Trzykrotnie nominowany do Oscara jako aktor, dwukrotnie jako reżyser. Za każdym razem zarzuca mu się, że desperacko pragnie tej nagrody. Najnowszy film Bradleya Coopera nie ma żadnych szans na realizację tych ambicji. Może właśnie dlatego warto przy okazji "Czy mnie słychać?" dać mu szczególną szansę i ostatecznie przekonać się, czy/że gdy stoi za kamerą, to ma wiele do zaoferowania.

Kilka lat temu Bradley Cooper dołączył do grona aktorów, którzy postanowili spróbować swoich sił w reżyserskim fachu. Szlaki przetarli mu wielcy: Clint Eastwood, Tommy Lee Jones, Ben Affleck, George Clooney, ostatnio członkami tego "klubu" stali się również Scarlett Johansson i Harris Dickinson. Każde z nich udowodniło, że talent aktorski nie musi się wykluczać z reżyserską jakością. Cooper, wbrew temu, co usiłuje się nieraz forsować w przestrzeni publicznej, również jest na to dowodem.
Bradley Cooper wita w świecie artystów. Zaczyna od muzyki
Aż ciężko uwierzyć, że od debiutu w tej roli minęło 8 lat. To w 2018 roku, momencie premiery "Narodzin gwiazdy", po raz pierwszy zobaczyliśmy Coopera jako reżysera. Na poziomie wyboru nie wzbił się na specjalne wyżyny oryginalności - swoją twórczą przygodę rozpoczął od trzeciego remake'u historii, za którą po raz pierwszy zabrano się przed wybuchem II wojny światowej. Pierwsi byli Janet Gaynor i Fredric March, potem duet Judy Garland i Jamesa Masona, Barbra Streisand z Krisem Kristoffersonem. W nowej wersji Cooper postawił na Lady Gagę oraz samego siebie.
Cooper uznał siebie wówczas za multitalent, który wyreżyseruje film, będzie współtworzyć scenariusz, zagra główną rolę i zaśpiewa. Biorąc pod uwagę towarzystwo Gagi, dorównanie jej pod tym ostatnim kątem szczególnie karkołomnym zadaniem, jednak z każdego z powyższych wyszedł zwycięsko. Zwłaszcza jako reżyser, który udanie zmierzył się z ryzykiem recyklingu znanej historii. Za sprawą "Narodzin gwiazdy" udało mu się opowiedzieć historię trudnej, wymagającej emocjonalnie, ale szczerej miłości, showbiznesu zjadającego indywidualność oraz (może przede wszystkim) tego, jak osobiste ambicje wpływają na relację, zwłaszcza, gdy mamy do czynienia z relacją dwóch artystycznych dusz. Świetnie uchwycił to zarówno jako narrator, oraz główny bohater tej opowieści - Jackson Maine, który resztki swojej kariery topi w alkoholu i narkotykach. Cooper-aktor i Cooper-reżyser to w tym filmie równorzędni, znakomici gracze.

Debiutujący za kamerą aktor nadał "Narodzinom gwiazdy" nowe życie, pokazał, że umie opowiadać o artystycznym świecie, osobistych ambicjach konfrontujących się z nim, a także osobistych dramatach, które wskutek tego wybrzmiewają. Nie zdziwiło zatem, że jego kolejnym wyborem okazał się "Maestro" - biografia legendarnego kompozytora, Leonarda Bernsteina. Stworzony dla Netfliksa film traktował o egocentryku, którego wszędzie pełno, pasjonacie pełnym fascynacji (często wobec samego siebie), człowieku trudnym, ale równocześnie pełnym uroku.
Podobnie jak w "Narodzinach gwiazdy", Bradley Cooper i tu stanął za kamerą oraz wcielił się w główną rolę. Wykazał się również twórczą konsekwencją - znacznie bardziej niż Bernsteinowi-dyrygentowi, w "Maestro" Cooper przygląda się Bernsteinowi-człowiekowi, a także jego długiej relacji z żoną Felicią (Carey Mulligan). Ta jest fascynująca od samego początku, nie traci na swojej żywotności: od startu znajomości dwojga jeszcze młodych, marzycielskich i świadomych swoich cech dwojga ludzi po dramatyczny, ale oszczędny w ekspresję koniec. Poprzez swój film Cooper prowokuje pytania o siłę i jakość uczucia Bernsteinów, gdzie mieściła się granica akceptacji i zgody na dany stan rzeczy.
Cooper-aktor jest w "Maestro" zupełnie jak Bernstein - charyzmatyczny, żywiołowy, wypełniający całym sobą otoczenie. Doskonale wychodzi mu (w większości) pozbawione przerysowań portretowanie człowieka - dosłownie i w przenośni - trudnego, w niemal każdej sferze życia. Szczególnie mocno uderzyły mnie ujęcia pośród napisów końcowych, prezentujące rzeczywistego Bernsteina. To był dla mnie przygniatający moment, w którym ostatecznie doszło do mnie, jak znakomicie aktor oddał wizualne, fizyczne manieryzmy artysty.

Choć nie był to film pozbawiony błędów (za często porzuca jedną z istotniejszych części osobowości Bernsteina - muzyczną), widać w nim urzekającą pasję, pracę i oddanie Coopera wobec tego projektu - zarówno gdy mowa o znakomitej, intensywnej pracy aktorskiej, jak i o reżyserii. Podaje wydarzenia z życia głównego bohatera w sposób nieoczywisty, daleki od suchej faktografii czy wyliczanki rodem z Wikipedii. To film formalnie ambitny, odważny, brawurowy. Czasami potykający się o swoje aspiracje, ale udowadniający, że im więcej pracy Bradley Cooper wykona nad swoim warsztatem, tym ma większe szanse być lepszym reżyserem niż aktorem.
Do trzech filmów sztuka. Co pokaże nam Bradley Cooper?
Na ekranach kin możemy już oglądać "Czy mnie słychać?", najnowszy, trzeci film w reżyserii Coopera i - co istotne - pierwszy, w którym nie gra głównej roli (zamiast tego znajdziemy go na drugim planie). Oddaje miejsce Willowi Arnettowi, wcielającemu się w Alexa, mężczyznę poszukującego sensu życia po rozpadzie małżeństwa i rozwodzie, nieoczekiwanie odnajdującego się w stand-upie. Widać, że Cooper nie chce rozstać się ze światem artystycznym, ale tym razem ugryzie go z nieco innej strony. Czy skutecznie?
"Czy mnie słychać?" od 27 lutego w kinach.
Czytaj więcej na Spider's Web:
- Uniwersum Venoma wraca. Pomysł na nowe filmy to szaleństwo
- Nie wierzcie ocenom Dźwięku śmierci. Ten horror to zaskoczenie
- Jack Sparrow ma wrócić na wielki ekran. Nowa postać w Piratach z Karaibów
- Gdzie kończy się troska, a zaczyna opresja? Helena Ganjalyan i Bartosz Szpak o filmie Glorious Summer
- Buc Tarantino obraził kolejnego aktora. Dostał odpowiedź



















