Chwilę temu na HBO Max wpadł kostiumowy film akcji z zeszłego roku. "Tornado" z miejsca porwało użytkowników platformy. Od swojej premiery produkcja nie schodzi z pierwszego miejsca topki najpopularniejszych tytułów w naszym kraju. Czy słusznie?

"Tornado" zabiera nas do XVIII-wiecznej Szkocji. To właśnie tam grupa oprychów ściga młodą kobietę. Osaczają ją, grożą jej, nie cofają się przed niczym, żeby tylko odzyskać swoje złoto. Ona przestraszona chowa się przed nimi w położonej gdzieś na odludziu posiadłości. Szuka wyjścia. Wie, że z napastnikami nie ma żartów. Pustkowia, brak cywilizacji, surowa przestrzeń, w której panuje tylko prawo silniejszego od razu narzuca skojarzenia z westernami. Ale to film samurajski.
Bo tytułowa Tornado nie jest bezbronną dziewczyną. Ze swoją azjatycką urodą wśród Europejczyków może się taka wydawać. Sprawia wrażenie osobnej, wyrwanej ze swojego naturalnego środowiska, z innej bajki wręcz. To czyni ją ofiarą idealną. Przynajmniej dopóki nie decyduje się walczyć. Należy do wędrownej grupy, w której ćwiczy posługiwanie się mieczem pod czujnym okiem ojca samuraja. Kiedy akurat nie wymieniają ciosów, odgrywają dla widzów teatrzyk kukiełkowy, rodem z wyobraźni Quentina Tarantino.
Tornado - opinia o filmie akcji na HBO Max
Po brutalnej śmierci rodzica Tornado przechodzi na naszych oczach transformację. Z kruchej dziewczyny w prawdziwą wojowniczkę. Scenarzysta i reżyser John Maclean rzuca nam jednak wyzwanie. Opowieści o poszukiwaniu zemsty nie serwuje nam w rytm kolejnych bójek i pościgów. Tak samo jak w pełnometrażowym debiucie, lubi dekonstruować gatunkową konwencję. Zwalnia tempo, każąc bohaterom mówić oszczędnie i z długimi pauzami. I to właśnie takim ich gadaniem przeprowadza nas przez swoją historię. To świadomy wybór artystyczny. Twórca stawia na atmosferę i medytacyjny klimat, kiedy uwodzi nas malowniczymi kadrami. Na ekranie nie dzieje się co prawda tak dużo, jakbyśmy sobie tego życzyli, ale robi się całkiem duszno.
"Tornado" nie pędzi do przodu, niszcząc wszystko na swej drodze. To film, który lubi się zatrzymać, zastanowić się, pokontemplować. Dlatego bohaterowie zachowują się, jakby urwali się z "Ghost Doga". To ich filozofowanie o ludzkiej egzystencji na początku drugiej połowy produkcji staje się wręcz męczące. Nie mówimy tu przecież o pogłębionych psychologicznie postaciach, a figurach. Maclean nie zawraca sobie nawet głowy, żeby większości nadać imiona, ksywki, cokolwiek. To by tylko rozpraszało, a reżyser jest skupiony na głównym wątku. Odnajdywaniu wewnętrznej siły, poszukiwaniu zemsty, kumulacji wewnętrznego chaosu, żeby precyzyjnie go wycelować przed uderzeniem.
Dostajemy film nie tyle gęsty, ale na pewno ciasny. Ciągle podążający za jedną konkretną myślą, którą obudowuje większymi ambicjami. Udaje mu się zadać parę ciekawych pytań na temat tożsamości, sprawiedliwości i przetrwania w brutalnym świecie. W końcu porzuca jednak kontemplacyjność, aby w ostatnim akcie zmienić się w czyste, napędzane przemocą kino eksploatacji. Maclean wciąż nie stawia na widowiskowość, ale ucieka w przerysowaną przemoc. Szybkie, krótkie cięcia mieczem wystarczają, aby krew lała się na wszystkie strony. To wystarcza za nagrodę dla cierpliwych widzów. Wciąż nie daje się przy tym sprowadzić do gatunkowych atrakcji. Po prostu daje ujście napięciu, które "Tornado" dotychczas kumulowało niczym cisza przed burzą. Nie po to, żeby huknąć w nas z całą mocą, a chłodno potwierdzić ustalone na początku reguły gry.
Więcej o HBO Max poczytasz na Spider's Web:



















