Mściciele znani głównie z kina komiksowego zwykle stanowią najbardziej niejednoznaczną grupę postaci. Charakteryzują się przede wszystkim tym, że biorą sprawy we własne ręce i działają twardą ręką tam, gdzie prawo nie sięga. Dobre filmy ciekawie portretują moralne szarości głównych bohaterów, ich motywacje i czyny. "Citizen Vigilante", jak nietrudno się domyślić, nie jest jednym z nich.

Kino zwykło być głosem nastrojów społecznych, odzwierciedleniem pewnych trendów, mentalności, czy dominujących akurat wartości. Uwe Boll raczej nigdy do miana trybuna ludowego nie kandydował; prędzej do określenia króla filmowych gniotów. Niemiec słynie z kręcenia dzieł prowokacyjnych, B-klasowych, głupkowatych, generalnie tak złych, że aż złych. Nie było absolutnie żadnego powodu by uważać, że "Citizen Vigilante" będzie jakimkolwiek odstępstwem od tej normy, przebłyskiem sugerującym, że Boll jednak cokolwiek potrafi jako reżyser. Jego nowy tytuł zyskał rozgłos przede wszystkim dzięki temu, że zakazano go w Niemczech, Elon Musk udostępnił go na X. Efekt? Stał się nowym filmowym Świętym Graalem światowej prawicy, wychwalanym pod niebiosa przez komentariat: oto bowiem "odważny" twórca nakręcił "dobry" film pokazujący "prawdę", od której "lewaków ma boleć dupa". Po seansie znacznie bardziej bolą mnie oczy.
Citizen Vigilante - recenzja filmu. Z pamiętnika antyimigranckiego Batmana
Film otwiera scena, w której mama z chłopcem robi zakupy w sklepie. Kobieta chwilę później zostaje śmiertelnie zaatakowana przez migranta. Niedługo później poznajemy Michaela Sandersa (Armie Hammer) - Amerykanina, który niedawno przeprowadził się do Europy by zarządzać rodzinnym biznesem związanym z wynajmem nieruchomości. Nie jest to jego jedyne zajęcie: mężczyzna jest mścicielem, który - wedle własnego przekonania - wymierza sprawiedliwość tym, którzy jej uniknęli bądź zasługują na karę. Mimo społecznego poparcia, jest ścigany przez Interpol, na czele z agentem Henrym (Costas Mandylor).
Chciałoby się zapytać: od czego tu zacząć? Chyba od tego, co najbardziej rozpala oglądających, czyli możliwość obejrzenia na ekranie wyznawanej przez coraz większą liczbę ludzi ich politycznej fantazji. Akcja rozgrywa się w europejskim państwie, o którym wiadomo w sumie tyle, że jest prawdopodobnie bałkańskie i skażone przez problem przestępczości, ściśle związany z napływem imigrantów. Główny bohater, to Amerykanin, samozwańczy szeryf, piewca teorii o upadłym systemie, który pod płaszczykiem prawnego ładu zapewnia parasol ochronny sprawcom zła.
Już abstrahując od samego absurdu pomysłu, w myśl którego bogaty pan z USA przyjeżdża wykładać wartości europejskiej, ślepej na zło ciemnocie, "Citizen Vigilante" tak naprawdę oszukuje widzów, którzy mogliby być spragnieni wielu obrazów mścicielskiej i anty-imigranckiej działalności głównego bohatera. Uwe Boll przypomina sobie o tym wątku może kilka razy, podchodząc do tematu bardzo instrumentalnie. Nie mówię, że nie należy rozmawiać o negatywnych skutkach migracji, ale niemiecki reżyser w ogóle tego nie robi. Zabija jakikolwiek potencjał tej historii bełkotem przeplatanym ogólnikowymi tyradami o moralności, winie, karze i skutkach czynów.

Paradoksalnie jest to film, który na poziomie ideowo-tematycznym zaspokoi nawet nie konserwatystów, ale ten najgroźniejszy, radykalny, bliski terroryzmowi odłam, który mówi wprost: "weźmiemy sprawy we własne ręce, oczyścimy świat z szumowin, przywrócimy porządek, za którego zaburzenie odpowiada islam i woke-lewica". Boll w żaden sposób nie podejmuje próby polemiki z tym sposobem patrzenia, żeruje na pierwotnych emocjach żądnych krwi odbiorców, wykorzystuje chwytliwe slogany, bezrefleksyjnie wciska je do filmu i otwarcie, w bezkrytyczny sposób promuje przemoc jako rozwiązanie rzeczywistego problemu społecznego. "Citizen Vigilante" ani na minutę nie ukrywa, że naprawdę wierzy w stosowane przez Sandersa metody jako lekarstwo na zepsucie Zachodu.
Daleko mi do tezy, że przekaz tego film wprost przełoży się na czyny, ale Citizen Vigilante jawnie propaguje szkodliwe i groźne skrajności.
Nawet jeśli chcieć uwierzyć, że Boll miał pożyteczne intencje, osadzenie w roli "obrońcy zwykłych ludzi" bezwzględnego i pedantycznego landlorda (który de facto sam jest nielegalnym imigrantem, mającym problem z uporządkowaniem swoich dokumentów po przyjeździe do obcego, europejskiego kraju) nie było krokiem do uwiarygodnienia tego stanu rzeczy. No ale dobrze, może przynajmniej na innych płaszczyznach "Citizen Vigilante" sobie radzi? Może oprócz celebracji szkodliwych zachowań ma w sobie cokolwiek, co można docenić? Jak na thriller akcji, jest tu mało thrillera, a akcji jeszcze mniej. Gdy już są, to zrealizowane na poziomie, w przypadku którego ciężko uwierzyć w informacje, że budżet filmu wyniósł kilka milionów dolarów - techniczna tandeta owych scen sugerowałaby raczej, że cała kwota poszła na wynagrodzenie dla dwóch głównych aktorów.
Fabuły jest niewiele, nie ma tu nawet "podążania za głównym bohaterem w otchłań mroku", co byłoby naturalnym psychologicznie kierunkiem, mającym szansę się sprawdzić. To raczej marnie zrobiona sklejka scen - tu quasi-telewizyjne relacje, tu wyjątkowo sztuczna krew, tam filmiki, które Sanders z zamazaną twarzą nagrywa, by "uświadomić i obudzić społeczeństwo". Jeszcze gdzie indziej sceny pozbawione logiki w postępowaniu bohatera - np. ta z jazdą samochodem z sędzią. Ten wspaniały strażnik moralności i sprawiedliwości, literalnie doprowadza do śmierci niewinnych, niezawinionych w niczym osób tylko po to, by udowodnić swojemu zepsutemu adwersarzowi, że ma rację. Nie wspomnę już o wykładzie na temat pleśni w pokoju, którego adresatką jest "obsługująca" Sandersa prostytutka. Nie wymyśliłem tego, naprawdę.

Nie dowiadujemy się też, jak to, co robi bohater, na niego wpływa. Zdecydowanie nie jest to ktoś, z kim da się utożsamić, ale i na poziomie absolutnie prostej psychologii postaci niewiele tu działa. Paradoksalnie, jeśli da się cokolwiek tu wyróżnić, to grę aktorską powracającego po latach scancellowania i oskarżeń o przestępstwa seksualne (prokuratura ostatecznie zdecydowała, że nie było wystarczających dowodów, by postawić zarzuty), Armiego Hammera. Aktor odbudowuje swoją karierę z bardzo niskiego filmowego poziomu, a jego rola jest napisana bardzo źle, a mimo tego udaje się wykreować postać niepokojącego, chłodnego i brutalnego "stróża". Nie pochwalam niczego, co się dzieje z tą postacią w filmie, natomiast Hammer otrzymał zadanie i zrealizował je. Costas Mandylor, którego fani "Piły" mogą pamiętać z roli detektywa Hoffmana, nie jest tutaj równorzędnym rywalem dla głównego bohatera - raczej apatyczną kukiełką, która, podobnie jak Sanders, wygłasza slogany, tylko inne.
"Citizen Vigilante" to film pod wieloma względami zły: narracyjnie szkodliwy, realizacyjnie koszmarny, fabularnie amatorski. To przełożone na język kina niebezpieczne wezwanie do brania spraw we własne ręce, całkowita abominacja wśród historii o mścicielach. Uwe Boll nie nakręcił dzieła, które oddaje sprawiedliwość ofiarom brutalnych przestępstw. Stworzył filmowego potwora, który wykorzystuje te krzywdy do "wyższego celu".
Czytaj więcej na Spider's Web:
- Nowa komedia Netfliksa jest tak głupia i krindżowa, że zrobiłem hehe
- Kto zginął w finale 4. sezonu Stamtąd? To było mocne
- Czy w Supergirl jest scena po napisach? Zaskakująca decyzja
- Youtuberzy zawstydzają Hollywood. Ich horrory przebijają blockbustery
- Najlepsze filmy na faktach w Prime Video. TOP 11
W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.