chęć współpracy, wspólnego bycia i przeżywania.
Wreszcie: „Kandydaci” dają też sporo filmowej frajdy, a zatem tego, czym kino jest w swym fundamentalnym założeniu. Wspaniała rzecz.
Film obejrzycie w kinach.
Czytaj więcej w Spider's Web:
Dla Rozrywka Spider’s Web najchętniej bloguje o branży filmowej, krytycznym (lub pełnym uwielbienia) okiem przyglądając się nowościom na ekranach kin i w serwisach streamingowych. Kinoman, filmoznawca, szczerze miłujący zarówno arthouse, jak i naszpikowane akcją popcorniaki. Niemal cały swój czas wolny poświęca kulturze w najróżniejszych jej formach. Wciąż dokształca się filmoznawczo; o sztukach wizualnych pisze od lat, początkowo raczej hobbystycznie, a od dłuższego czasu – zawodowo. Gościł w Radiowej Czwórce czy telewizji publicznej; można go było przeczytać m.in. w miesięczniku „Kino”, „Nowej Fantastyce” czy na łamach innych serwisów (recenzje, felietony, newsy, wywiady).