„Mortal Kombat 2” to rzadki przypadek kontynuacji fatalnego blockbustera, którego twórcy zrozumieli istotę swoich błędów i postanowili je naprawić. Całkiem skutecznie.

„Mortal Kombat” z 2021 r. było ogromnym rozczarowaniem. Po wspaniałej kampanii promocyjnej sugerującej bezceremonialnie niemądrą, ale i dopieszczoną wizualnie oraz, przede wszystkim, choreograficznie rozrywkę (czegóż innego oczekiwać po tym tytule?), poczułem się bezczelnie oszukany. Dostałem bowiem potworka bez tożsamości, wzbraniającego się przed kampową świadomością, silącego się na ponury ton, z fatalnie zmontowanymi walkami bez krzty polotu.
Jakimś cudem Simon McQuoid - tym razem bazując na tekście napisanym przez Jeremy’ego Slatera - po pięciu latach dostarczył coś znacznie bardziej uczciwego, akceptującego kiczowate korzenie, zdystansowanego do siebie. A zatem: dużo lepszego.
Akcja „dwójki” rozgrywa się - rzecz jasna - po wydarzeniach z części pierwszej. Earthrealm (Ziemia) stoi na skraju przegrania wojny z Outworldem, a cesarz Shao Kahn przygotowuje pełnoprawny turniej Mortal Kombat (tak, ten, którego zabrakło - sic! - w filmie z 2021 r.) - jego stawką jest podbój naszej planety.
Zamiast stawiać na zupełnie nową postać, jak poprzednio, tym razem twórcy postawili w centrum Johnny’ego Cage’a (Karl Urban). Johnny jest tutaj wypalonym gwiazdorem kina akcji, który trafia do świata Mortal Kombat i początkowo nie do końca rozumie, z czym tak naprawdę ma do czynienia. Z czasem staje się jednak - oczywiście - jednym z najważniejszych wojowników Earthrealm. Dość rozgrzewek: czas na oficjalny turniej, pojedynki jeden na jednego, fatality i serię klasycznych motywów znanych z gier. Nareszcie.
Mortal Kombat 2 - opinia o filmie
Stwierdzenie, że „Mortal Kombat 2” to dobry film, byłoby sporym nadużyciem. Mogę jednak z ręką na sercu zapewnić, że właśnie dostaliśmy najfajniejszą ekranizację tej serii od czasu kultowego paździerza z 1995 r. - starającą się odwzorować atmosferę gier, stawiającą na brutalną i szaloną rozrywkę, oferującą całą masę efektownych pojedynków. A przy okazji pretekstowy, płytki i chaotyczny scenariusz, masę (wspaniałego!) kiczu i idiotyczne dialogi. Słowem: „Mortal Kombat” w pigułce.
Jasne: moglibyśmy (i szczerze mówiąc - powinniśmy) oczekiwać czegoś więcej. Przegiętą, krwawą rozwałkę da się przecież połączyć z czymś fabularnie interesującym, być może mającym coś do powiedzenia. McQuoid nie miał jednak takich ambicji: postanowił skupić się na samej młócce, zabawnym kampie i opowieści niewymagającej od widza krzty pomyślunku. W porządku - wyszło uczciwie i, co ważne, dość satysfakcjonująco.
To, co kluczowe dla tytułu, nareszcie działa: choreografie są dalece bardziej kreatywne i brutalne; całe sekwencje walk zmontowano tak, by podbić rytm starć (poprzednim razem efekt był wręcz odwrotny). Poza tym ktoś „na górze” nareszcie zrozumiał, że „Mortal Kombat” powinno być znacznie, znacznie bardziej przesadzone. Udało się: więcej fatality, więcej gore, więcej mięcha. Podrasowano nawet stylistykę - „jedynka” była dość bezbarwna, momentami przypominała tani film streamingowy. Sequel ma zdecydowanie większy rozmach, nie boi się kolorów i komiksowości.
Scenariusz, jak już sugerowałem, jest wręcz prostacko głupi - fabuła to cykl pretekstów do kolejnych walk. Jakimś cudem w efekcie film zyskuje dzięki temu charakter. I jeśli czegoś naprawdę mi tutaj brakuje, to ciekawszego nakreślenia charakterów. Boli, że postaci są aż tak papierowe, a ich historie - płaskie. Ekranowe starcia - poza wizualną i estetyczną frajdą - mogłyby wywoływać również emocje, gdyby widz czuł się zaangażowany - mógł kogoś szczerze faworyzować, komuś współczuć, kogoś nie znosić. Niestety, brak treści wiąże się z brakiem wczucia. Walka po walce, fatality po fatality - fajnie, ale podczas drugiej godziny seansu zaczynamy zerkać na zegarek.
Przynajmniej Karl Urban - jak można się było spodziewać - sprawdza się tu fantastycznie (choć znacznie lepiej wtedy, gdy uderza w zgrywę, niż kiedy stara się wydobyć człowieka z czegoś, co pełnoprawnym człowiekiem nie jest). Jego Johnny Cage jest zabawny, charyzmatyczny i idealnie wpisuje się w absurdalny ton całości.
„Mortal Kombat 2” to przykład filmu zrobionego przez ludzi, którzy przeczytali komentarze fanów po odsłonie z 2021 r., wzięli je sobie do serca i postanowili wcielić w życie. Widać, że pojęli, iż adaptacje tej serii nie zadziała jako pół-realisticzne kino fantasy. To marka, która potrzebuje przesady, groteski, wykręconych postaci, tony fanserwisu i pojedynków czerpiących garściami ze źródła. Miłośnicy krwawej jatki powinni być zadowoleni. Ja czuję niedosyt - trochę więcej pracy nad tekstem i moglibyśmy otrzymać znacznie, znacznie lepszy film.
MORTAL KOMBAT 2 w kinach od 8 maja.
Czytaj więcej w Spider's Web:
- Twórca The Boys prostuje narzekających widzów. Zarzut wyssany z palca
- Dlaczego uczestnicy w Love is Blind mają złote kieliszki? Wyjaśniamy
- Netflix dodał nowy sezon uwielbianego serialu. Pół Polski czekało
- Aktorka oskarża Camerona. Zrobił z niej Pandoriankę w Avatarze
- HBO ogłasza 2. sezon serialu Harry Potter. To już oficjalne
Mortal Kombat 2 - obsada
- Karl Urban — Johnny Cage
- Lewis Tan — Cole Young
- Adeline Rudolph — Kitana
- Hiroyuki Sanada — Scorpion / Hanzo Hasashi
- Tadanobu Asano — Lord Raiden
- Jessica McNamee — Sonya Blade
- Josh Lawson — Kano
- Ludi Lin — Liu Kang
- Mehcad Brooks — Jax
- Tati Gabrielle — Jade
- Martyn Ford — Shao Kahn
- Damon Herriman — Quan Chi
- Chin Han — Shang Tsung
- Joe Taslim — Bi-Han / Noob Saibot
- Max Huang — Kung Lao
- Ana Thu Nguyen — Sindel
- Desmond Chiam — King Jerrod
- CJ Bloomfield — Baraka


















