Począwszy od adaptacji gier wideo tak złych, że aż słynnych, poprzez spuszczanie łomotu swoim krytykom, aż po nieoczekiwane wzniesienie na sztandary przez część społeczeństwa. Uwe Boll to filmowiec tyleż nieudolny, co zawzięty i na swój sposób fascynujący.

Nie ma drugiego takiego reżysera - gościa, którego kariera byłaby tak niedorzecznym konglomeratem złożonym z prowokacji, niekończącego się cyklu porażek, zawziętości, pasji i przedsiębiorczości. Nic dziwnego, że postać Uwe Bolla - choć raczej wyśmiewana - stała się w wielu kręgach kultowa. Kultowa ironicznie, przekornie, z przymrużeniem oka - ale jednak.
Facet przez ponad dwie dekady funkcjonował jednocześnie jako jeden z najbardziej znienawidzonych twórców w historii kina i jeden z najbardziej rozpoznawalnych reżyserów klasy B (no, może bardziej C). Jak zatem nietrudno się domyślić, jego sława nie wynika z jakości filmów, a z tego, w jaki sposób reagował na krytykę i jak świadomie (przynajmniej częściowo) budował własny wizerunek „najgorszego reżysera świata”.
Skąd się wziął Uwe Boll?
Urodził się 22 czerwca 1965 r. w niemieckim Wermelskirchen. Zrobił doktorat z literaturoznawstwa; studiował literaturę, ekonomię i filmoznawstwo. Sam wielokrotnie podkreślał, że zanim zaczął robić kino, chciał zostać akademikiem. Do reżyserii zainspirował go film „Bunt na Bounty”, który obejrzał jako dziecko.
Kilkukrotnie bez powodzenia próbował dostać się do najlepszych szkół filmowych. Jeszcze zanim zaczął kręcić filmy pełnometrażowe, realizował krótkie produkcje na taśmie Super 8 i założył własną firmę producencką. Od początku chciał być całkowicie niezależny od dużych wytwórni, dlatego sam szukał finansowania i produkował swoje filmy.
Choć mówi się o nim jak o nieudaczniku, jest to zdecydowanie niesprawiedliwa ocena. Mimo tego, że niemal wszystkie jego obrazy spotykały się ze skrajną krytyką, Boll przez około 15 lat regularnie zdobywał finansowanie. Może i nie radził sobie z kręceniem filmów, ale okazał się niezwykle skutecznym producentem, organizatorem i biznesmenem.
Dzięki lukom w prawie podatkowym wciąż zgarniał kasę na kolejne produkcje i przez lata korzystał z niemieckich funduszy podatkowych dla przemysłu filmowego. System działał tak, że inwestorzy mogli odpisać od podatku znaczną część pieniędzy przeznaczonych na produkcję filmową. To oznacza, że film mógł zarobić niewiele, zostać zmiażdżony przez publiczność, a inwestorzy i tak wychodzili na swoje dzięki różnym ulgom.
Gdy przepisy w Niemczech zmieniono, budżety twórcy wyraźnie się skurczyły, a większość późniejszych filmów trafiała już bezpośrednio na DVD lub platformy VOD.
Najgorsze adaptacje w historii
Przez pierwsze lata jego kariera rozwijała się raczej standardowo. Reżyserował mało znane niemieckie filmy i zdobywał doświadczenie jako producent. Przełom nastąpił na początku XXI w., gdy zorientował się, że prawa do ekranizacji gier komputerowych są stosunkowo tanie. Hollywood nie traktowało wtedy gier jako wartościowego punktu wyjścia dla kina, więc Boll zaczął wykupywać licencje i szybko produkować adaptacje.
Gdy w latach 2003-2008 pojawiała się jakaś ekranizacja gry wideo, istniała spora szansa, że odpowiadał za nią właśnie Boll. Facet adaptował m.in. takie hity jak „House of the Dead”, „Alone in the Dark”, „BloodRayne”, „In the Name of the King”, „Far Cry” czy „Postal”. Właściwie każda z produkcji została uznana za jedną z najgorszych adaptacji gier w historii kina. Gracze byli szczególnie niezadowoleni, ponieważ ekranizacje niewiele miały wspólnego z grami, na których bazowały. Z czasem nazwisko Bolla zaczęło funkcjonować jako internetowy żart.
Trzeba jednak przyznać, że niektóre przyjęto nieco cieplej: seria „Rampage”, „Tunnel Rats”, „Stoic” czy „Darfur” to produkcje dojrzalsze i bardziej kompetentne.
Dawaj na ring, czyli pojedynki z krytykami
Boll zasłynął też skrajnym brakiem odporności na krytykę. Nigdy nie zdecydował się przyznać do błędu czy faktycznych braków umiejętności reżyserskich; nie przyjmował do siebie uczciwych uwag skierowanych pod adresem jego dzieł. W 2006 r. doszło do absurdalnej sytuacji, kiedy to postanowił wytyczyć wojnę krytykom - i to dosłownie. Ogłosił, że internetowi recenzenci są tchórzami i zaproponował:
Jeżeli uważacie moje filmy za tak złe, wejdźcie ze mną na ring.
Przy okazji obiecał, że spuści im wszystkim łomot. Słowny gość: gdy - ku jego zaskoczeniu - pięciu dziennikarzy przyjęło jego propozycję, stoczył z każdym z nich prawdziwe walki bokserskie. I wygrał wszystkie. Rzecz jasna, w przeciwieństwie do swoich krytyków trenował boks od lat. Nie zmienia to faktu, że do dziś to wydarzenie uznawane jest za jedną z najbardziej surrealistycznych historii w dziejach kina. Później prowokował i wyzywał na pojedynek również innych filmowców - m.in. Quentina Tarantino czy Rogera Avary’ego. Jak można się domyślać, żaden nie przyjął wyzwania.
Od tej pory Boll konsekwentnie, zawzięcie obrażał krytyków, dziennikarzy, internautów, fanów, innych reżyserów. Nagrywał też wielominutowe filmy na YouTube, podczas których wyzywał recenzentów od idiotów. Swoje wypowiedzi często kończył słynnym: „Fuck you all”. Tymi słowami zatytułowano później film dokumentalny o jego życiu. Jego charakterystyczny, agresywny styl wypowiedzi przyniósł mu status najbardziej wybuchowych postaci w branży filmowej.
W 2013 r. spróbował zebrać pieniądze na film „Postal 2”. Napisał do fanów: „Jeśli nie wpłacicie pieniędzy, jesteście do niczego”. Jak można się spodziewać, kampania skończyła się spektakularną porażką, a Boll obwinił internet i stwierdził, że ludzie „wolą narzekać niż wspierać kino”.
Najgorszy reżyser na świecie
Tytuł „najgorszego reżysera świata” - choć nieco przesadzony (historia kina zna zdecydowanie gorszych twórców) - raczej już go nie opuści. Brak pokory, umiejętności nauki na błędach i twórcza nieudolność sprawiły, że regularnie trafiał do rankingów najgorszych filmów wszech czasów, najgorszych adaptacji i, oczywiście, najgorszych filmowców. To niezwykły przypadek twórcy, którego marka została zbudowana na negatywach.
Sam Boll twierdzi, że internet zrobił z niego kozła ofiarnego i że jego nazwisko zaczęło być wyśmiewane niezależnie od jakości filmu. Jego obrońcy zwracają jednak uwagę, że zazwyczaj pracował błyskawicznie, miał bardzo ograniczone budżety, często realizował filmy w kilka tygodni i był bardziej producentem niż artystą.
Wreszcie odpuścił i ogłosił, że udaje się na filmową emeryturę. W 2016 r. otworzył restaurację w Kanadzie, która okazała się jego najbardziej udanym przedsięwzięciem. Knajpie udało się coś, co nie udało się żadnemu z jego filmów - odniosła sukces. Na jedzeniu zarobił znacznie więcej niż na kinie. Najwyraźniej jednak nie przyniosło mu to oczekiwanej satysfakcji.
Citizen Vigilante
Choć zapowiadał definitywne zakończenie kariery, wreszcie wrócił do reżyserii. W 2025-2026 r. zrealizował film „Citizen Vigilante” ze scancelowanym Armie Hammerem. Produkcja wywołała kolejną falę kontrowersji - w Niemczech odmówiono jej klasyfikacji do dystrybucji kinowej z powodu zarzutów o podżeganie do przemocy wobec migrantów. Boll nazwał to cenzurą i stwierdził, że film opowiada o realnych problemach społecznych. Dodatkowego rozgłosu nadało mu publiczne wsparcie ze strony Elona Muska.
Wbrew oskarżeniom o próby ograniczenia dostępności filmu, jest on powszechnie dostępny w streamingu, gdzie cieszy się dużą popularnością - po pierwsze za sprawą awantury o rzekomą cenzurę, po drugie - za sprawą populistycznej narracji. Niektóre środowiska wnet zaczęły bronić konceptu, wysoko oceniać film i bronić reżysera, z którego wcześniej sami się śmiali. Produkcja jest, rzecz jasna, fatalna, wcale nie ze względu na podjętą tematykę. Jak to jednak często bywa, zaciekli politycznie ludzie tak naprawdę bronią tezy, a nie filmu, który mają gdzieś.
Tak czy inaczej: facet to fenomen. Jeden z pierwszych twórców, których karierę ukształtowały internetowe fora, YouTube, memy, recenzje graczy czy kultura hate-watchingu. W efekcie Boll pozostaje jednym z najbardziej niezwykłych przypadków w historii współczesnego kina: reżyserem powszechnie uznawanym za fatalnego, który mimo to zbudował trwałą rozpoznawalność, nakręcił ponad 40 filmów, współtworzył swój mit i do dziś potrafi wywołać dyskusje samym swoim nazwiskiem.
Sam Boll przyznał wreszcie, że przestał walczyć ze swoją reputacją. Uznał, że skoro jego filmy nadal są oglądane, analizowane i wywołują emocje dwadzieścia lat po premierze, to osiągnął coś, czego wielu znacznie bardziej cenionym reżyserom nigdy nie udało się dokonać. I trudno się z nim nie zgodzić.
Czytaj więcej w Spider's Web:
- Martwi mnie 5. sezon Stamtąd. Wolałbym, aby ta informacja nie była prawdziwa
- Netflix po cichu anulował genialny serial fantasy. Nie doczekamy się finału
- Netflix robi aktorską adaptację Persony. Będzie hit?
- Krzysztof Gonciarz pozwał posłankę Lewicy. "Nakręcanie linczu"
- Dwa uwielbiane sci-fi wracają na Netfliksa. Polacy od lat na to czekali
Dla Rozrywka Spider’s Web najchętniej bloguje o branży filmowej, krytycznym (lub pełnym uwielbienia) okiem przyglądając się nowościom na ekranach kin i w serwisach streamingowych. Kinoman, filmoznawca, szczerze miłujący zarówno arthouse, jak i naszpikowane akcją popcorniaki. Niemal cały swój czas wolny poświęca kulturze w najróżniejszych jej formach. Wciąż dokształca się filmoznawczo; o sztukach wizualnych pisze od lat, początkowo raczej hobbystycznie, a od dłuższego czasu – zawodowo. Gościł w Radiowej Czwórce czy telewizji publicznej; można go było przeczytać m.in. w miesięczniku „Kino”, „Nowej Fantastyce” czy na łamach innych serwisów (recenzje, felietony, newsy, wywiady).