Nie każdy aktor jest dobrym reżyserem. Ben Affleck na całe szczęście w obu tych rolach sprawdza się wybornie. Choć za kamerą staje zdecydowanie rzadziej, projekty, za które się zabiera, są w przeważającej większości udane. "Zwierzęta" na papierze zapowiadały się jako poważny kandydat do podtrzymania tej passy. Rzeczywistość nie jest tak różowa, ale nie przyłączę się do chóru tych, którzy twierdzą, że jest tragicznie.

Nazywanie Bena Afflecka złotym dzieckiem Hollywood swoich czasów raczej nie byłoby dalekie od prawdy - mając tyle lat co autor tego tekstu (25), wraz z Mattem Damonem odbierał Oscara za najlepszy scenariusz oryginalny do "Buntownika z wyboru". Choć na poziomie twórczym przeskoczył poprzeczkę zgarniając w 2012 roku wyróżnienie za najlepszy film ("Operacja Argo"), na poziomie aktorskim Akademia nigdy się nim nie zainteresowała. To błąd, bowiem czy to za wyżej wymieniony tytuł, czy rolę u Finchera w "Zaginionej dziewczynie", zasłużył. Naiwnym byłoby spodziewanie się, że "Zwierzęta", jego najnowszy projekt, zmieni ten stan i nagle sprawi, że na Afflecka spadnie wodospad nagród. Nie zmieni i nie spadnie przede wszystkim dlatego, że mamy do czynienia z filmem, który często marnuje swój potencjał, irytuje. Mimo to wciąż sprawia, że chce się go oglądać.
Zwierzęta - recenzja filmu. Z piekła do większego piekła
Mark Kimball (Ben Affleck) jest niezależnym kandydatem na urząd burmistrza Los Angeles. W jego przypadku "niezależność" oznacza "brak finansowego zaplecza partii", a to zdecydowanie utrudnia prowadzoną przez niego kampanię, co widać w sondażach, gdzie jest blisko wygranej, ale wciąż za daleko. Polityka wspiera jego żona, Abigail (Kerry Washington), choć i ona zmaga się z własnymi, ukrywanymi przed mężem, problemami. Wkrótce Kimballowie zostają postawieni pod ścianą - otrzymują bowiem telefon, z którego wynika, że ich syn został porwany, a ten, kto to zrobił, żąda bardzo wysokiego okupu.
Nawet gdyby nie był to film Afflecka, zainteresowałbym się nim. Cóż mogę powiedzieć - thrillery z wątkami politycznymi zajmują szczególne miejsce w moim sercu. Przeplatanie się publicznego z prywatnym, konieczność poruszania się w środowisku pełnym intryg, kłamstw i półprawd; polityka jest prawdopodobnie polem najbardziej narażonym na moralne rozterki oraz konieczność testowania elastyczności własnego kręgosłupa. To z kolei jest idealną okazją dla filmowca, by wejść w ten świat głębiej, zajrzeć co się dzieje za kulisami życia kogoś, kto na co dzień uprawia jeden z najbardziej nienawidzonych przez obywateli zawodów.
Mniej więcej dwa tygodnie temu Ben Affleck zaskakująco otwarcie przyznał się do tego, że w trakcie pracy nad filmem wykorzystał sztuczną inteligencję do "wielu rzeczy". Tym sposobem dość mocno strzelił sobie w kolano, obniżając oczekiwania co do "Zwierząt" i prawdopodobnie odrzucając na starcie osoby, które były tym tytułem zainteresowane. Inną ciekawą rzeczą wokół tego filmu jest to, że choć sam reżyser odrzuca te porównania, "Zwierzęta" jako żywo stają się być kuzynem "Nieba i piekła" Akiry Kurosawy, a także całkiem niedawno zrobionego przez Spike'a Lee, bezpośrednio nawiązującego do dzieła mistrza "Od góry do dołu". Lee, choć miał ambicje, dość mocno się na tym pomyśle przejechał, a Affleck, nawet jeśli nie inspirował się nim w żaden sposób (w co trudno uwierzyć), to również skończył w jeziorze zmarnowanego potencjału.

Przykro mi to mówić, ale "Zwierzęta" to najsłabszy dotychczas film, który nakręcił Ben Affleck.
Żeby było jasne - nie uważam, że jest aoglądalną porażką, zdecydowanie nie. Największym problemem reżysera (będącego też współscenarzystą) jest to, że ma...zbyt duże ambicje. Affleck próbuje umieścić w tym filmie zbyt dużo wątków, przez co "Zwierzęta" sprawiają wrażenie klejonych na słowo honoru, tak, jakby twórcy nie wiedzieli z którego aspektu tej historii zrezygnować, więc pomyśleli "okej, weźmy wszystko". Mam słabość do wielotorowego, złożonego prowadzenia fabuły, ale tutaj naprawdę trudno jest uznać ostateczny efekt za przejaw scenopisarskiego geniuszu. W filmie mamy naprawdę dużo: małżeństwo ukrywające przed sobą głęboko chowane sekrety, imigrację i związanych z nią przeszkód, starcie bogatych i wpływowych z tymi, którzy walczą o swój los każdego dnia, dylematy moralne i polityczne, kreowanie narracji, wreszcie najważniejsze - kryminalny wątek porwania, wokół którego wszystko wymienione wyżej, się kręci.
Nadmiar czasem szkodzi i "Zwierzęta" to jest ten przypadek. Film Afflecka najlepszy jest w momentach, kiedy z Kimballów stopniowo opadają maski i przyjmując trudne reguły gry o życie dziecka, wychodzą z własnej strefy komfortu, poznają swoje sekrety, uświadamiają sobie fasadowość swojego wspólnego życia. Samej historii trudno zarzucić, że nudzi - wręcz przeciwnie, 106 minut jest metrażem dość rozsądnym: nie ma tutaj zbyt wiele zwalniających tempo momentów, a nawet jeśli w danej chwili nic się nie dzieje w głównym wątku fabuły, dzieje się w innym. Affleck panuje nad tym, żeby utrzymywać uwagę widza, natomiast i tutaj przedobrzył. Ze wszystkich zwrotów akcji ten kluczowy wypada zdecydowanie najlepiej, ale większość kolejnych jest albo łatwych do przewidzenia, albo dość absurdalnych.
To wszystko sprawia, że "Zwierzęta", mimo silnej chęci, by powiedzieć coś ciekawego, ostatecznie nie udaje im się być na tyle wyrazistym dziełem, by został zapamiętany. Film zbyt miękko polemizuje z dość dyskusyjnym wizerunkiem Marka jako człowieka ludu i nie radzi sobie w przedstawianiu go jako złożoną moralnie postać, choć pasuje do tego konceptu wręcz książkowo - jest białym, bogatym mężczyzną, który pozycjonuje się jako sojusznik uciśnionych przez korporację, przyjaciel środowisk Latynosów, mający czarnoskórą żonę, pochodzącą z Meksyku nianię i jej partnera, którego nie chce zatrudnić przez brak papierów, co mogłoby zaszkodzić kampanii. Tu jest tona materiału do moralnego i politycznego osaczenia tej postaci, zadania sobie pytania, na ile jego polityczna twarz jest spójna z tym, co sam wyznaje, ale "Zwierzęta" mają wyraźny problem, by to w pełni wykorzystać.

Film zupełnie nie wykorzystuje potencjalnych (klasowych, rasowych) napięć między Kimballami a Cecilią i Ramonem, jest mało przekonujący w głoszeniu o tym, że polityka to zawód dla ludzi o giętkich kręgosłupach. Każdy widz to wie, a Affleck nie stara się specjalnie, by z tego motywu wyciągnąć coś realnie interesującego bądź ważnego. Nie jestem w stanie realnie ocenić, gdzie tutaj zadziałała sztuczna inteligencja, natomiast gdybym miał strzelać, obstawiłbym, że w scenariuszu. Może też na poziomie wizualnym, bo "Zwierzęta" są - co również mówię ze smutkiem - wizualnie nijakie. To zaskakuje tym bardziej, że operatorem jest znany z pracy z Paulem Thomasem Andersonem, Robert Elswit, a zatem fachowiec, którego kamera dała światu naprawdę dobre i ładne filmy.
Nie można natomiast zarzucić aktorom, że nie starają się podnieść poziomu "Zwierząt" - mówiąc wprost, robią, co mogą.
Ben Affleck nie po raz pierwszy obsadza samego siebie w kluczowej roli i standardowo wychodzi na tym dobrze - w tym przypadku aktorstwo wychodzi mu znacznie lepiej, niż reżyseria. Mark Kimball w jego wykonaniu to facet, któremu trudno w stu procentach zaufać od samego początku - czuć jego ambicje, determinację, może i faktycznie jest facetem, który chce zmienić LA na lepsze i pokazać nową jakość w polityce. Affleck-aktor świetnie sobie radzi, gdy jego postać przeżywa kryzysowe momenty, roztacza wokół siebie dość groźną aurę zdesperowanego mężczyzny, który stopniowo zdaje sobie sprawę, że jego pole manewru nie jest zbyt szerokie, a jakikolwiek krok wykona, będzie miał kłopoty. Oprócz niego na wyróżnienie zasługuje z pewnością Gillian Anderson, której wyjątkowa charyzma pozwala wycisnąć z dość średnio napisanej roli więcej, niż to możliwe.

Jej bohaterka to chłodna, rzeczowa, zdecydowana, powściągliwa, wpływowa "naprawiaczka", po której nie da się poznać żadnej emocji, ale emanuje silnym (i w sytuacji bohaterów, tak bardzo potrzebnym) poczuciem władzy oraz kontroli. Anderson nie musi się zbyt mocno starać, żeby mocno przykuwać uwagę widza. Reszta obsady dwoi się i troi, by wyposażyć swoje postacie w coś intrygującego, ale ze średnim skutkiem. Steven Yeun próbuje być śliskim szefem kampanii, Kerry Washington walczy by oddać emocje postawionej pod ścianą Abigail, a zdolni Adriana Paz i Luis Gerardo Mendez starają się wiarygodnie wcielić w zrozpaczonych Ceci oraz Ramona, natomiast żadna z tych postaci nie dostaje w scenariuszu wystarczająco dużo szansy, by przekonać do siebie widza.
Szczerze powiedziawszy, uważam, że lepiej byłoby, gdyby "Zwierzęta" były serialem. Wielowątkowość zwykle bywa zaletą i dowodem na to, że twórcy naprawdę chcą opowiedzieć historię, sprawiedliwie opakowując ją w wiele kontekstów, a ten film ma problem z ich zrównoważeniem i zdecydowaniem się, o czym tak właściwie jest. Nie odbieram Benowi Affleckowi talentu - doskonale wiem, że go ma. Jego najnowszy film raczej nie zmieni mojego stosunku do niego: wciąż uważam, że jest świetnym aktorem i dobrym reżyserem. Dotychczas szło mu dobrze, więc może "Zwierzęta" okażą się kubłem zimnej wody, po którym Affleck powróci w lepszej formie. Na to liczę.
Więcej o Netfliksie poczytasz na Spider's Web:
- Widzowie całe lata czekają na 2. sezon sci-fi Netfliksa. Dostaną film
- Ten serial był nadzieją Netfliksa. Teraz całkiem zniknie z platformy
- Netflix przejął najlepsze fantasy Disney+. Będzie tam tylko przez chwilę
- Nowy sezon genialnego kryminału już na Netfliksie. Kiedy kolejne odcinki?
- Magiczny serial Netfliksa nosi koronę najlepszej adaptacji. Arcydzieło i kropka
W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.