REKLAMA
  1. Rozrywka
  2. Filmy /
  3. VOD
  4. Netflix /

„Śnieżne bractwo” to mrożąca krew w żyłach walka o przetrwanie. Groza jeszcze nigdy nie była tak piękna

J.A. Bayona, twórca nierówny, choć częściej doceniany niż krytykowany, we wrześniu ubiegłego roku w Wenecji zaprezentował światu swoje najnowsze dzieło: dramat pt. „Śnieżne bractwo”, który teraz trafił do oferty Netfliksa. I choć część bezkrytycznych zachwytów wydaje mi się odrobinę przesadzona, z całą pewnością mamy do czynienia z jednym z najlepszych obrazów twórcy (wybaczcie - numer 1 to wciąż „Sierociniec”).

08.01.2024
18:28
śnieżne bractwo film netflix opinie recenzja
REKLAMA

J.A. Bayona zrehabilitował się po tragicznym „Jurassic World: Upadłe królestwo”, dając widowni wspaniałe, międzynarodowe kino katastroficzne. „Śnieżne bractwo” to nie tylko jeden z najsolidniejszych obrazów w portfolio hiszpańskiego twórcy - jestem zdania, że mamy do czynienia z jednym z najpiękniejszych wizualnie (o ile nie najpiękniejszym) survivalowym tytułem w historii kina. Zgadza się: „Śnieżne bractwo” to przede wszystkim uczta dla oka, przepięknie i bezkonkurencyjnie zrealizowana opowieść o ludzkim dramacie i bezwzględnej naturze. I choć pozostałe jego elementy nie są już tak wyborne, jestem skłonny zachęcać was już w pierwszym akapicie: zobaczcie ten film.

Fabuła skupia się na katastrofie samolotu zmierzającego w Andy w Urugwaju w 1972 roku. Jest to adaptacja książki Pabla Vierciego pod tym samym tytułem, która udokumentowała relacje wszystkich 16 ocalałych z wypadku osób (Verci znał wiele z nich od dziecka). Mamy zatem do czynienia z produkcją opartą na prawdziwych wydarzeniach, w której wystąpili aktorzy z Urugwaju i Argentyny - w większości nowicjusze. Po sukcesie na 80. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji wybrano go jako kandydata do nagrody dla najlepszego międzynarodowego filmu fabularnego 96. ceremonii rozdania Oscarów.

Czytaj więcej o filmowych nowościach w Spider's Web:

REKLAMA

Śnieżne bractwo - recenzja filmu

Nie widziałem jeszcze wszystkich poprzednich filmowych prób opowiedzenia o ocalałych z katastrofy lotu 571. Wydaje mi się jednak, że Bayona ustrzegł się wielu błędów, które notorycznie popełniają twórcy podobnych obrazów. Jasne, mówimy o tragicznej historii, którą trudno przełożyć na jakiekolwiek medium (a tyczy się to właściwie wszystkich opartych na tragediach produkcji - niezwykle trudno jest przecież uchwycić wszystko to, co dzieje się wówczas z człowiekiem i w człowieku), więc i tym razem nie jest doskonale. Ale czy w ogóle mogłoby być?

Śnieżne bractwo

Z całą pewnością Bayona rozsądnie podchodzi do bohaterów - początkowo traktujemy ich po prostu jako grupę; nikt się w niej specjalnie nie wyróżnia, a i twórca nie stara się nakreślić przed widzem indywidualności czy złożoności charakterów. Wszystko się zmienia, gdy dochodzi do katastrofy - to wówczas wyłaniają się wielopoziomowo nakreślone, autonomiczne osobowości. Reżyser nie próbuje nam wmówić, że to tragedia zmienia człowieka - przypomina, trafnie zresztą, że jest to raczej moment ujawnienia prawdy. Tego, kim i jaki dany człowiek jest w istocie.

W pierwszych chwilach i dniach katastrofa dotyka każdego w podobny sposób, z czasem jednak podejścia i reakcje ulegają zmianom. Przetrwanie nie jest uzależnione jedynie od wytrzymałości fizycznej, ale i - a nawet bardziej - psychicznej; od kondycji umysłu. I choć początkowo wszystko wydaje się utrzymane w ryzach, tym bardziej, że lider - jak to zwykle bywa - wyłania się sam, naturalną drogą, w pewnym momencie nadchodzi czas podejmowania najtrudniejszych decyzji. Przetrwają ci, którym pozwoli na to umysł. Wydaje mi się, że Bayona zręcznie oddał ten fascynujący, ale i niepokojący komponent historii. 

REKLAMA

Można powiedzieć, że więcej w "Śnieżnym bractwie" filozofii niż wielkich, nieprzyjemnych emocji - i możliwe, że coś w tym jest.

Jak na skalę dramatu, o którym opowiada film, zaskakująco często odnosiłem wrażenie wypłaszczenia. Zamiast drżących rąk, napięcia i smutku, widz czuje raczej melancholię. Cudowne zdjęcia Pedra Luque zachwycają, podkręcają medytacyjny nastrój - i choć konsekwentnie przypominają, że śmierć czai się tu na każdym kroku, całość obrazu wydaje się bardziej uniwersalno-refleksyjna (a momentami, o zgrozo, patetyczna i nieco nadęta) niż przejmująca.

Nie wiem, czy odarcie tej prawdziwej, straszliwej historii z grubej warstwy bólu i przerażenia to uczciwy zabieg. Z drugiej - doceniam skupienie się na międzyludzkiej dynamice oraz sprawność w pobudzaniu pierwotnej fascynacji tymi niebywale trudnymi okolicznościami. Prowokuje ona do empatyzowania i zadawania pytań o samych siebie - czy udałoby nam się przetrwać? Do czego bylibyśmy zdolni? Czy wybilibyśmy się na prowadzenie, czy może poddali się już na samym początku? Jest szczerze, wnikliwie, wiarygodnie oraz, co najważniejsze, bez moralizatorstwa. Rusza, czasem wstrząsa, choć w nieco inny sposób, niż można było przypuszczać - a wygląda tak, że trudno nie dać się zahipnotyzować. Doceniam.

REKLAMA
Najnowsze
Zobacz komentarze
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA