REKLAMA

Spider-Man i całkiem nowy Marvel. Recenzja bez spoilerów

Lubisz superbohaterów Marvela, ale ostatnie filmy i seriale o multiwersum były rozczarowaniem? Tym bardziej daj szansę „Spider-Man: Całkiem nowy dzień”, bo to najlepszy i najbardziej kolorowo-komiksowy Peter Parker w historii. Recenzja.

OCENA :
8/10
Spider-Man i całkiem nowy Marvel. Recenzja bez spoilerów

Deadpool wyjaśnił ostatnio Loganowi, iż ten dołącza do MCU w kiepskim momencie, a wiele projektów po hitowym „Avengers: Koniec gry” okazało się kapiszonami. Na szczęście jest jeden superbohater, na którego można liczyć: Spider-Man. Poprzedni film z udziałem grającego go od lat Toma Hollanda od Sony, które to dzierży prawa do Petera Parkera i wypożycza je co jakiś czas Disneyowi, był jednym z niewielu, który ściągnął do kina furę ludzi w czasie pandemii. Został ciepło przyjęty i to mimo iż motywem przewodnim było w nim multiwersum.

Wieloświat nam jednak zbrzydł, a fakt, iż zakończenie „Spider-Man: Bez drogi do domu” sugerowało, iż bohater wróci do korzeni i skupi się na ratowaniu jedynie Nowego Jorku, przyjęliśmy za dobrą monetę. Potem się z kolei się dowiedzieliśmy, iż wystąpią z nim co najmniej dwie inne gwiazdy z MCU, a w obsadzie będzie również Sadie Sink ze „Stranger Things”. To jednocześnie ostatni naprawdę duży projekt przed „Avengers: Doomaday” (znów z multiwersum w centrum…), a do kina wchodziłem pełen optymizmu i bynajmniej się nie zawiodłem. Z kilku powodów.

Tom Holland urodził się do roli zarówno Petera Parkera, jak i Spider-Mana.

Aktor wcielający się obecnie w Petera Parkera doskonale rozumie, dlaczego Spider-Man podbił serca fanów w latach 60. ubiegłego wieku oraz co sprawia, iż do dziś go kochamy. Tu mógł zagrać jego doroślejszą wersję, ale to wcale nie oznacza, że nie tryska poczuciem humoru - nawet jeśli to mechanizm obronny w obliczu przeciwności losu. Sprawdza się zarówno w cywilu, gdy wchodzi po latach ponownie w nieśmiałą z początku interakcję z MJ, jak i w pełnym rynsztunku, gdy jest zmuszony prać się po pyskach z bandą poprzebieranych psychopatów.

Cieszy przy tym, że Peter w filmie się zmienia i to dosłownie. Chociaż to już czwarty film poświęcony głównie temu konkretnemu Parkerowi, a do tego pojawił się w wielu innych produkcjach z cyklu MCU, to Parker nadal ma nam do powiedzenia coś nowego, świeżego. Łatwo z nim sympatyzować i mu kibicować, chociaż tak jak ma masę dobrych intencji, tak popełnia, jak my, masę błędów, za które potem życie wystawia mu rachunek. Lekcję o wielkiej odpowiedzialności już odebrał, ale pełen kurs dorosłości jest jeszcze przed nim.

No i nareszcie czuć, że to ten sam Nowy Jork, w którym żyją Avengersi i spółka.

Poprzednie filmy z Tomem Hollandem niby rozgrywały się w MCU, ale jak to zwykle bywa w ekranizacjach przygód bohaterów ze współdzielonego uniwersum, widzowie zawsze się zastanawiali, gdzie w czasie tej czy innej katastrofy podziewali się pozostali mieszkańcy Nowego Jorku obdarzeni supermocami. Tym razem Sony postanowiło rozbroić w zarodku tego typu uwagi, w tym za sprawą sprytnego cameo i dialogu o ziemniaczkach. Nie oznacza to jednak, iż Sony bawiło się jedynie swoimi zabawkami, gdyż Kevin Feige bardzo szczodrze pożyczał im swoje.

Do tego po raz pierwszy od „Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów”, które było takim „Avengers 2.5”, tak, hm, naturalnie wprowadzono aż tyle postaci z innych filmów. Po krótkim wstępie zaliczamy aż czteroletni przeskok czasowy od „Spider-Man: Bez drogi do domu”, a Parker w międzyczasie nawiązał kilka nowych znajomości: czy to z pewną policjantką, czy to z Punisherem, z którym Peter przekomarza się niczym stare małżeństwo. To wszystko sprawia, iż odnosimy wrażenie, iż ten świat, gdy go na chwilę między kolejnymi filmami opuszczamy, nie stoi w miejscu.

Punisher wypadł tu niezwykle naturalnie, podobnie jak i Hulk.

Już w poprzednim filmie cameo zaliczył Matt Murdock, a teraz przyszła pora na inną postać ze zrekanonanizowanego cyklu „The Defenders” od Netfliksa. Pajączkowi partneruje teraz Jon Bernthal, który po latach powrócił do roli mściciela z czachą na piersi. Ten ostatnio odkrył na nowo swoje powołanie w poświęconej mu specjalnej prezentacji, a teraz przemierza Wielkie Jabłko w poszukiwaniu zwyroli do zabicia. Parkerowi to oczywiście nie w smak, ale mimo to nie traktuje go jak złoczyńcy, chociaż nie zgadza się z jego metodami.

W toku filmu pojawia się również Bruce Banner, a tak jak akurat jego rola jest nieco mniejsza, niż można byłoby się spodziewać po trailerach, tak i obecność jego, a tym bardziej jego alter-ego, jest dobrze umotywowana fabularnie (aczkolwiek jakby podmienić go w scenariuszu np. na Lizarda to ten tak samo dobrze by do tej produkcji pasował!). Cieszy przy tym, że Sony udało się dogadać z Marvelem, by użyć akurat tej postaci, bo to kolejny kamyczek do tego, abyśmy czuli, że naprawdę trafiliśmy do żyjącego i oddychającego MCU.

Szkoda jedynie, iż typowi złole Spider-Mana zeszli na drugi plan.

Sony zastosowało tutaj podobny myk, jak i Marvel Studios w przypadku „Fantastycznej Czwórki”, gdzie pierwsza rodzina Marvela z wieloma ikonicznymi złoczyńcami stoczyła pojedynek w prologu zmontowanym niczym teledysk. Podobnie jest i tutaj, gdyż Skorpion, Tombstone oraz kilku innych znanych z komiksów o Spider-Manie zwyrodnialców zostaje pokonanych jeszcze przed początkiem nowej historii, a tym prawdziwym, głównym antagonistą, jest zupełnie ktoś inny, a do tego nie dla każdego będzie od początku oczywiste, o kogo chodzi.

W praktyce jest trochę tak, jakbyśmy pominęli ze dwa filmy po drodze, które udałoby się wcisnąć pomiędzy 3. i 4. część cyklu z Tomem Hollandem, ale nie mam o to do Sony żalu. Z jednej strony zawsze mogą zrobić z czasem prequel opowiadający o tych latach, w tym np. w formie animacji, a z drugiej - dostaliśmy naprawdę świetne widowisko! No i de facto nowy „Spider-Man: Całkiem nowy dzień” nie jest filmem o walce ani z pojedynczym złolem, ani nawet z organizacją mającą swoje za uszami. To opowieść o dorastaniu i relacjach.

A co z tą całą Sadie Sink jako [redacted]?

Uwaga na spoiler!

Sam spoilery omijałem, jak mogłem i do samego końca udało się Marvelowi utrzymać mnie w niepewności co do tego, kogo zagra w tym filmie gwiazda „Stranger Things”, a tak samo było z tym, czy w „Spider-Man: Bez drogi do domu” zobaczymy więcej niż jednego Petera Parkera. Plotki na oba te tematy krążyły, ale przeczyły same sobie! W praktyce prawdziwą okazała się ta, iż Sadie Sink gra mutantkę Jean Grey, co jest istotne z perspektywy przyszłości MCU. Mieliśmy już kilku mutantów, ale żaden nie należał do ekipy Charlesa Xaviera.

Jean Grey, gdy ją wreszcie poznajemy, również do niej nie należy - to młoda, skrzywdzona dziewczyna, która zeszła na złą drogę nie ze swej winy. Postawienie jej w roli antagonistki było dość odważnym pomysłem, ale w praktyce sprawdziło się naprawdę nieźle i to zaskakujące, jeśli pomyślimy o tym, że prawa do tej postaci dzierży nie Sony, tylko Marvel Studios szykujące się do filmu o mutantach, a i tak ją oddało w leasing. Daje nam to też nadzieję na to, iż komitywa obu wytwórni, która była zagrożona, będzie dalej trwać ku uciesze fanów.

A o ile Sony utrzyma dotychczasowy poziom, to niech już sobie trzyma tego Spider-Mana!

Wytwórnia, która ma prawa do Petera Parkera, wypuściła kilka filmów-potworków i pojawiły się sugestie, że to pora, aby ten wrócił w całości na łono Marvela. Na szczęście tym razem Sony stanęło na wysokości zadania i dało nam, tak po prostu, najlepszy film o Spider-Manie w historii. Nie jest może idealny i dychy mu nie przyznam, a parę rzeczy dałoby się rozwiązać fabularnie lepiej lub sprawniej zmontować, ale to drobnostki w porównaniu do tego, w które struny i z jaką gracją przez te ponad dwie godziny raz po raz uderzano.

No i powiem tak: jakby ktoś powiedział siedmioletniemu Piotrusiowi, gdy z wypiekami na twarzy oglądał kreskówkę „Spider-Man: The Animated Series” na Fox Kids, iż trzy dekady później będzie oglądał w kinie takie filmy jak „Spider-Man: Bez drogi do domu”, to ten dosłownie narobiłby w gacie z emocji. A fakt, iż lada moment Avengersi spotkają na dużym ekranie po raz pierwszy X-Menów, aby walczyć u boku cholernej Fantastycznej Czwórki z samym Doktorem Doomem, nastraja mnie pozytywnie na przyszłość; to zdecydowanie moment, gdy Marvel is Back.

„Spider-Man: Całkiem nowy dzień” rzuca przy tym w przestrzeń pytanie, czy Peter Parker będzie teraz… X-Menem.

Zanim złapiecie za widły dodam, że film na nie definitywnej odpowiedzi nie udziela i chwała scenarzyście za to. Mutanci w komiksach Marvela to nosiciele Genu X, który aktywuje się w procesie dorastania, zwykle pod wpływem traumy, podczas gdy Spider-Man zyskał swoje zdolności za sprawą ugryzienia go przez radioaktywnego pająka. W nowej produkcji jego ciało się jednak przechodzi transformację, a pojawienie się postaci Sadie Sink sprawia, iż pytanie o to, czy Disney nie zmieni statusu Petera Parkera, tak jak Ms. Marvel, jest zasadne.

Czytaj inne nasze teksty poświęcone Spider-Manowi:

Pamiętajmy jednak, iż Marvel Cinematic Universe w dużej mierze oparte jest na linii komiksów z serii Ultimate, w której geneza mutantów była zupełnie inna; powiązano ją z rządowymi eksperymentami naukowymi. Nie jest wykluczone, iż jeśli pojawi się ich więcej w MCU po „Avengers: Secret Wars”, to również i tutaj motyw genu X zostanie pominięty, a wtedy każdy superbohater niezależnie od tego, jak zyskał supermoce, będzie mógł stać się X-Menem. Nie spodziewam się jednak, aby Disney zdradził swój plan ich dotyczący wcześniej niż za dwa lata…

Jak na razie Marvel ma do odhaczenia nadchodzące „Avengers: Doomsday” oraz „Avengers: Secret Wars”, po którym spodziewamy się soft-rebootu całego cyklu. Otwartym pozostaje pytanie, które z dotychczasowych motywów fabularnych zostaną zachowane w tym starym-nowym świecie, a które zmodyfikowane lub usunięte całkowicie. Peter Parker równie dobrze może być uznany za jednego z mutantów, jak i pozostać niezwiązanym z X-Menami superbohaterem, a Sony zostawiło Marvel Studios i Kevinowi Feige’owi obie te furtki szeroko otwarte.

„Spider-Man: Całkiem nowy dzień” oceniam z kolei zdecydowanie pozytywnie i dostaje ode mnie solidne 8 małych ziemniaczków na 10, tudzież 4 duże na 5. No i zachęcam do seansu w kinie, gdyż nowy film Sony należący do cyklu MCU trafi na ekrany już w piątek 31 lipca 2026 r. a po sieci fruwają już spoilery!

Piotr Grabiec
Redaktor

Dziennikarz działu technologie, w Grupie Spider’s Web od 2012 r. Ekspert w tematyce Apple'a, który w swoich tekstach skupia się również na telekomunikacji i grach wideo. Jest też felietonistą działu Spider's Web Rozrywka, gdzie prowadzi cykl #Nerdcorner poświęcony komiksom, superbohaterom, Gwiezdnym wojnom i wszystkiemu innemu, co geekowe. Jako nastolatek pisał do czasopisma Bike Action i administrował jego forum, a w latach 2011-2016 współpracował z IDG Poland przy magazynie PC World. Odwiedza najważniejsze branżowe targi na całym świecie, wizytuje plany zdjęciowe i pojawia się jako ekspert w telewizji oraz w radiu. W wolnym czasie jeździ na rowerze i łapie Pokemony, a w sieci używa nicka pgkrzywy.