REKLAMA

Czy Projekt Hail Mary to arcydzieło science fiction? Mnie rozczarował

„Projekt Hail Mary” stał się wielkim hitem jeszcze przed premierą; to jeden z tych obrazów, które zawczasu określa się mianem „prawdopodobnie najlepszego przedstawiciela gatunku ostatnich lat”. Ceniony materiał źródłowy, grupa zdolnych twórców, umiejętnie zmontowane zwiastuny i, rzecz jasna, oblicze Ryana Goslinga na pierwszym planie, wywindowały oczekiwania publiczności, jednocześnie sprawiając, że lwia jej część jest pewna nie tylko sukcesu, ale i jakości tej produkcji. Słusznie?

OCENA :
7/10
projekt hail mary film recenzja opinia kiedy premiera kino obsada
REKLAMA

Ryland Grace (Ryan Gosling) budzi się kapsule medycznej na pokładzie statku kosmicznego. Nie ma pojęcia, jak się tam znalazł - ba, nie jest nawet pewny, kim tak naprawdę jest. Niestety, nikt nie może mu tego wyjaśnić - znajduje się bowiem tak daleko od Ziemi, że nawiązanie kontaktu jest niemożliwe, a pozostałych dwoje pasażerów niestety nie przeżyło podróży.

Wraz z rozwojem „Projektu Hail Mary” Grace stopniowo odzyskuje wspomnienia - odkrywa nie tylko naturę kryzysu, który zagraża Ziemi, lecz także uświadamia sobie, że nie jest dokładnie takim człowiekiem, za jakiego się uważał.

Podobnie jak w „Marsjaninie”, innej adaptowanej na film kinowy powieści Andy’ego Weira (za oba scenariusze odpowiada Drew Goddard), fabuła przeskakuje między teraźniejszą misją kosmiczną a retrospekcjami wyjaśniającymi, w jaki sposób Ryland Grace znalazł się w tej problematycznej, pisząc eufemistycznie, sytuacji. 

REKLAMA

Projekt Hail Mary - recenzja filmu

Choć najwięcej ciepłej rozrywki „Projekt” dostarcza za pośrednictwem kwitnącej, międzygatunkowej przyjaźni między Grace’em a Rockym - przybyszami z odległych od siebie światów, którzy chcą za wszelką cenę je ocalić - to właśnie ten pierwszy protagonista stanowi rdzeń całej opowieści; jest jej sercem, motorem napędowym, fundamentem. Grace jest z jednej strony przystępny, zabawny, dający się lubić, z drugiej - niedoskonały i bardzo w tej niedoskonałości ludzki. Mówimy o bohaterze bardzo dalekim od stereotypu heroicznego zdobywcy kosmosu i zbawcy ojczystej planety. To raczej niepewny, niechętny facet, człowiek pełen wątpliwości i słabości, które nadają mu autentyczności i psychologicznej głębi.

To, co w „Projekcie” najlepsze, to właśnie spojrzenie na człowieka: na jego obawy, niechęć do podjęcia ryzyka, lęk, egocentryzm, ale i próby zmierzenia się z nimi. Na ten wspaniały moment odkrycia w sobie odwagi, która umożliwia podjęcie walki nawet wtedy, gdy sam wydaje się sobie przegrany. Dzieło Christophera Lorda i Philipa Millera szczyci się piękną i inspirującą, choć raczej prostą wewnętrzną podróżą bohatera.

Poza tym całość pozostaje wierna ulubionym motywom Weira: kompetencji w obliczu przeciwności, determinacji w walce o przetrwanie oraz potęgi nauki. To historia o rozwiązywaniu problemów: eksperymentach, obliczeniach, próbach i błędach. Antagonistą są tu tzw. astrofagi - obca forma życia, która przemieszcza się od gwiazdy do gwiazdy niczym wirus, stopniowo je wygaszając. Jednym z najciekawszych elementów tej koncepcji jest fakt, że astrofag pozostaje całkowicie obojętny wobec cywilizacji, które przez to niszczy. Nie można go zastraszyć ani z nim negocjować. Jedynym rozwiązaniem pozostaje więc nauka - i to ona jest tu kolejnym kluczowym bohaterem niezbędnym do ocalenia ludzkości. Tuż obok niej: poświęcenie.

Ekspozycja jest tu ograniczona do minimum koniecznego dla rozwoju fabuły i intelektualnego komfortu widza. Dzięki zgrabnej, angażującej strukturze narracyjnej, w której historia rozwija się równolegle z dwóch punktów wyjścia, akcja wartko posuwa się naprzód, a kolejne odkrycia na obu osiach wzbudzają coraz większą ciekawość.

Również przesłanie jest czytelne i klarowne: w obliczu planetarnej katastrofy jedyną nadzieją pozostaje ludzka pomysłowość wsparta wspomnianą solidną nauką. Równie istotna okazuje się jednak gotowość do współpracy z tymi, którzy są od nas różni. Film gloryfikuje współpracę nade wszystko - właśnie za pośrednictwem wspomnianych interakcji między Grace’em a Rockym. Relacja między bohaterami staje się emocjonalnym centrum tej historii: opowieścią o zaufaniu, przyjaźni i wspólnym rozwiązywaniu problemów mimo skrajnej różnicy biologii i kultury.

Czytając powyższe, być może dojdziecie do wniosku, że pozwoliłem sobie na zbyt wiele uproszczeń, sprowadzając „największe dzieło science fiction” ostatnich lat do paru truizmów.

Rzecz w tym, że „Projekt Hail Mary” to - wbrew moim oczekiwaniom - film raczej prosty, oczywisty i dosłowny.

Co, rzecz jasna, samo w sobie nie musi być wadą; właśnie tego oczekujemy od większości animacji Disneya dla widza w każdym wieku. Osobiście jednak liczyłem na coś więcej względem widowiska, które rości sobie pretensje do tytułu jednego z najważniejszych przedstawicieli gatunku ostatnich lat.

Przyszedł czas na gorzki akcent - bo choć uważam „Projekt” za naprawdę udany film, ostatecznie wyszedłem z seansu rozczarowany. Lord i Miller postawili na rozrywkę, frajdę i luz, choć stawka jest niebywale wysoka. I wpompowali tu tego luzu zbyt wiele. Komedia dominuje nad dramatem, scenariusz wygładza krawędzie, notorycznie upraszcza, redukuje ciężar, rozrzedza atmosferę, trywializuje temat. Obfituje też w bardzo szeroki zakres gagów - od tych błyskotliwych po slapstickowe, by nie rzec: infantylne. I choć bawiłem się nieźle i pośmiałem z resztą sali, czułem jednocześnie żal o to, że twórcy z taką zawziętością utrudniają mi pełne emocjonalne zaangażowanie i odczucie ciężaru tej przecież dramatycznej z natury opowieści.

Skrypt funduje też całą masę skrótów dotyczących komunikacji między Grace’em a jego przyjacielem z odległej planety. Rozumiem, że dramaturgia wymagała elementów łączących te dwie cywilizacje, punktów stycznych, wspólnych podstaw poznawczych, dzięki którym kooperacja i koleżeństwo są potencjalnie możliwe. A jednak obu jednostkom nie tylko zbyt łatwo udaje się nawiązać kontakt, lecz także okazuje się, że Rocky doskonale rozumie całą serię koncepcji zgodnych z naszym pojmowaniem rzeczywistości i ludzką kulturą. Oczywiście, język matematyki można uznać za coś prawdopodobnie uniwersalnego, oczekiwałbym jednak nieco większej złożoności portretów komunikacji między człowiekiem a tak obcą istotą.

Nie jest to, rzecz jasna, istotny problem - jedynie kolejny element, który obniża ton i podważa wiarygodność produkcji.

Wziąwszy też pod uwagę całą tę wręcz familijną otoczkę, niewyszukaną refleksję i nadmierną prostotę przekazu, dojdziemy do następującego wniosku: „Projekt Hail Mary” to świetna, rozrywkowa komedia dla całej rodziny. Niestety dla mnie: nie jest to w żadnym wypadku głęboko emocjonalne, wielowymiarowe, głębokie i porywające dzieło fantastyki naukowej, które dołączy do panteonu najwybitniejszych przedstawicieli gatunku. Ciepłe, optymistyczne, pouczające, świetnie zagrane (Ryan Gosling wkracza na szczyty wrażliwości), imponujące reżyserską kontrolą, obłędnie brzmiące i wyglądające (żadnego CGI, fantastyczne makiety i efekty praktyczne), ale dalekie od tego, na co pozwoliłem sobie mieć nadzieję. Trochę szkoda.

Projekt Hail Mary - w kinach od 20 marca.

REKLAMA

Czytaj więcej:

REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-03-10T10:37:02+01:00
Aktualizacja: 2026-03-10T10:08:31+01:00
Aktualizacja: 2026-03-10T08:58:18+01:00
Aktualizacja: 2026-03-09T19:11:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-09T14:22:22+01:00
Aktualizacja: 2026-03-09T12:42:52+01:00
Aktualizacja: 2026-03-09T12:35:15+01:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA