Podczas zorganizowanego przez „Variety” i CNN spotkania na Uniwersytecie Teksańskim w Austin, Timothée Chalamet nareszcie odniósł się do „Diuny: Części Trzeciej”, która zwieńczy trylogię Denisa Villeneuve’a pod koniec 2026 r. Młody aktor opowiedział o swoim ostatnim występie w tym uniwersum w typowy dla siebie, dość buńczuczny sposób.

Timothée Chalamet określił finałową część filmowej trylogii „Diuny” jako „najbardziej niepokojącą” odsłonę całej serii. Wyjaśnił, że podczas pracy Villeneuve’em on oraz reszta obsady wypracowali wyjątkowy rytm pracy twórczej; ponadto nowy rozdział okazał się, jego zdaniem, artystycznie odważny (padają słowa o „dużym ryzyku”). Artysta zapowiada coś więcej niż „jedynie” monumentalne czy epickie widowisko w typowo blockbusterowym sensie. Każdy fragment obrazu miał być traktowany jako „święty”, bez miejsca na twórczą rutynę czy samozadowolenie.
Chalamet przyznał również, że jego rola czerpała z kreacji Heatha Ledgera w „Mrocznym Rycerzu” oraz Marlona Brando w „Czasie apokalipsy” - czyli z występów aktorów, którzy potrafili „przemycić coś własnego”, wnosili unikalny styl artystyczny, nawet w kinie o ogromnej skali produkcyjnej.
Diuna 3: Chalamet chciał być jak najwięksi
Młody aktor słynie z niezbyt skromnych wypowiedzi i bardzo agresywnie promuje swój najnowszy obraz - „Marty Supreme” - podkreślając, że jego zdaniem zasłużył na Oscara. Przypomnę, że kilka miesięcy temu aktor sam stwierdził, że przez ostatnie „siedem-osiem lat” dostarczał widzom „role na najwyższym poziomie”.
Nie da się ukryć: Marty to zdecydowanie najlepsza rola w jego karierze i przygotowywał się do niej długo i skrupulatnie. Nie brakuje jednak głosów, według których autokreacja Chalameta momentami irytuje i sugeruje potężny przerost ego. Chciałoby się rzec: dajcie mu już tego Oscara, niech spuści z tonu i skupi się na aktorstwie dla sztuki, nie dla nagród.
Trzeba mu jednak przyznać, że tym razem nieco się zreflektował. Gdy zorientował się, że jego słowa mogą zostać odebrane jako stawianie się na równi z Ledgerem lub Brando, szybko doprecyzował:
Nie mogę stawiać się w tym samym rzędzie... powiedzmy raczej, że chodzi o wielkie filmy, w których można przemycić coś nieoczywistego. Niespodziewany zwrot.
Wróćmy jednak do samej „Diuny”. Chalamet potwierdził, że „trójka” to będzie jego ostatnim obrazem w tym uniwersum.
Choć wczesne doniesienia wskazywały, że produkcja będzie zatytułowana „Mesjasz Diuny”, ostatecznie studio Warner Bros. wydaje się skłaniać ku zwykłej numeracji („Diuna: Część trzecia”). Może to sugerować, że Villeneuve sięgnie nie tylko po wydarzenia z powieściowego „Mesjasza”, lecz także po elementy czwartej książki: „Dzieci Diuny”. Do obsady dołączyli bowiem Nakoa-Wolf Momoa oraz Ida Brooke jako Leto II i Ghanima, czyli dzieci Paula Atrydy (Chalamet) i Chani, granej przez Zendayę. Ich obecność potęguje plotki o znaczącym przeskoku czasowym w nadchodzącej kontynuacji.
Ponieważ było to moje pożegnanie z „Diuną”, pracę na planie traktowałem jako coś absolutnie wyjątkowego. Zamiast wpaść w rutynę, przy trzeciej części celowo wrzuciłem wyższy bieg. Czułem, że kusi mnie, by osiąść na laurach, dlatego starałem się z tym walczyć. Szczególnie przy tej trzeciej części wszystkie te wspaniałe rzeczy, które widzicie na ekranie, wynikają ze swobody i wolności wyboru. A z Denisem naprawdę złapaliśmy dobry rytm. To najbardziej niepokojąca część. To odważna zmiana.
Studio Warner Bros. podtrzymuje datę premiery wyznaczoną na 18 grudnia 2026 r. - dokładnie ten sam dzień, w którym do kin trafi widowisko „Avengers: Doomsday”.
Czytaj więcej:



















