Jeśli myślałeś, że Marvel to tylko kolorowe bajeczki dla dzieci, żyłeś w błędzie. „Punishier: Ostatnie starcie” w Disney+ to opowieść o żałobie dla dorosłych po przejściach. Ale spokojnie! Jeśli szukasz ostrej rozpierduchy, to w dobrym miejscu parkujesz swój samochód.

Punisher jest jedną z najpopularniejszych postaci wykreowanych przez wydawnictwo Marvel, która nie jest złoczyńcą per se, ale nie sposób jej nazwać w żadnym razie superbohaterem. To zimnokrwisty morderca, który w przeciwieństwie do kolegów po fachu ubierających się w kolorowe rajtuzy przestępców zabija - i to bez litości. Nosi czarny strój z trupią czachą na piersi i spluwy. Masę spluw.
Z początku Frank Castle a.k.a. Punisher był dla rysowników oraz scenarzystów komiksów sposobem na to, by opowiadać historie o gangusach z zemstą w tle, ale najważniejsze było to, by jucha lała się w nich strumieniami. Tego typu proste opowieści można uznać za nieodpowiednie dla dzieci, no ale trudno o nich mówić, by poruszały dorosłą tematykę, jeśli nie idzie za nimi głębsze przesłanie.
„Punisher: Ostatnie starcie” to zupełnie inna para kaloszy.
W nowej, trzeciej już specjalnej prezentacji od Marvela, która premierę zaliczyła w Disney+, do roli Franka Castle powraca Jon Bernthal. Nie jest on bynajmniej pierwszym aktorem, który wcielił się na ekranie w tę postać, gdyż wcześniej Punishera portretowali Dolph Lundgren, Tom Jane i Ray Stevenson. To jednak właśnie gwiazda i współtwórca „Ostatniego starcia” jest nim w ramach MCU.
Jon Bernthal pojawił się w tej roli w 2. sezonie „Daredevila”, dwóch częściach serialu „The Punisher” oraz w 1. serii „Daredevil: Born Again”. Nie powrócił w kolejnej, gdyż zajął się kręceniem scen na potrzeby filmu „Spider-Man: Brand New Day”, gdzie wystąpi u boku Toma Hollanda i Marka Ruffalo oraz wspomnianej specjalnej prezentacji zatytułowanej w oryginale „The Punisher: One Last Kill”.
Każdy powrót tej postaci niezwykle cieszy, gdyż Punisher w interpretacji Jona Bernthala nie jest bynajmniej bezmyślnym zabijaką, tylko złożoną postacią o wielu twarzach. Często wdawał się w dysputy psychologiczne, w tym z Daredevilem, ale trapi go całe mrowie demonów przeszłości. I to właśnie z nimi zmierzył się teraz na ekranie, czego możemy być świadkami, ku naszej uciesze.
O czym jest „Punisher: One Last Kill”?
To opowieść o żałobie, gdyż kamieniem węgielnym tej postaci jest śmierć jego żony i dwójki dzieci. Pierwsze opowieści o tej inkarnacji Punishera rozprawiły się jednak z tematem zemsty na odpowiedzialnych za to ludziach, a specjalna prezentacja zadaje wydawałoby się proste pytanie: „co dalej?”. Problem w tym, że Frank Castle nie zna na nie odpowiedzi, a my szukamy jej razem z nim.
W chwili, gdy Nowy Jork zapadający się pod rządami Wilsona Fiska chyli się ku upadkowi, a Matt Murdock próbuje wyrzucić go ze stanowiska, trafiamy do kameralnej przestrzeni, czyli włoskiej dzielnicy tego miasta, w której niepokoje społeczne rosną po tym, jak Punisher pozbył się gangsterów, braci Gnucci. Frank Castle jest jednak niczym żywy trup, który ma dość otaczającego go świata.
Nowa opowieść Marvela zaczyna się zaś od tego, że ktoś… skrzywdził psa. Fani serii filmów akcji, w której Keanu Reeves wykańcza na wszelkie sposoby tabuny przestępców, mogą się domyślać, jaki będzie ciąg dalszy, ale tutaj Marvel robi nam psikusa. Specjalna prezentacja podzielona jest na dwa akty, a pierwszy z nich pokazuje codzienność Franka i Castle’a, który nie ma po co żyć.
Punisher niczym John Wick
Były marine, który wreszcie się zemścił, leci tu na autopilocie: na zmianę ćwiczy, by zachować tężyznę fizyczną, jak i zapija się na umór, by uciszyć głosy w głowie. Te nie dają mu spokoju. Z jednej strony się izoluje, a z drugiej rozmawia zarówno z duchami swej rodziny i dawno zmarłych braci broni, jak i z widmami ludzi, którzy żyją, a wcześniej odcisnęli piętno na jego psychice.
Dla osób, które oczekiwały po trwającym ok. 40 minut „Punisher: Ostatnie starcie” samego naparzania, mogą być tym faktem nieco rozczarowane, ale ja tam jestem zachwycony pomysłem, jaki miał na rozwój tej postaci Marvel. Jon Bernthal, który miał swój udział w pisaniu scenariusza, od dawna mówił, że chciał tej postaci oddać sprawiedliwość i to mu się udało.
Frank Castle to nie jest maszyna pozbawiona uczuć, tylko człowiek, który przeżył coś niewyobrażalnego. Zmieniło go to i stał się mordercą, a chociaż z pewnego punktu widzenia niczym seryjny zabójca zbiera trofea, to nie zatracił w całości swojego człowieczeństwa. Jest jednocześnie niczym uśpiony wulkan, który w każdej chwili może wybuchnąć, a wtedy biada tym, co staną na jego drodze.
I o tym wybuchu opowiada druga część „Punisher: One Last Kill”.
Mniej-więcej w połowie specjalnej prezentacji Franka Castle’a odwiedza tajemnicza postać, która informuje go, iż jego życie niedługo się zakończy. Ten przyjmuje to ze stoickim spokojem, bo i tak nie ma już dla kogo żyć. Coś jednak sprawia, że decyduje się, by po raz kolejny stanąć do walki, a fani akcyjniaków z lat 80. dostają dzięki temu prawdziwą ucztę.
Przedzierający się przez tabuny przerysowanych gangusów, podnosząc z ziemi coraz to nowe gnaty niczym w grze wideo, przedziera się przez kolejne lokacje. Choreografia walk stoi tu na wybitnym poziomie i każda scena i każde kolejne ujęcie budzi podziw. Napięcie budowane jest stopniowo, dokładnie tak, jakbyśmy tego oczekiwali, przed nadchodzącym katharsis.
Najlepsze jest zaś to, że „Punisher: Ostatnie starcie” jest przewidywalnie nieprzewidywalny. Do samego końca nie wiemy, jak zachowa się Frank, gdy postawiony będzie przed trudnym wyborem. Czy władzę nad Castle’em przejmie drzemiąca w nim bestia, czy też górę wezmą mimo wszystko ludzkie odruchy? Te pytanie zadajemy sobie aż do ostatniej sceny.
A w jaki sposób „Punisher: One Last Kill” łączy się z resztą MCU?
Okazuje się, że… żadnych większych powiązań tu nie ma, bo to zamknięta historia! I całe szczęście, bo dzięki temu nie dostaliśmy festiwalu zbędnych cameo, tylko skupiliśmy się na Franku i tym, co Castle przeżywa. Twórcy nie ignorują jednak MCU i zadbali, by Punisher z zakończenia „One Last Kill” był spójny z tym, którego widzieliśmy już w zwiastunie „Spider-Man: Brand New Day”.
Tego natomiast, w jaki sposób dokładnie „Punisher: Ostatnie starcie” łączy się fabularnie z 2. sezonem „Daredevil: Odrodzenie” na osi czasu, nie ma co roztrząsać. Marvel podjął świetną decyzję, by w tego typu produkcjach mniej uwagi poświęcać na rozwijanie uniwersum, a więcej postaciom, ich motywacjom i temu, co przeżywają. Co jest świetną wróżbą na przyszłość.
Czytaj inne nasze teksty poświęcone postaci Punishera:
Specjalna prezentacja to z jednej strony takie studium przypadku redefiniujące rolę Punishera w Marvel Cinematic Universe i otwierające drogę kolejnym scenarzystom, by czerpać z tej postaci to, co najlepsze, a z drugiej naprawdę soczysta opowieść. Tę można uznać nie tylko za nieodpowiednią dla dzieci, ale też faktycznie kierowaną nie tylko do dorosłego, ale i do dojrzałego widza.
„Punisher: Ostatnie starcie” można już oglądać w serwisie Disney+.


















