Czy kino już przegrało ze sztuczną inteligencją? Nawet gwiazdy jej ulegają

Długie lata żyliśmy wizją sztucznej inteligencji, która wchodzi z butami do wielu branż i zabiera ludziom pracę. Choć ta wizja jest bliższa kinu science fiction, nie ma wątpliwości co do tego, że rola AI rośnie. Także w branży filmowej, której członkowie wciąż dzielą się na obozy - zażartych przeciwników, oraz tych, którzy dostrzegają w tym nieunikniony proces, z którym trzeba się pogodzić i wykorzystać go w dobrych celach.

kino ai felieton filmy

Cały świat ostatnimi dniami żyje filmem "Młody Waszyngton". Niekoniecznie dlatego, że opowiada on o jednym z najważniejszych przywódców w historii kraju, nie dlatego, że ma naprawdę niezłą obsadę (Ben Kingsley, Kelsey Grammer, Andy Serkis). Nawet nie dlatego, że film deklaruje się jako historyczny, epicki dramat wojenny. Za szum wokół tej produkcji odpowiedzialna jest przede wszystkim informacja podana przez Jona Erwina, reżysera "Młodego Waszyngtona", który ujawnił, że koło 100 ujęć zostało zrealizowanych przy pomocy generatywnej AI. Póki co wydaje się, że to największy jak dotychczas, jawny udział sztucznej inteligencji w produkcji przeznaczonej na wielki ekran.

Sztuczna inteligencja - ułatwienie czy zagrożenie? Twórcy podzieleni

Wyznanie Erwina sprawiło, że wszelkie dywagacje na temat jakości filmu spadły i będą spadać (w Polsce ma on premierę 31 lipca). Wstępne wyniki box office z Ameryki wskazują jednak, że cieszy się on tam sporą popularnością. W związku z tym otwartym pozostaje pytanie, czy zagraniczna publiczność postąpi w myśl słów "kontrowersyjne, więc zobaczę i się przekonam", czy informacja o tak dużym udziale AI odstraszy widownię. Niezależnie od tego, która z tych opcji się urzeczywistni, trzeba stanąć prawdzie w oczy - branża filmowa, choć stanowi silne podwaliny kultury i szeroko pojętej sztuki, stoi przed nie lada wyzwaniem.

Stwierdzenie, że AI było wprowadzane do filmowo-serialowego świata "cichaczem", raczej nie byłoby bliskie prawdy. Zasadniczo, za każdym razem, gdy taki przypadek występował, był nagłaśniany. Fani Marvela doznali wyjątkowego szoku, gdy okazało się, że czołówkę serialu "Tajna inwazja" stworzyła sztuczna inteligencja. Obawy o to, że ta decyzja pozbawiła pracy animatorów i grafików zwykle pracujących przy tego typu projektach, były zdecydowanie na miejscu. Można powiedzieć, że afera wokół tego tematu była elementem szerszego problemu serialu - zarówno krytycy, jak i widzowie są zgodni, że "Tajna inwazja" to najgorsze, co przytrafiło się MCU w ostatnich latach. Zawiodło tam praktycznie wszystko, a biorąc pod uwagę, że w zbliżonym okresie scenarzyści w USA strajkowali m.in. w związku z rozszerzającą się rolą AI w branży, na wizerunku Marvela pojawiła się spora rysa.

Choć wydawało się, że granice zostały określone, a kino może spać całkiem spokojnie, ponad rok temu doszło do "wybuchu" kolejnej bomby z udziałem AI. Tym razem dotknęła ona "The Brutalist" - epickiego i genialnego filmu o nieprawdopodobnym rozmachu, który przyniósł Adrienowi Brody'emu drugiego Oskara. Zanim jednak odbyła się gala Akademii, rozgorzała dyskusja na temat tego, czy powinien on w ogóle być uznawany za pełnoprawnego uczestnika rywalizacji. Wyszło bowiem na jaw, że w filmie wykorzystano AI, by "podrasować" węgierski akcent Adriena Brody'ego, a także do stworzenia niektórych grafik. Reżyserujący film Brady Corbet stanął w jego bronie i stwierdził, że udział tej technologii w skali całości jest znikomy, a aktorzy stworzyli swoje kreacje bez żadnego tego typu wsparcia.

Wówczas pojawił się problem - "The Brutalist" jest bowiem naprawdę dobrym filmem, jednym z najlepszych, które trafiły na ekrany kin w 2024 roku. Z oscarowej gali też nie wyszedł nagi, bowiem z trzema statuetkami. Nominacji było jednak więcej (10), a to, czy na głosujących miała wpływ powyższa afera, jest kwestią dyskusyjną. Corbet jednak nie pomógł sobie ani filmowi, porównując w jednym z wywiadów tę sytuację do roli kaskadera i pytając, czy użycie jego pomocy umniejsza występowi aktora czy osłabia jego odbiór. Kaskader bowiem wciąż jest człowiekiem i praca wykonana w tym przypadku, jest pracą ludzką, czego zdecydowanie nie można powiedzieć o AI. Sztuczna inteligencja została użyta, koniec, kropka.

Aktorka AI wchodzi na "salony". Plany cięć kontra wielkie aspiracje

Choć wydawało się, że zabieranie pracy scenarzystom przez AI to jeden z najgroźniejszych możliwych skutków rozwoju sztucznej inteligencji w branży filmowej, jakiś czas temu świat usłyszał o niejakiej Tilly Norwood. To "aktorka" urodzona zaledwie rok temu, w 2025 roku. Tak, to nie pomyłka. Tilly Norwood to postać stworzona przez sztuczną inteligencję, a konkretniej przez firmę Particle6 Group, zarządzaną przez Eline van der Welden. Norwood została zaprezentowana na festiwalu filmowym w Zurychu jako "aktorka", której usługami są już zainteresowane agencje talentów. Jej twórczyni opowiadała wówczas, że chciałaby, by Tilly była nową Scarlett Johansson czy Natalie Portman, a użycie "usług" Norwood mogłoby obniżyć koszty produkcji. Tym samym wprost odsłoniła zamiary, stojące za wprowadzeniem AI do branży. Cięcia, w konsekwencji zwolnienie prawdziwych artystów, płacenie jak najmniej i oczekiwanie jak najwięcej.

Zdaje się, że jakkolwiek bronienie się przed wpływami AI jest trudne, aktorskie związki zawodowe nie zostawiły suchej nitki na tej koncepcji, chóralnie wyrażając swoje oburzenie na myśl, że wytwór sztucznej inteligencji miałby w jakikolwiek sposób zastąpić ich pracę. Czy sprawi to, że dojdzie do magicznej i ekspresowej rezygnacji z udziału AI w branży? Na pewno nie - już dziś wiadomo, że Norwood dostanie swój własny, pełnometrażowy film, za który będzie odpowiadać jej "rodzinne" studio Particle 6. Cała afera związana z obecnością Norwood, choć raczej nie skończy się jej powszechną akceptacją, zostawia za sobą, mówiąc brutalnie, spory smród. Sam fakt, że ktoś wpływowy wpadł na pomysł by nie tylko stworzyć aktorkę za pomocą sztucznej inteligencji i aspirować do zrównania jej z ludzką grą, jest naraz komiczny i niebezpieczny.

Ikony kina otwierają się na AI. Otwierają się na "ewolucję kina"

Wspomniany wcześniej Corbet nie jest jedynym klasowym reżyserem, którego związki z AI pozostają dyskusyjne. W zasadzie do czołówki twórców absolutnie bezwstydnie zagłębiających się w możliwą użyteczność sztucznej inteligencji, trafił niedawno Darren Aronofsky. Kultowy reżyser, znany z serwowania widzom intensywnych, emocjonalnych doznań, w 2025 roku założył studio Primordial Soup, które zajmuje się użyciem generatywnej AI w tworzeniu filmów. Efekty tych działań są dostępne do obejrzenia na YouTube w postaci krótkometrażowych produkcji poświęconych amerykańskiej wojnie o niepodległość. Tu sytuacja wygląda nieco inaczej, bowiem głosy postaci podkładają zawodowi aktorzy, zrzeszeni w SAG-AFTRA.

Czy to sprawia, że projekt Aronofsky'ego jest mniej godny potępienia? Nie, sytuacja, w której reżyser prawdziwego, wielkoekranowego kina, eksperymentuje z używaniem sztucznej inteligencji, nie jest zdrowa. W tym momencie można się jedynie cieszyć z tego, że nic nie wskazuje na to, by Aronofsky planował przenieść swoją fascynację AI na kinową twórczość. Pesymiści jednak mają silne argumenty, by czuć zwątpienie. Ostatnie tygodnie stały się również dość burzliwe dla Martina Scorsesego, reżysera, o którym śmiało można powiedzieć, że jest ikoną i jednym z najlepszych reprezentantów swojego zawodu w historii kina. Niedawno zaszokował on cały świat, gdy pojawił się w filmie promującym generatywną AI firmy Black Forest Labs i został ogłoszony jako jej doradca.

W oświadczeniu ogłaszającym ten ruch była mowa o przesuwaniu granic kreatywności i tworzeniu głębszych oraz bogatszych doświadczeń dla widzów. Sam reżyser stwierdził, że filmowcy muszą być otwarci na ewolucję kina, wyjaśniał również pomocną funkcję narzędzia autorstwa BFL do pracy ze storyboardami, polegającą na ułatwionej komunikacji pomysłów wizualnych Jako jeden z argumentów, Scorsese podnosił, że nie jest na bakier z technologią - w "Hugo i jego wynalazek" zostało wykorzystane 3D, zaś w "Irlandczyku" użył technologii cyfrowego odmładzania, zwłaszcza w przypadku Roberta De Niro. Choć nigdy nie ukrywałem głębokiego uwielbienia dla dorobku reżysera, nie mogę go tu poprzeć. Paradoksalnie, to właśnie twórcy storyboardów są jednymi z mocniej podnoszących swoje zastrzeżenia, co do możliwości bycia zastąpionymi przez AI.

Tym samym Scorsese dołączył do grona twórców, którzy nie negują konieczności wdrożenia AI do procesu twórczego. James Cameron, choć dostrzega zagrożenia, widzi również potencjał w jej udziale, zwłaszcza gdy mowa o efektach wizualnych, co mogłoby przyczynić się do obniżenia kosztów. Pytanie jednak, czy - mimo niewątpliwie dobrych intencji Camerona - nie jest to podobna droga do tej wytyczonej przez twórczynię Tilly Norwood? Czy rzeczywiście zwiększyłoby to efektywność pracy ludzkich zespołów odpowiedzialnych za ten aspekt? Kilka miesięcy temu okazało się też, że wśród grupy twórców przychylnych sztucznej inteligencji jest Ben Affleck, którego firma InterPositive, mająca misję "tworzenia narzędzi pomocnych twórcom w pracy" (takich jak np. modele w postprodukcji, możliwość poprawy lub dodania pewnych efektów wizualnych) została kupiona przez Netfliksa. Affleck pozostanie jednak doradcą, stoi również na stanowisku, że mimo używania narzędzi AI, to filmowcy wciąż pozostają sercem i umysłem w procesie.

2026 rok to moment historii, w którym sztuczna inteligencja raczej nie cofnie się w swojej ofensywie, mającej na celu większe zintegrowanie z branżą filmową. To temat, który antagonizuje, tworzy frakcje, a w przypadku popierania "przyjęcia" AI jako wartościowe narzędzie, nierzadko sprawia, że postępujący w ten sposób twórcy tracą szacunek fanów domagających się kina, które wychodzi spod ludzkich rąk. Walka o to, by tak było, nie ustanie. Moje serce w tej dyskusji stoi i będzie stać przy mistrzu Guillermo del Toro, który wiele miesięcy temu, na jednym z pokazów "Frankensteina" pożegnał się z widownią słowami "F*ck AI!". Mało słów, a tak wiele treści.

Więcej o AI poczytasz na Spider's Web:

Adam Kudyba
Redaktor

W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.