W HBO Max zadebiutowała nowa oryginalna czarna komedia platformy: serial „DTF St. Louis”, w Polsce wydany jako „Chętni na seks”. Na szczęście ten dość niezręcznie brzmiący polski przekład tytułu to - przynajmniej jak na razie - zdecydowanie najsłabsza część produkcji.

„Chętni na seks” to siedmioodcinkowy miniserial skupiony na trójkącie miłosnym, w który zaangażowane są trzy osoby w kryzysie wieku średniego: Floyd, Clark i Carol. Floyd Smernitch (David Harbour) jest tłumaczem języka migowego, który wiedzie spokojne życie wraz ze swoją żoną Carol (Linda Cardellini) oraz jej sprawiającym problemy nastoletnim synem Richardem. Podczas transmitowanej na żywo relacji pogodowej ratuje meteorologa Clarka Forresta (Jason Bateman), w następstwie czego obaj mężczyźni szybko się zaprzyjaźniają.
Podczas jednego z przyjacielskich spotkań rodzin, Clark opowiada Floydowi o aplikacji o nazwie „DTF St. Louis” (możecie sobie wygooglować ten wulgarny akronim), która łączy małżeństwa zainteresowane „ożywieniem” swojego życia intymnego. Obaj mężczyźni przyznają, że ich fizyczne pożycie w związkach nie układa się najlepiej. W końcu Floyd zgadza się spotkać z Clarkiem, aby wspólnie założyć profile w aplikacji. Kilka tygodni jeden z nich straci życie.
Policyjne śledztwo stopniowo odsłania, co naprawdę wydarzyło się między Clarkiem, Floydem i Carol.
Chętni na seks - co obejrzeć w HBO Max?
Wbrew tytułowi: to wcale nie jest serial skupiony na seksie. To raczej opowieść z nurtu tzw. suburban noir - historii skupionych na tragediach i zbrodniach popełnianych w ładnych domach i zadbanych ogrodach klasy średniej i średniej wyższej. Bohaterowie takich produkcji często zadają sobie pytania pokroju: „czy to już wszystko, co życie może mi dać?”; to ich egzystencjalna pustka staje się główną motywacją, która prowadzi do katastrofy.
„Chętni na seks” charakteryzują się złożonymi emocjonalnie relacjami podszytymi niewielką dawką absurdu, niewygodnym humorem, napięciem budowanym za pośrednictwem dialogów, świetnie wyważoną mieszanką kryminału, tragedii i komedii oraz charakterystyczną, nieustępliwą atmosferą w stylu „okej, coś tu nie gra”. Ten slow-burn w bardzo trafny, przekonujący sposób podejmuje tematy lęku przed przeciętnością, wspomnianego kryzysu wieku średniego (a zatem i rosnącej potrzebie bycia pożądanym), stopniowego przekraczania moralnych granic przez zwyczajnych ludzi, iluzji bezpieczeństwa amerykańskich przedmieść czy męskiej przyjaźni i rywalizacji. I znakomicie pokazuje, w jaki sposób za fasadą uroczych amerykańskich przedmieść rodzą się zachowania ryzykowne, nielegalne, a wreszcie przestępcze. Serial jest raczej zbyt skupiony na charakterach postaci, by nazwać go satyrą, ale subtelnie mruga do widza, podkreślając drobne absurdy tych sfer społecznych: to jak przemoc potrafi eskalować w najbardziej banalnych, nudnych przestrzeniach, które przez lata budowały mit bezpieczeństwa.
Niewielu aktorów tak doskonale wpasowuje się w rolę „zwykłego człowieka”, którego życie wymyka się spod kontroli, jak Jason Bateman - „Chętni na seks” to jego najlepszy występ od lat, choć Jenkins i Cardellini depczą mu po piętach (zresztą -w tej obsadzie nie uświadczycie słabego komponentu). Moim zdaniem jednak ostatecznie prym wiedzie Harbour jako przyzwoity gość, który w sumie lubi swoje życie, ale zastanawia się, czy jednak nie istnieje coś, co mógłby zrobić, by stać się szczęśliwszym człowiekiem. Sposób pisania i prowadzenia tej postaci już w pierwszym odcinku daje do zrozumienia, że nie mamy do czynienia (na szczęście!) z tytułem, który zamierza szydzić z seksualności ludzi w średnim wieku czy (banał) w typowy sposób drwić z idei amerykańskich przedmieść. Z humorem pod rękę idzie empatia, a komizm nie ośmiesza bohaterów, do których twórca - Steven Conrad - podchodzi uczciwie i ze zrozumieniem. Właśnie dlatego są tak wiarygodni, a ich rys psychologiczny służy specyficznej atmosferze produkcji.
Póki co ogląda się to świetnie i zapowiada się na kolejną perełkę od HBO Max. W serwisie jest już dostępny pierwszy odcinek; media dostały dostęp do czterech z siedmiu. Rzecz jasna jak na razie nie sposób wydać jednoznacznego, pewnego werdyktu, mogę jednak przyznać: zaczęło się świetnie. Na zachodzie przeważają pozytywne opinie, a najczęstszym zarzutem względem tytułu jest fakt, że całość, choć nie nudzi, wydaje się nieco rozciągnięta i być może lepiej sprawdziłaby się jako film. Z drugiej strony: jest to historia bazująca na postaciach i aktorskich niuansach, z których lwiej części z pewnością nie doświadczylibyśmy w wersji filmowej. Tak czy inaczej: zdecydowanie warto sprawdzić i śledzić, jak się to wszystko rozwinie. Potencjał jest ogromny.
Czytaj więcej:
- To jeden z najważniejszych kryminałów XXI w. Netflix dodał wszystkie sezony
- Tom Holland i Zendaya wzięli ślub. Nie dziwię się, że się nie chwalili
- Catherine O'Hara pośmiertnie nagrodzona. Wzruszająca przemowa
- Widzowie ocenili nowy sezon Rodzinki.pl. Nie jest dobrze
- Najlepszy reżyser samego siebie. Kim jest Bradley Cooper?



















