„Rooster” to zaskakująco ciepła komedia, która iskrzy od fenomenalnych dialogów, dowcipkuje sobie z uniwersyteckiej poprawności i jednocześnie opowiada historię bardzo subtelną. Jest to mieszanka niemal idealna. HBO Max przyniosło nam prawdziwy hit.

„Rooster” to tytuł serialu, ale też tytuł książkowej serii bestsellerów pisanych przez Grega Russo (Steve Carell). Greg ląduje pewnego dnia na uniwersytecie, na którym pracuje jego córka, a jego była żona jest tu fetowana jako jeden z tych absolwentów, który osiągnął spektakularny sukces. I choć on również może być dumny ze swoich osiągnięć, to znajduje się aktualnie w dołku, a jego sytuacji nie poprawia fakt, że pisane przez niego powieści są może i czytane, ale nie do końca pasują do uniwersyteckiego zadęcia.
Rooster – świetna komedia od HBO Max.
Greg bardzo stara się pomóc swojej córce, która znajduje się w kryzysie, a jednocześnie uciec z uczelni zaraz po zakończeniu swojego gościnnego wykładu. Szybko zostaje wciągnięty w grę rektora (John C. McGinley, którego znacie ze „Scrubs”) i tak się jakoś składa, że nasz bohater zostaje na dłużej.
Wszystko to dzieje się bardzo szybko, pomiędzy pędzącymi na złamanie karku wydarzeniami. Każdy dialog, każda scena popycha fabułę do przodu, a jednocześnie aż kipi humoru, często sytuacyjnego, a jeszcze częściej niezręcznego, którego centralnym punktem jest Carell. Zaskoczy was, bo zaskoczyło i mnie, jak dobrze jest to napisany serial. Nie ma w nim jednego zbędnego zdania, a żarty upakowane są jak w wybitnym stand-upie – co chwilę.
Ewidentnie twórca serialu Bill Lawrence (oraz Matt Tarses) przeszedł długą drogą. Od jego pierwszego wielkiego sukcesu, czyli „Scrubs” minęło 15 lat, a on w tym czasie robił bardziej i mniej udane seriale. Widać jednak, że w każdej z komedii eksperymentował z nowymi formami humoru. Znakiem rozpoznawczym jego scenariuszy są bardzo dynamiczne dialogi i intensywne relacje między bohaterami, które stanowią jądro wszystkich budowanych przez niego fabuł. Każda z rozmów przypomina starcia, wręcz potyczki, charakterów, wizji świata i uszczypliwego języka.
W „Roosterze” osiągnął on szczytową formę.
Moment, w którym pojawia się serial nie jest przypadkowy. Chyba jako społeczeństwo jesteśmy już po najintensywniejszym wzmożeniu moralnym, które czasem nazywa się poprawnością polityczną, czasem woke, a czasem znacznie mniej parlamentarnie. Słuszne skądinąd postulaty lewicy i reprezentantów mniejszości prowadziły niejednokrotnie do sytuacji kuriozalnych, zwolnień i cancelowania za często nieśmieszne żarty.
Amerykańskie uniwersytety najszybciej adaptowały nowe zasady. I to właśnie na progresywność uczelni jest powodem do wielu żartów w serialu. „Rooster” kręci bekę z relacji uczeń-wykładowca, wsadza w ten postępowy świat i odpychające kreatury, i pechowców, którzy ciągle robią coś, za co muszą stanąć przed komisją etyki. Wygląda to jak spuszczenie powietrza z napięcia, które było niemało przez ostatnie lata. W serialu (choć chciałbym unikać tu spoilerów), sprawy raczej toczą się komediowym, trochę baśnowym torem, co sprawia, że serial nabiera uczciwego dystansu do świata, który portretuje. Nie jest jednak manifestem politycznym, a raczej uroczym odreagowaniem napięcia.
Czytaj więcej w Spider's Web:
- Na ten film nikt nie chodzi do kina. Zaraz zarobi rekordową kwotę
- Film o Melanii Trump zaraz w kinach. Ja pójdę, ale wy się zastanówcie
- Amazon nie ma poczucia humoru. Nie pozwala na żarty z Melanii
- Amazon wydał majątek na film o pierwszej damie. Jest beka, bo nikt nie chce go oglądać
- Twórcy genialnego filmu żądają usunięcia ich muzyki z gniotu Amazona



















