Przeczytałam powieść noblisty. To było wyzwanie

Kiedy powieść "Melancholia sprzeciwu" autorstwa węgierskiego pisarza László Krasznahorkaiego ukazała się ponownie, postanowiłam się z nią zmierzyć. Nie była to łatwa przeprawa. Na szczęście tej pozycji nie da się tak po prostu odłożyć na półkę - z każdą kolejną stroną zanurzałam się coraz głębiej w ten niepokojący świat mieszkańców miasteczka, w którym zjawia się tajemnicza trupa cyrkowa z wypchanym wielorybem.

melancholia sprzeciwu opinia laszlo krasznahorkai

Lekturę "Melancholii sprzeciwu" potraktowałam jako wyzwanie. Ostatnimi czasy trudno skupić mi się na czytaniu, przez co już od dłuższego czasu nie miałam w rękach książki, która byłaby czymś nieco bardziej wymagającym niż moje ulubione kryminały. Kiedy zatem dowiedziałam się, że "Melancholia sprzeciwu" została ponownie wydana przez Wydawnictwo Czarne, postanowiłam się z nią zmierzyć. Podróż przez dzieło węgierskiego pisarza i ubiegłorocznego noblisty László Krasznahorkaiego nie była łatwa, ale za to piekielnie interesująca.

Melancholia sprzeciwu - opinia o powieści László Krasznahorkaiego

Twórczość Krasznahorkaiego przeżywa renesans za sprawą Literackiej Nagrody Nobla, którą pisarz otrzymał w ubiegłym roku. Dzięki temu jego powieści są wydawane ponownie, a jedną z nich jest właśnie "Melancholia sprzeciwu". Książka zadebiutowała na Węgrzech w 1989 roku, a w Polsce została wydana prawie 20 lat później. W 2000 roku doczekała się natomiast ekranizacji pod tytułem "Harmonie Werckmeistera" w reżyserii - tu bez niespodzianek - Béli Tarra. Dziś powieść jest uważana za jedno z najważniejszych dzieł środkowoeuropejskiej literatury XX wieku i podpisuję się pod tym twierdzeniem rękami i nogami.

Fabuła osadzona jest w małym miasteczku w Europie środkowej. I jest tam bardzo nieprzyjemne - mimo że czytałam powieść w sierpniu, czułam się, jakbym przeniosła się w sam środek zimy. Nie tej białej, kiedy śnieg przyjemnie skrzypi pod nogami, ale tej szarej i brudnej. Choć okoliczności nie sprzyjają, mieszkańcy są ożywieni. Wszystko za sprawą ekscytującego wydarzenia, jakim jest przyjazd tajemniczej trupy cyrkowej do miasteczka. Oferuje ona możliwość zobaczenia wypchanego wieloryba, który jest podobno największym wielorybem na świecie. Wraz z cyrkowcami podróżuje enigmatyczny karzeł zwany Księciem, który wydaje się manipulować tłumem. W międzyczasie w miasteczku zaczynają rozgrywać się niepokojące zjawiska.

W centrum historii znajdują się konkretni mieszkańcy, których monotonia zostaje przerwana. Poznajemy panią Pflaumową, zwyczajną kobietę, która nie lubi zwracać na siebie uwagi, a także jej syna, Jánosa Valuskę. To poczciwy chłopak, ale - jak twierdzi matka - degenerat i pijak. Valuska uwielbia spędzać czas z panem Eszterem, który jest emerytowanym dyrektorem konserwatorium i od miesięcy nie wychodzi z domu. Tymczasem jego żona, pani Eszterowa, to przebiegła kobieta, której celem jest przejęcie władzy nad miastem. Wierzy, że chaos, który rozegra się w nadchodzących dniach, z pewnością będzie jej sprzymierzeńcem.

Styl, w jakim została napisana "Melancholia sprzeciwu", nie jest łatwy. Krasznahorkai używa bardzo długich zdań (jedna strona składa się najczęściej z dwóch lub trzech zdań) i prawie w ogóle nie stosuje klasycznego zapisu dialogów. Zaskoczyło mnie jednak, jak szybko można przyzwyczaić się do tego rytmu. Faktycznie, początkowo trzeba się maksymalnie skupić, aby się do niego przyzwyczaić, lecz później ma się wrażenie, jakby ta historia płynęła. Autor płynnie przechodzi z opowieści z perspektywy jednej osoby do drugiej, nie zaburzając rytmu czytania, co jest niesamowite.

"Melancholia sprzeciwu" to niepokojąca opowieść o upadku społecznym. Powstała w latach 80., a mimo to, czytając ją dziś, prawie 40 lat później, miałam ciarki. Wszechobecny marazm, ponura atmosfera i apatia udziela się podczas czytania, bo zostały doskonale opisane - można to wręcz poczuć na własnej skórze. Wszystko to składa się na to ponadczasowe dzieło, przez które początkowo trudno jest przejść, ale warto poświęcić mu czas.

Czytaj więcej w Spider's Web:

Anna Bortniak
Redaktor

Absolwentka studiów dziennikarskich. Robi to, co lubi, czyli pisze – o serialach i filmach. Miłośniczka kryminałów tych na ekranie i na papierze. W słuchawkach raczej rap, ale często też metal. Na co dzień poukładana, chociaż często zdarza jej się nabałaganić w słowach. Zakochana w Norwegii, dobrej, czarnej kawie i świeczkach z Pepco. Uwielbia rozmawiać i słuchać ludzi, dlatego marzy jej się napisanie reportażu, tylko jeszcze nie wie, o czym.