Zapytali mnie o najlepszy horror ostatnich lat. Nie wiedziałem, co powiedzieć

Horrory to jeden z moich ulubionych (obok musicali, dziwne, prawda?) gatunków filmowych. W związku z tym z jednej strony od każdego filmu z tej "sekcji" mam pewne oczekiwania, ale zarazem staram się dawać kredyt zaufania. W ostatnich latach nie brakowało filmów grozy, które aspirowały do miana najlepszego w moich oczach.

hereditary film najlepszy horror

Moja przygoda z tym gatunkiem rozpoczęła się w wieku gimnazjalnym, gdy po raz pierwszy dowiedziałem się o istnieniu czegoś takiego, jak maratony horrorów. Spędzenie całej nocy na oglądaniu filmów grozy na wielkim ekranie i z przekąskami brzmiało jak spełnienie marzeń nastolatka, który dopiero odkrywał atrakcje związane z X Muzą. Choć z czasem często okazywało się, że repertuar tych wydarzeń nie jest przesadnie wysokiej jakości i bardzo rzadko można było złowić tam horrorowe perły, miłość do filmowego wywoływania strachu pozostała niezachwiana do dnia dzisiejszego.

Najlepszy horror ostatnich lat? Do dziś mam ciary i odwracam wzrok

Nie skłamię, mówiąc, że łącznie, świadomie obejrzałem kilkaset horrorów. Nie szedłbym w dokładne liczby bo musiałbym wykonać niemożliwą dla mnie matematykę, jednak czuję się naprawdę wprawiony, jeśli chodzi o ten gatunek. Przez długie lata szukałem filmu, który w moich oczach stanie się swego rodzaju Świętym Graalem horroru - absolutem, na który będę się powoływał, gdy zostanę zapytany o to, jakie filmy lubię najbardziej.

Maratony horrorów tylko raz były blisko, gdy niespodziewanie, jako bodajże drugi film, uraczyły nas "Suspirią" Luki Guadagnino. Wiedziałem wówczas o istnieniu oryginału Dario Argento, ale nie byłem skłonny go obejrzeć. To, co zrobił Guadagnino, wbiło mnie w fotel na wielu etapach, było znakomitym seansem. Czułem się zaangażowany w fabułę, odurzony warstwą techniczną oraz świetnym aktorstwie (m.in. Tildy Swinton). Niedługo później nadrobiłem sobie oryginał i - z ogromnym szacunkiem dla Argento - nie wywołał we mnie tak głębokich wrażeń, jak właśnie ten od późniejszego autora "Challengers".

To jednak nie ten film stoi u mnie na "złotej półce" horroru.

Winowajcą tego stanu jest reżyser, którego zaliczam do wąskiego grona moich ulubionych reżyserów - Ari Aster. Dziś znamy jako szalonego, odważnego twórcę takich filmów jak "Midsommar", "Bo się boi" czy "Eddington", ale to właśnie tytuł, którym rozpoczął swoją karierę, jest dla mnie prawdopodobnie najważniejszym i najlepszym filmem, jaki mogłem zobaczyć. "Dziedzictwo. Hereditary" - bo o nim mowa - to miażdżące emocjonalnie kino, które bardzo silnie oddziaływało na mnie za każdym razem, gdy je widziałem. Paradoksalnie, to może zabrzmieć dziwnie, z racji tego, że widziałem ten film "zaledwie" dwa razy. Wiem, że są ludzie, którzy lubią oglądać swoje ulubione dzieła często, natomiast sam się do tej grupy nie zaliczam. Może to dziwne, ale wydaje mi się, że częste oglądanie ulubionego filmu może wywoływać efekt swego rodzaju przegrzania materiału.

Poza tym, "Hereditary" jawi się w moich oczach jako na tyle ciężki film, że raczej mało pasujący do "regularnego oglądania". Każdy z dwóch wspomnianych seansów był dla mnie doświadczeniem dotykającym w całości. Za pierwszym razem przez znaczną większość filmu czułem dyskomfort i strach przed tym, co może się pojawić, panicznie rozglądałem się po kadrach, szukając czegoś niepokojącego na drugim planie. Czułem, że to jest w dużej części historia o przeżywaniu, żałoby, ale równocześnie widziałem, że Aster nie zapomina o tym, by wzbudzać przerażenie. Reżyser fantastycznie tym grał i potęgował napięcie, co sprawiało, że nawet gdy widziałem film ponownie i wiedziałem, co w danej scenie się wydarzy, czułem ścisk w żołądku. Myślę, że to jest naprawdę wartościowa sztuka - tworzysz film i sprawiasz, że kolejny seans, mimo znajomości fabuły od początku do końca, potrafi wywołać u Ciebie podobne wrażenia, sprawia że znów chce się odwracać wzrok. To groza wykraczająca poza jednostkowy seans na sali kinowej.

Czy w międzyczasie wyszły inne, bardzo dobre horrory? Oczywiście. Ti West dowiózł niesamowitą, psychodeliczną i wyjątkową "Pearl", Brandon Cronenberg stworzył zapadające w pamięć "Infinity Pool", Lee Cronin genialnie ożywił "Martwe zło" w "Przebudzeniu", Zach Cregger wjechał z butami do branży dzięki "Barbarzyńcom", nowa era reżyserów-youtuberów skutecznie udowadnia, że ma talent (Curry Barker - "Obsesja", Kane Parsons - "Backrooms"), Scott Derrickson pokazał, że na bazie dość wyświechtanego konceptu o seryjnym mordercy/porywaczu da się pomysłowo zbudować serię horrorów. Wszystkie wymienione filmy mają specjalne miejsce w moim sercu, a najbliżej "złotej półki" są "Pearl" (z wybitną Mią Goth) i "Obsesja" (na której seansie byłem w stanie niekończącego się stresu).

Żaden z tych przypadków jednak, mimo naprawdę wysokiej jakości i fantastycznego poziomu grozy, nie dosięgnął mojego uwielbienia "Dziedzictwa. Hereditary". Jego status jest w moich oczach wciąż niepodważalny, choć wierzę, że któregoś dnia znajdzie się horror, który godnie go zastąpi.

Czytaj więcej w Spider's Web:

Adam Kudyba
Redaktor

W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.