REKLAMA

Kultowa seria horrorów nie traci wigoru. Ta krwawa telenowela nigdy mi się nie znudzi

Kultowa seria horrorów wciąż potrafi sprawić frajdę. Nowe wcielenie (a raczej - jak zwykle - wcielenia) Ghostface'a działają, jak za starych, dobrych czasów. "Krzyk 7" odcina się od poprzednich requeli, żeby powrócić do swoich korzeni. Robi to krwawo i zabawnie.

OCENA :
7/10
krzyk 7 recenzja premiera co obejrzeć opinie
REKLAMA

W jednej ze scen "Krzyku 7" Mindy, dobrze nam już znana filmowa nerdka, mówi, że tym razem chodzi wyłącznie o nostalgię. Jak każda poprzednia odsłona serii horrorów, tak i ta sama się w ten sposób interpretuje. Bo faktycznie chodzi w niej tylko o nostalgię. Tego można było się spodziewać już po samych zapowiedziach powrotu Neve Campbell do roli Sidney Prescott i występu Matthew Lillarda jako Stu Machera, którego nie widzieliśmy od jego śmierci w pierwszej części.

Oczywiście, od samego restartu "Krzyku" w 2022 roku przeszłość ciągle upomina się o swoje. Z tym że w dwóch poprzednich częściach chodziło o spuściznę poczynań następców Ghostface'a. Matt Bettinelli-Olpin i Tyler Gillett krytykowali fanowski fetysz kanonu i obsesję na punkcie true crime. Dziedzictwo masakry w Woodsboro przestało być osobiste. Urosło do rangi medialnego fenomenu, pod który podpinają się kolejni mordercy. Twórcy siódemki wyrzucają jednak pałeczkę przekazaną młodemu pokoleniu, niczym zakrwawione narzędzie zbrodni.

REKLAMA

Krzyk 7 - recenzja filmu

Już w pierwszej scenie rozliczanie się z dziedzictwem "Krzyku" staje w płomieniach. Dosłownie i symbolicznie, bo widzimy, jak fani horrorów i prawdziwych zbrodni wchodzą do escape roomu wzorowanego na domu Sidney, żeby Ghostface mógł ich zadźgać. To znak, sygnał, że twórcy wracają do korzeni serii. A któż mógłby to zrobić z większą klasą niż Kevin Williamson - scenarzysta dwóch pierwszych i czwartej odsłony horrorów?

W "Krzyku 7" Williamson zajął jedynie stołek reżysera. Za scenariusz odpowiada Guy Busick - współscenarzysta dwóch poprzednich części - który nie pławi się w rozkładaniu konwencji nowoczesnych slasherów na części pierwsze. Rozpoznawanie gatunkowych tropów zastępują liczne easter eggi. Już na samym początku chłopak przez okno wchodzi do pokoju nastoletniej córki Sidney, jak w 96' Billy Loomis. Echa przeszłości pobrzmiewają głośniej niż krzyki kolejnych ofiar. Twórcy są jednak zbyt sprytni, żebyśmy mogli sprowadzić ich film do odgrzewanego kotleta.

Williamson nie neguje przeszłości, tylko wykorzystuje ją, aby lecieć z nami w kulki. Gdy sytuacje sprzed lat się powtarzają, reżyser odwraca ich konsekwencje. Sidney nie jest u niego wzorcową final girl. To nie Laurie Strode z requeli "Halloween", żeby miała niszczyć sobie relacje z córką, całe życie przygotowując na spotkanie z zamaskowanym mordercą. Jest troskliwą żoną i matką, przez co, gdy tylko Ghostface ponownie atakuje, ona każe Tatum (swoją drogą nazwanej tak na cześć zabitej koleżanki) się pakować. Chce uciekać. Twórcy zaczynają ją więc coraz bardziej szturchać, chcąc z powrotem zmienić w wojowniczkę.

Do tego tak naprawdę jest im potrzebna ta cała przeszłość - wpędzić Sidney w pułapkę. Wbrew pozorom powrót Stu nie sprawia, że mamy do czynienia z filmem w stylu "zabili go, a on wrócił". Tak się może wydawać. Twórcy zgrabnie to sugerują, ale tak naprawdę czynią z niego bodziec, zmuszający główną bohaterkę do działania. Do zmierzenia się z dawnymi demonami. Do ponownego odnalezienia w sobie siły. Do stania się Sidney 2.0. Bo przecież to jest "Krzyk" - zabawa w horror, która w przewrotny sposób ma dostarczyć nam oczekiwanych atrakcji.

Wszystko jest na swoim miejscu.

Nawet Gale Weathers z piskiem opon wjeżdża do fabuły, żeby przypomnieć, że to jej show. Może ze względu na poniesione dotychczas obrażenia jest bardziej wycofana, ale wciąż pozostaje tą samą zadziorną hieną medialną - symbolem przeszłości, która po prostu nie chce i nie zamierza odpuścić. Choć twórcy ciągle sugerują zmiany zasad gry, okazują się one nienaruszone. Dlatego bohaterowie chętniej niż zazwyczaj sięgają po broń palną, a Sidney tłumaczy Tatum, że musi strzelić Ghostface'owi w głowę dla pewności, ale "Krzyk 7" nie staje się przez to filmem akcji. Jego cała idea pozostaje w pełni slasherowa.

Williamson wie, że najważniejsze w "Krzyku" zawsze były pomysłowe morderstwa. Nie oszczędza nam więc widoku flaków wylatujących z rozciętego brzucha jednej z ofiar wprost na teatralną scenę. Podąża w ten sposób za duchem oryginałów, bo robi to samo, co Wes Craven w napisanych przez niego filmach. Sugeruje, że przemoc to przedstawienie. Nie zamierza jednak przebijać brutalności poprzedniej części. Szóstka ustawiła poprzeczkę bardzo wysoko, a on - zamiast ją przeskakiwać - omija ją z podniesioną głową. Rezygnuje z szoku, żeby z morderstw znowu zrobić frajdę. Wiadomo - cięcia nożem to klasyka, ale zawsze można też nabić gościa na nalewak do piwa. Takie zagrania zdecydowanie wychodzą produkcji na zdrowie. I dzięki nim nie trzeba potem leczyć nostalgicznego kaca.

"Krzyk 7" już w kinach.

REKLAMA

Więcej o horrorach poczytasz na Spider's Web:

  • Tytuł filmu: Krzyk 7
  • Rok produkcji: 2026
  • Czas trwania: 114 minut
  • Reżyser: Kevin Williamson
  • Obsada: Neve Campbell, Courntey Cox, Matthew Lillard
  • Nasza ocena: 7/10
REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-02-27T10:43:47+01:00
Aktualizacja: 2026-02-27T09:54:07+01:00
Aktualizacja: 2026-02-26T18:19:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-26T17:57:09+01:00
Aktualizacja: 2026-02-26T15:00:16+01:00
Aktualizacja: 2026-02-25T16:24:00+01:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA